Share

Święcimy dziś nowe i krzepiące zwycięstwo demokracji. Ale jest to zwycięstwo, które demokracja odniosła nad sobą samą i własnymi zasadami. Hiszpania generała Franco została pośpiesznie wprowadzona do przytulnej świątyni kultury i oświaty, podczas gdy Hiszpanię Cervantesa i Unamuna raz jeszcze wyrzucono na ulicę. Kiedy się jednak wie, że obecny minister informacji w Madrycie, dziś współpracownik UNESCO, to ten sam, co zajmował się propagandą nazistowską za panowania Hitlera, kiedy się wie, że rząd, który odznaczył chrześcijańskiego poetę Paul Claudela, to ten sam, co orderem Czerwonych Strzał udekorował Himmlera, twórcę krematoriów, wolno powiedzieć, że demokracje wprowadziły do swej oświeconej społeczności nie Calderona ani Lope de Vegę, ale Józefa Goebbelsa. To niebywałe zaprzaństwo, w siedem lat po zakończeniu wojny, powinno nas skłonić do złożenia gratulacji rządowi pana Pinay. Bo też nie można mu zarzucić, że ma skrupuły, jeśli idzie o wielką politykę. Ludzie sądzili dotąd, że los historii zależy w pewnym stopniu od walki wychowawców przeciw katom. Nikt jednak nie pomyślał o tym, że wystarczy nazwać katów oficjalnie wychowawcami. Rząd pana Pinay zadał sobie ten trud.

 

Oczywiście zabieg jest nieco żenujący i trzeba go było przeprowadzić w największym pośpiechu. Ale w końcu szkoła to jedno, a targ to drugie. Co prawda jest to po trosze targ niewolnikami: za ofiary Falangi - poddani z kolonii. Na kulturę zaś czas przyjdzie później. Zresztą kultura nie jest sprawą rządzących. Artyści tworzą kulturę, rządy kontrolują ją potem, przy okazji likwidując artystów, żeby ją lepiej kontrolować. I w końcu nadchodzi dzień, kiedy garstka wojskowych i przemysłowców może powiedzieć „my”, mówiąc: Molière i Voltaire, albo wydrukować zniekształcone dzieło poety, którego wpierw rozstrzelała. W takim dniu - to znaczy dziś właśnie - powinniśmy pomyśleć z odrobiną przynajmniej współczucia o biednym Hitlerze. Zamiast się zabić z nadmiaru romantyzmu, wystarczyłoby mu pójść w ślady swego przyjaciela Franco i okazać cierpliwość. Byłby dziś delegatem UNESCO do spraw oświaty w Nigerze, Mussolini zaś dokładałby starań, by podnieść poziom kulturalny tych kochanych Abisyńczyków, których ojców zmasakrował nieco, nie tak bardzo już dawno. Wówczas w pojednanej wreszcie Europie nastąpiłby ostateczny triumf kultury: generałowie i marszałkowie przy wspaniałym bankiecie obsługiwani przez zastępy demokratycznych ministrów, odznaczających się zdecydowanym poczuciem realizmu.

Odraza byłaby tu słowem zbyt słabym. Ale próżną rzeczą jest wyrażać raz jeszcze nasze oburzenie. Skoro nasi władcy są dość inteligentni i dość realistyczni, by obywać się bez honoru i bez kultury, nie poddawajmy się uczuciom, przeciwnie, starajmy się być realistami. Skoro obiektywnemu rozpatrzeniu sytuacji historycznej Franco zawdzięcza wejście do UNESCO - w osiem lat po upadku dyktatur w gruzach Berlina - bądźmy obiektywni i rozważmy na zimno argumenty, które nam przedkładają dla usprawiedliwienia postawy generała.

Pierwszy argument dotyczy zasady nieinterwencji. A mianowicie: sprawy wewnętrzne jakiegoś kraju są wyłącznie sprawami tego kraju. Inaczej mówiąc, dobry demokrata pozostaje zawsze w domu. Jest to zasada nienaruszalna. Tylko że ma ona swoje strony ujemne. Dojście do władzy Hitlera dotyczyło jedynie Niemiec, i rzeczywiście, pierwsi więźniowie obozów koncentracyjnych, Żydzi czy komuniści, byli Niemcami. Ale w osiem lat później Buchenwald, stolica cierpienia, stał się miastem europejskim. Jednakże zasada jest zasadą, a sąsiad panem u siebie. Zgódźmy się więc na to i uznajmy, że nasz sąsiad z kamienicy może bić swoją żonę i poić calvadosem swoje dzieci. W naszym społeczeństwie do tego stanu rzeczy wprowadza się niewielką poprawkę. Jeśli sąsiad posuwa się zbyt daleko, odbiera mu się dzieci i powierza je instytucji opieki społecznej. Co do generała Franco, to wolno mu posuwać się tak daleko, jak chce. Załóżmy jednak, że sąsiad może znęcać się do woli nad swoją trzódką domową. Nie możecie nic na to poradzić, to jasne. Ręce wasze gotowe są go ukarać; ale wkładacie ręce do kieszeni, bo to nie są wasze sprawy. Lecz jeśli ten sąsiad jest zarazem właścicielem sklepu, nie musicie kupować u niego. Nic też nie zmusza was, byście dbali o jego zaopatrzenie, pożyczali mu pieniądze i zapraszali na kolację. Nie wchodząc więc w jego sprawy, możecie odwrócić się do niego plecami. I jeśli dość ludzi z dzielnicy będzie go traktowało w taki sposób, zastanowi się może, rozważy, gdzie jest jego interes, i uzyska przynajmniej szansę zmodyfikowania swojej koncepcji uczuć rodzinnych. Nie mówiąc o tym, że ten rodzaj kwarantanny dostarczy argumentu jego żonie. To byłaby prawdziwa nieinterwencja. Ale z chwilą, kiedy siadacie z waszym sąsiadem do kolacji i pożyczacie mu pieniądze, dajecie mu środki oraz spokój ducha niezbędne, by dalej mógł robić swoje; i jest to interwencja, lecz przeciwko ofiarom. Kiedy zaś wreszcie na butelce calvadosa, którą sąsiad pokrzepia swoje dzieci, naklejacie cichaczem etykietkę „witaminy”, a zwłaszcza kiedy na oczach całego świata powierzacie mu wychowanie własnych dzieci, wasze przestępstwo jest większe niż jego i większe po dwakroć: ponieważ wspieracie zbrodnię i nazywacie ją cnotą.

(...) Rzecz przy tym oczywista, że dla tysięcy ludzi w Europie sprawa Hiszpanii - podobnie jak antysemityzm, obozy koncentracyjne czy technika procesów - jest testem pozwalającym ocenić szczerość polityki demokratycznej. Systematyczne podtrzymywanie generała Franco nigdy nie pozwoli im uwierzyć w intencje rządów demokratycznych, reprezentujących jakoby wolność i sprawiedliwość. Ci ludzie nie zgodzą się nigdy na obronę wolności u boku morderców tej wolności. Czy polityka, która obezwładnia ludzi wolnych, może być nazwana realistyczną? To tylko polityka zbrodnicza, ponieważ umacniając zbrodnię, usiłuje zniechęcić tych wszystkich, Hiszpanów i innych, którzy nie zgadzają się na zbrodnię, skądkolwiek pochodzi.

(...) Oto nędzne argumenty służące za usprawiedliwienie gorszącemu wydarzeniu, które nas tu zgromadziło. Nie jestem skłonny udawać, że wierzę, jakoby szło tu o sprawę kultury. Chodzi o transakcję, dla której kultura jest parawanem i która nawet jako taka nie znajduje usprawiedliwienia. Być może przyniesie ona korzyści kilku handlarzom nowalijek, ale nie służy żadnemu krajowi i żadnej sprawie, złą zaś oddaje przysługę tym kilku racjom, które pozostały ludziom Europy i o które chcą oni walczyć. Dlatego nie ma dwu dróg dla intelektualisty z chwilą, gdy Franco jest przyjęty do UNESCO. I nie dość jest powiedzieć, że odrzucamy wszelką współpracę z organizacją firmującą taki zabieg. Każdy z nas na swoim miejscu będzie ją zwalczał, aby wyszło na jaw, że nie jest tą organizacją, za jaką chce uchodzić; nie skupia intelektualistów oddanych kulturze, lecz jest na usługach rządów prowadzących swoją politykę.

Tak, od chwili gdy Franco wszedł do UNESCO, UNESCO znalazła się poza kulturą powszechną, oto, co winniśmy oświadczyć. Mówią nam, że UNESCO jest instytucją użyteczną. Wiele dałoby się powiedzieć o stosunkach wzajemnych biur i kultury, ale bądźmy pewni jednego przynajmniej: nie może być użyteczne to, co wspiera kłamstwo, w jakim żyjemy. Jeśli UNESCO nie potrafiła zachować niezależności, lepiej jest, żeby nie istniała. Wiadomo, że organizmy kulturalne mijają, a kultura pozostaje. W każdym razie możemy być pewni, że kultura nie upadnie, jeśli instytucję uprawiającą wielką politykę uzna się za to, czym jest ona w istocie. Prawdziwa kultura żyje prawdą i umiera od kłamstwa. Żyje z dala od pałaców i wind UNESCO, z dala od więzień madryckich, na drogach wygnania. Zawsze ma swoją społeczność, jedyną, jaką uznaję: społeczność twórców i wolnych ludzi, którzy wbrew okrucieństwom dyktatur i nikczemności demokracji burżuazyjnych, wbrew praskim procesom i egzekucjom w Barcelonie szanują wszystkie ojczyzny, lecz służą jednej tylko, wolności. Do tej społeczności przyjmujemy wolną Hiszpanię. Nie wejdzie do niej bocznymi drzwiami i wśród przyciszonej dyskusji, lecz otwarcie, przyjęta z szacunkiem i sercem, które jesteśmy jej winni, z podziwem, jaki żywimy dla jej dzieł i jej duszy, z wdzięcznością wreszcie dla wielkiego kraju, skąd czerpaliśmy i czerpiemy najwyższe nauki.

Z cyklu: twórczość i wielkość
Przemówienie wygłoszone na mityngu w sali Wagram w Paryżu
30 listopada 1952

Albert Camus, "Eseje"
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1971