Share

Na okręcie, który zimą 1941 r. wiózł mnie z Europy ku tym gościnnym brzegom, zawarłem znajomość z pewnym poważnym i wykształconym Amerykaninem. Po wielu latach, dobrze spędzonych w Europie Zachodniej, wracał do swej ojczyzny wraz z liczną gromadą współobywateli, którzy podobnie jak on nie mogli znieść niemieckiej okupacji.

Zbliżyły nas z sobą cierpienia cielesne. W czasie okropnej burzy na oceanie mój amerykański towarzysz z dormitorium złamał rękę. Ja - co prawda stłukłem sobie tylko obojczyk, mimo to skłonny byłem uważać siebie za istotę bardziej od Amerykanina poszkodowaną. On - lubo ze złamaną ręką - wracał do domu, do swego wielkiego szczęśliwego kraju, będącego domem rodzinnym wolności. Mnie zaś, bezdomnemu emigrantowi, burza jesienna 1939 roku, burza na suchym, aż nadto suchym lądzie - jak wszystkim Polakom - złamała życie.

 

Zrazu, jak przystało na przyzwoitych bliźnich, rozmawialiśmy o pogodzie, której ofiarą padliśmy obaj, chociaż w stopniu nierównym. W ramach pasażerskiej uprzejmości troszczyliśmy się wzajemnie o zdrowie, o opatrunki, w końcu zjechaliśmy na politykę i oczywiście na wojnę. Amerykanin bardzo niepochlebnie wyrażał się o Hitlerze i o Niemcach, grasujących w Europie, w szczególności zaś oburzał się na ich zachowanie w Belgii. Rychło go wszakże przelicytowałem krótką opowieścią o niemieckiej okupacji w Polsce. Słuchał mnie z zainteresowaniem, lecz w pewnym miejscu przerwał mi i nie bez zniecierpliwienia zapytał:

- Pan jest Polakiem?
i nie czekając odpowiedzi oświadczył z szczerością, godną szacunku:
- Nie mam dla Polski sympatii.
Dlaczego? - zapytałem zbity z tropu.
- Nie mam, nie mogę mieć sympatii dla kraju, który sam tyle przecierpiał, a potem, gdy odzyskał niepodległość, gnębił mniejszości narodowe. Nie mogę mieć sympatii dla kraju, gdzie na ulicach napadano na bezbronnych Żydów, a na uniwersytetach istniały jakieś ,,ghetta ławkowe”. Nie mam sympatii dla kraju, którego rząd pierwszy uznał zabór Abisynii...

Tak, mój Amerykanin należał do licznych niestety cudzoziemców, którzy o Polsce słyszeli tylko to, co rzeczywiście jest godne potępienia. Znane mu były tylko niektóre wstydliwe schorzenia w ostatnich latach niepodległości.

Owszem, jestem wrażliwy na kolory. I w przyrodzie i w sztuce. Ale nie powiem, żebym przywiązywał wielką wagę do koloru skóry człowieka. W chwili jednak gdy ów Amerykanin zamiast współczuć niedoli mego kraju i męczeństwu moich rodaków wypominał mi to, co najlepszych Polaków oblewało rumieńcem wstydu, a gorszych zniewalało do obrony w stylu: ,,To królik zaczął”, w takiej niemiłej chwili nie umiałem obojętnie patrzeć na jego skórę. Kolor jej szczególnie jaskrawo zabarwiał każde słowo, padające z ust tego Amerykanina. Był to bowiem kolor czarny. Nie tylko wzgląd na to, aby Murzyna nie urazić, lecz przede wszystkim kurtuazja wobec kraju, którego był obywatelem, a który to kraj tak wielkodusznie mnie przyjmował, nakazywały milczenie o wszystkim co w związku z traktowaniem Murzynów w Ameryce odbiło się o moje uszy. I zamiast zaproponować czarnemu gentlemanowi, żebyśmy np. po wylądowaniu w New Yorku, zamieszkali w tym samym hotelu, jak umiałem broniłem Polski. Tłumaczyłem, że nie wszyscy Polacy byli zwolennikami bicia Żydów, że znam liczne wypadki, kiedy tzw. aryjscy profesorowie i studenci doznawali ciężkich obrażeń ciała i duszy za to, że Żydów bronili. A co się tyczy Abisynii, to sympatia większości Polaków była raczej po jej stronie, a nie po stronie faszystów. Mówiłem też, że obecna wojna wiele u nas zmieniła, że zbratała w obliczu wspólnej walki z okupantem nie tylko ludzi różnych wyznań i ras, ale w tym zbrataniu wydobyła z narodów, zamieszkujących Polskę ich najistotniejsze cechy, najmocniejsze akcenty duszy, zdolnej niejako biologicznie do heroizmu i poświęcenia. Niewiele to pomogło. Nie pomogła nawet opowieść o chłopcach pod Krakowem, którzy za ostatnie pieniądze, jakie posiadali, wykupywali Żydów od śmierci z niemieckich rąk. Czarny Amerykanin chciał o Polsce wiedzieć tylko tyle, że przed tą wojną była krainą reakcji, czarnej jak jego własna skóra.

Rozmowa na statku była zaledwie przekąską do tego, czym nieraz mnie częstowano po wylądowaniu w Stanach Zjednoczonych i chyba nie tylko mnie jednego. Często bywałem świadkiem krzywdzących afrontów, wyrządzanych tam, gdzie najmniej bym się ich spodziewał. Razu pewnego znalazłem się w ogromnej sali bankietowej, udekorowanej chorągwiami. Celebrowano tam narody walczące w tej wojnie z „osią”. O polskiej chorągwi zapomniano. Pamiętano wszakże o kolorach państw, które bez wystrzału poddały się najeźdźcy. A przecież ta właśnie pominięta chorągiew nie powiewa w towarzystwie swastyki, lecz widać ją wszędzie, gdzie żołnierz polski umiera za „wolność waszą i naszą”. Umieranie w dzisiejszych czasach nie czyni już na nikim wrażenia, a ludzie sądzą ludzi nie po tym, jak umierają, lecz po tym, jak żyją. Niczyjej sympatii gwałtem zdobyć nie można. Nie można jej nawet kupić. Przed tą wojną nasza oficjalna propaganda wydawała w tzw. świecie poważne sumy na zakup sympatii dla mego kraju. Rezultaty były raczej mizerne. Umiano na ogół pozyskać dla Polski sfery reakcyjne np. emerytowanych generałów francuskich. Za piękny order i tytuł prezesa, starcy ci byli skłonni wznosić toasty na cześć narodu, o którym prawie nic nie wiedzieli. W dawniejszych czasach, osobliwie w XIX w. bywało inaczej. Cieszyliśmy się nie tylko sympatią, lecz i admiracją cywilizowanego świata postępu i rewolucji. Imię Polski łączono z każdą sprawą wolności i wyzwolenia. Gli uomini liberi sono fratelli - te słowa były wyszyte na rękawach żołnierzy polskiej legii generała Buonaparte, w epoce wyzwalania państewek włoskich spod opresji rodzimych tyranów. Dwadzieścia lat, z takim trudem odzyskanej niepodległości, odmieniło stosunek świata demokratycznego na naszą niekorzyść. Przyczyną tego były sprawy dokładnie w tej książce omówione. Często poznawano nas w świecie z najmniej charakterystycznej dla nas strony. Zwłaszcza gdy reprezentowały nas doskonale uszyte ubrania, w których chodzili ugrzecznieni panicze, posiadający tę jedną chyba kwalifikację, iż guwernantki ich były rodowitymi Paryżankami. Oczywiście, do rozpowszechnienia antypatii do nas przyczynili się liczni a potężni wrogowie. Wykorzystując intelektualne znużenie powojennego świata oraz ignorancję, wrogowie Polski świadomie roztrąbywali wszystkie nasze grzechy i potknięcia. Rozsiane zaś po całym świecić ofiary naszych reakcyjnych i policyjnych reżymów oraz ofiary nędzy materialnej, szukające szczęścia poza krajem, też nie zjednywały popularności krajowi, gdzie np. Żyd mógł być ministrem pełnomocnym, lecz nie mógł być konduktorem tramwajowym lub listonoszem. Tak już bywa na świecie, że obmowa znajduje chętniejsze uszy ku słuchaniu, niż dobre słowo. Zwłaszcza o rzeczach cichych i trudnych. Tylko nieliczni fachowcy w obcym świecie umieli wysoko cenić np. polską matematykę, znakomicie rozwijającą się w ostatnim dwudziestoleciu. Nie wielu też zapewne zjadaczy preparatów witaminowych wie o tym, że jednym z pierwszych odkrywców witamin był uczony polski Kazimierz Funk. Także szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu zawdzięcza ludzkość mojemu rodakowi, profesorowi uniwersytetu lwowskiego Rudolfowi Weyglowi. Ratowała nas tylko sztuka. Amerykańscy miłośnicy muzyki entuzjazmowali się wielu nazwiskami polskimi, których nie potrafili wymówić. Jedna Modrzejewska (po amerykańsku: Modjeska) i jeden Paderewski pozyskali nam więcej przyjaciół, niż całe ekipy specjalistów od propagandy.

To, co stanowi prawdziwą i wielką tradycję kultury polskiej, pięć wieków trwający wysiłek naszej myśli i walki o sprawiedliwość i godność człowieka, na ogół nie jest znane naszym amerykańskim przyjaciołom i dlatego niniejsza książka stanowi doniosły dokument, szczególnie w chwili obecnej, gdy ważą się losy świata i losy ludzkiej wolności.

Sceptyczny czytelnik powie, iż mniej więcej każdy naród, każda społeczność choćby najbardziej zacofana i obskurancka, może się poszczycić wybitnymi jednostkami, które były w opozycji do tej społeczności i płynęły przeciw prądowi, poświęcając życie za wzniosłe i samotne idee. Powie sceptyk, że w literaturze i w publicystyce każdego narodu znaleźć można dokumenty, świadczące o wielkiej odwadze i szlachetności ich twórców. Ale twórcy - to nie naród, a zwłaszcza - nie administracja życia państwowego. „Wolimy” - powie taki sceptyk - „narody o nieciekawej i społecznie bezbarwnej literaturze, narody, których życie było tak dobrze urządzone, iż zbyteczna była dla nich wszelka walka oraz upominanie się o reformę warunków bytu, niepotrzebna była wszelka myśl rewolucyjna. To prawda: im lepsze życie jakiegoś narodu, tym uboższa jest jego literatura buntownicza. Miłośnicy faktów, a nie słów mogą podać w wątpliwość wartość wszelkich pism, wojujących o tzw. lepszą przyszłość ludzkości. Wskażą na całe biblioteki, pełne wspaniałych projektów przerobienia ziemi na raj, a którymi to projektami można wybrukować piekło. Tym ludziom pozwolimy sobie przypomnieć pierwszy werset ewangelii św. Jana; „Na początku było Słowo”. A jeżeli to, co teraz się dziej jest końcem, końcem starego świata, to i przy końcu będzie Słowo i Słowo świat ten odnowi, wybawi lub zgubi. Słowo zapładnia zarówno miłość, jak i nienawiść. Ze słów powstały armaty, czołgi i wszelka zagłada. Ufajmy jednak, że ze słów powstanie też nowe życie.

Gorące słowa tej książki, z których niejedno potwierdziły czyny na miarę bohaterską, głoszą prawdę o tej Polsce właśnie, która z tej wojny pragnie wyjść odrodzona, odnowiona i uszlachetniona. Z książki tej przemawia bardzo stara tradycja wolnościowa i równie stara tolerancja. Złymi Polakami byli ci, którzy to dziedzictwo zdradzili lub zaprzepaścili. Bojownicy o wolność Polski i o sprawiedliwość społeczną byli zapatrzeni w lud, wiejski i robotniczy, w ten niezniszczalny rezerwuar siły i pracy, walki i poświęcenia. Ten lud jest naszą nadzieją szczęśliwej przyszłości, a ta książka obrazująca na przestrzeni kilku stuleci walkę o sprawiedliwość i światło w Polsce wolnej i w Polsce ciemiężonej tętni miłością ludu.

Ta książka jest jak gdyby panoramą prawdy, jaką przed stu z górą laty wypowiedział największy polski poeta i wielki rewolucjonista europejski, Adam Mickiewicz:

„Nasz naród jak lawa:
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi,
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi!”

1941

***

Epilog zamykający książkę pt. „For Your Freedom and Ours Democratic Heritage of Poland”. Jest to antologia polskiej myśli demokratycznej i postępowej na przestrzeni pięciu wieków. Redaktorami tej antologii są: śp. prof. Manfred Kridl, Władysław Malinowski i Józef Wittlin. Książką ta ukazała się najpierw po angielsku w Nowym Jorku w roku 1943. W rok później wydanie brytyjskie z przedmową Bertranda Russella, a wreszcie polski jej oryginał w Nowym Jorku. ,,Epilog” przeznaczony był wyłącznie dla czytelników anglojęzycznych, przeto opuszczono go w wydaniu polskim. Tekst polski ukazał się w redagowanym przez Antoniego Słonimskiego miesięczniku londyńskim ,,Nowa Polska”.

Józef WITTLIN, Orfeusz w piekle XX wieku
Instytut Literacki, Paryż, 1963
Biblioteka „KULTURY”, Tom LXXXV