Kandydat na dyktatora sam nie obali demokracji. Ale kiedy znajdzie gorliwych wyznawców i cynicznych pomocników, może mu się udać.

Przedstawiciele Konferencji Ambasadorów RP uznali, że sytuacja na naszej granicy z Białorusią zaczyna spełniać znamiona zbrodni przeciwko ludzkości. Odwołują się do wiążącego Polskę aktu prawa międzynarodowego: statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego z 1 lipca 2002 r., którego art. 7 włącza w pojęcie takiej zbrodni „inne nieludzkie czyny (…) celowo powodujące ogromne cierpienia i poważne uszkodzenie ciała albo zdrowia psychicznego lub fizycznego". Zbrodnie międzynarodowe nie przedawniają się, a działanie „na rozkaz" nie jest żadnym usprawiedliwieniem. „Wykonania rozkazu bezprawnego można - i bezwzględnie należy - odmówić".

Oba te stanowiska dotykają zasad współżycia międzyludzkiego i międzynarodowego w obliczu narastającej obojętności świata uznawanego za cywilizowany wobec postępującej dehumanizacji życia. Dotyczą również fundamentalnego dylematu człowieka zmuszanego do godzenia niemożliwego: restrykcyjnego prawa i odruchów humanitarnych, nazywanych chrześcijańskimi, do wyboru między rozkazem i posłuszeństwem a własnym sumieniem.

Wydarzenia ostatnich miesięcy unaoczniają całą cyniczną grę polskiej władzy, która w imię bezpieczeństwa (skądinąd ze strony Białorusi istotnie zagrożonego) oraz w obronie dziedzictwa myśli i tradycji narodowej ograbia człowieka z godności, a dla emocjonalnej mobilizacji detronizuje rozum, pozostawiając rzesze ludzi z ogromnym deficytem poczucia sprawczości.

Jeśli będąc w centrum wydarzeń historycznych, nie jesteśmy w stanie rozpoznać zagrożenia, jego przyczyn i skutków, spróbujmy chociaż wyciągnąć wnioski z przeszłości. Czy niemal 80 lat od zakończenia II wojny światowej nie ulegliśmy złudzeniu, że wraz z upadkiem dwóch morderczych totalitaryzmów XX wieku zniknie zaślepienie w dążeniu do władzy absolutnej, całkowitego zawłaszczenia człowieka, a świat uwolni się od pokus autorytaryzmu?

Porządkowanie świata po Holocauście zaczęło się od debat na temat winy i odpowiedzialności Niemców. Z tysięcy publikacji na temat kondycji człowieka w XX stuleciu aktualne pozostają przemyślenia Karla Jaspersa.

Niezależnie od kwalifikacji czynów o znamionach zbrodni najważniejsza jest postawa nas, obywateli, gapiów, publiki. Co odpowiemy naszym wnukom i prawnukom, które zapytają po latach: "Gdzie byliście, kiedy umierały ciężarne kobiety porzucone przez lekarzy wskutek dyktatury restrykcyjnego prawa albo kiedy młodzi ludzie wykluczeni ze stref 'wolnych od 'LGBT' popełniali samobójstwa? Czym się różniliście, uznając za normalność śmierć umierających w lasach uchodźców przepychanych na drugą stronę granicy z Białorusią, od niemieckich przechodniów odwracających wzrok, gdy ich żydowskich sąsiadów wrzucano do stawów i publicznie golono im brody?".

Dla władzy PiS-u nie szykuje się żaden trybunał norymberski. Ale my, członkowie niemal 40-milionowego społeczeństwa, mamy jeszcze szansę, by przyjrzeć się sobie w lustrze historii. Jaspers przypominał w 1945 r., że naród jest odpowiedzialny za swoje państwo. Wprawdzie wspólnota narodowa nie istnieje, istnieje jednak nasza polityczna współodpowiedzialność obywateli.

Godne uwagi wśród czterech rodzajów win, które wobec społeczeństwa niemieckiego definiuje niemiecki filozof, są wina moralna i metafizyczna. Ci, którzy odpowiadali za zbrodnię, żyli tylko dzięki władzy i rozkazom. Ich wina była natury kryminalnej. Wina moralna to wina ludzi, którzy mają sumienie; potrafią po czasie uznać swe postępowanie za błędne.

Gdzie są jednak granice naszego osądu moralnego? Sumienie da się dowolnie ukształtować. Rozkazy, rozporządzenia, dekrety można wykonywać ze strachu, z obowiązku posłuszeństwa wobec zwierzchności, w oczekiwaniu na osobiste gratyfikacje. Kusząca wydaje się zawsze obietnica „bycia w szeregu", w centrum wydarzeń.

Mimo iż nie żyjemy w terrorze III Rzeszy, uczestniczymy jak tamto społeczeństwo w „maskaradzie życia". Niewinne gesty podnoszenia ręki w geście hitlerowskiego pozdrowienia nie poruszały sumienia. Przeciętny obywatel nazistowskiego państwa nie widział potrzeby pójścia na barykady, gdy lokalne władze niezauważalnie zamieniały cywilne ubrania na uniformy SA, a krzyże zastępowano swastyką. Póki trupy nie leżały na ulicach, zachowano pozory normalnego życia.

Żołnierze Wehrmachtu wykonywali tylko rozkazy, byli posłuszni władzy, ojczyźnie, Bogu. Czy biały amerykański policjant, który dociska kolanem, by udusić czarnoskórego współobywatela, lub polski funkcjonariusz policji, który zabija paralizatorem, ma poczucie winy moralnej? Czy wypychając uchodźców ze świadomością, że skazujemy ich na pewną śmierć, nie mamy poczucia déjà vu?

Nie pamiętamy o tragicznym rejsie "St. Louis", niemieckiego statku pasażerskiego, który z kilkuset Żydami na pokładzie w 1939 r. wypływał z Hamburga w nadziei na uratowanie życia na Kubie, odpychanego przez kolejne porty, miasta i państwa. Świeże w pamięci są obrazy setek tonących, uciekinierów ze stref wojny i nędzy, dobijających się na próżno do europejskich brzegów. Mury i zasieki przywodzą na pamięć obozy koncentracyjne i zadrutowany świat zimnej wojny. Są zawsze wyrazem bezradności; nigdy nie rozwiązały żadnego problemu.

Gdy władza PiS-u posługuje się kategoriami faszystowskimi: jedna krew, jedna ziemia, jeden naród, większość z nas grzeje się w cieple ogniska domowego z poczuciem czystego sumienia. Tymczasem Jaspers pisał: „Bezwarunkowe utożsamianie istniejącego państwa z narodem i z wojskiem niemieckim jest winą polegającą na fałszywym sumieniu". Można więc mieć „czyste sumienie przy brudnych czynach".

Wina moralna oznacza brak absolutnej solidarności z „człowiekiem jako człowiekiem". Gdy w czasie nocy kryształowej w 1938 r. płonęły synagogi, w każdym mieście byli komendanci wojskowi, którzy mogli interweniować; nie uczynili jednak nic. Poddali się całkowicie „wyobcowanemu mechanizmowi wojskowemu, którego jedynym prawem jest posłuszeństwo rozkazom". Z pewnością wielu było oburzonych, ale jeszcze więcej takich, którzy żyli nadal tak, jak gdyby nic się nie stało.

Winę metafizyczną Jaspers przypisywał tym wszystkim, którzy mieli poczucie bezsilności i zwątpienia, nie mogąc jednak zapobiec złu.

Ludzie obecnej władzy w Polsce mają pełne usta słów o humanitaryzmie, których nie da się pogodzić z brakiem czynów wyrażających człowieczeństwo. Mieszanina pojęć, manipulacja terminami etycznymi, ta sama socjotechnika uwodzenia mas powinna nas wyczulić na pełzające niebezpieczeństwo. Historia udowadnia, że żaden dyktator w pojedynkę nie obalił demokracji. Tak jak w czasach totalitaryzmów, tak i dzisiaj potrzebuje gorliwych wyznawców i cynicznych pomocników.

Pisowskie zaplecze intelektualne, cytujące gęsto teorie Carla Schmitta, „koronnego prawnika III Rzeszy", dostarcza władzy ideowej amunicji. Idąc jego tropem, realizuje konsekwentnie jego przekaz: prawem jest to, co służy władzy, „najlepszą rzeczą na świecie jest rozkaz" i że „nie ma jedności bez totalności".

Rzeczywistość w Polsce i na wschodniej granicy coraz bardziej przypomina sytuację stworzoną przez nazistowskie państwo, gdy wprowadzono do obiegu publicznego termin „życie niegodne życia" na określenie wszystkich wykluczonych, uznanych za niegodnych bycia Niemcami. Włoski filozof Giorgio Agamben zwraca uwagę na coraz więcej miejsc na świecie (obozy przejściowe, więzienie w Guantanamo), gdzie prawo wprawdzie obowiązuje, ale nic nie znaczy. Rozmnażają się strefy stanu wyjątkowego. Czy w sytuacji, gdy normy prawne w naszym kraju zostały zawieszone, każdy z nas nie jest narażony na to, że odmowa posłuszeństwa lub krytyka może doprowadzić do wypchnięcia poza znormatyzowany przez władzę świat?

Co pozostaje tym, którzy odczuwają winę metafizyczną, mają poczucie powinności wobec drugiego człowieka? Przekonani o konieczności dialogu, są jednak pełni wątpliwości, czy da się rozmawiać z tymi, którzy pogardzają Innym.

Gdy państwo stawia obywatela w polu sprzeczności i rozdarcia między rozkazem a sumieniem, wyjściem jest demokracja odmowy. Potrzebujemy wsparcia Europy i tych obywateli świata, którzy nie skapitulują moralnie. Na radykalizm władzy trzeba odpowiedzieć radykalizmem obywatelskim. Oznacza on odwagę i ryzyko sprzeciwu wobec nieprawości w dewastowanym państwie prawa.

Palące staje się pytanie, jak wykorzystać doświadczenia XX wieku, by ratować normy demokratyczne w XXI. Z myślą o tych, którzy z „czystym sumieniem" uwierzyli, że połączenie świeckiej religii z polityczną liturgią stanowi służbę ojczyźnie utożsamianą ze służbą Bogu, sięgnę po aforyzm Leca: "Większość z nas ma sumienie czyste, bo nieużywane".

prof. Anna Wolff-Powęska
historyk idei, politolog, emerytowany pracownik UAM w Poznaniu
Źródło: Wolna Sobota GW, 13.11.2021