Share

 

Były, są i będą we mnie zawsze pewne dzielnice, pewne uliczki, pod nimi piwnice, korytarze, kanały (a może to jest to – moja stolica świata?), które nigdy w to nie uwierzą, że ja cały mieszczę się w tym ledwie słyszalnym, kruchym pogłosie serca. Nigdy nie uwierzę w to, że kiedy przestanie telepać mi tamto, gdzie rękę teraz trzymam po lewej stronie piersi, kiedy przestanie bić mi serce, kiedy ono przestanie być, ja wtedy też przestanę być i wszystko się kończy. I tu jest to, co zawsze miałem, to znaczy, że nawet wiedząc, że umrę, i widząc pogrzeby co dzień, w dni pochmurne i słotne, w dni słoneczne, jednak nigdy nie wierzyłem w swoją śmierć i myślę, że chyba tak naprawdę i absolutnie to nikt nie wierzy w swoją śmierć, a ci, którzy twierdzą, że wierzą, nie wiedzą po prostu, co mówią, nie, że kłamią, tylko nie zdają sobie sprawy z tego, co mówią, nie obudzili w sobie śpiącego tam, w najgłębszej tajnej norze, zapomnianego genialnego dziecięcia, ale ono nawet śpiąc nie wierzy w zagładę.

 

Jeszcze wolę tu być na wygnaniu, na banicji, niż wracać tam do Niniwy słodkiej, gdzie mój własny czeka mnie duch. Jeszcze wolę tu być. Niech tam już widmo nie schodzi mi z toru, nie schodzi mi z drogi, jeśli tak musi być. Niech tam. To znaczy tu. Więc nie kuś mnie, śmierci. Nie kuś mnie, lubieżna kusicielko, łasico cmentarna. Nie kuś tak zabójczo. Tak zawrotnie, że podszedłem nagle i szybko do drzewa, objąłem je ramionami i przywarłem mocno do pnia, owinąłem się dookoła tak, jak po grochodrzewie obłędnie owija się bluszcz, i tak trzymałem się długo, dwie, trzy najdłuższe minuty, dopóki nie poczułem, że rozluźnia się próbujący oderwać mnie od życia żelazny uchwyt.

Wtedy i ja powoli, ostrożnie, rozluźniłem objęcia i bezwiednie pocałowawszy korę, powoli wróciłem na ścieżkę z dalekiej podróży. Tak właśnie, tak oto w środku białego dnia człowiek musi kurczowo łapać się gałęzi, pnia drzewa, poręczy, słupa latarni, nogi stołu, kieliszka, tego, co pod ręką, parzącej pokrzywy, wbić paznokcie w ziemię, żeby nie zapaść gdzieś w dół albo nie ulecieć w powietrze.


Co zrobić? Nie dane jest jedno życie na powagę i drugie życie na zabawę. Nie dane są dwa życia ani wiele żyć. Jedno. Jedno jest dane życie nam. I wszystko w nim musi się pomieścić. Wszystko. Jak najwięcej. Żeby, kiedy przyjdzie konać, w co nie wierzę, więc kiedy przyjdzie konać, w co nie wierzę, żeby wtedy jak najmniej było tego żalu, który zawsze będzie, kiedy przyjdzie konać, w co nie wierzę, ale żeby go było jak najmniej tego żalu, że jeszcze tej rzeczy nie znam i tej nie znam, i tej, jeszcze tu nie byłem i tu nie, i tu, i jeszcze tam mogłem się rozdać, i tam mogłem się rozdać, i tam, tyle rzeczy, istot i miejsc, których nie znam, tam jeszcze nie byłem i nie klaskałem w dłonie, tam nie byłem i nie splunąłem, tam nie podpaliłem ognia, tam nie zasadziłem drzewa, tam nie klęczałem, tam nie biegałem, tam nie przelałem łez, tam nie przelałem krwi, tam nie cieszyłem się, nie śmiałem, nie radowałem się razem z innym, za ręce trzymając się i tańcząc, tam, tam, tam jeszcze, o gwiazdo chleba - krucha, sypka i dzielna matko nasza, więc żeby tego żalu było jak najmniej, kiedy przyjdzie konać, w co nie wierzę, kiedy nie będzie już wstać, nie będzie już iść, nie będzie już rozdawać się dookoła, bo nie będzie co rozdawać. Ale ja nie wierzę.

Żeby, kiedy przyjdzie konać, w co nie wierzę, jak najmniej było… tego żalu. Żeby śmierci, tej zwyczajnej wariatce, nic nie pozostawić po nas w spadku. Niech odziedziczy po nas popiół wygasły i niech go sobie rozdmucha, jeśli chce, na siedem stron. I niech ma przy tym iluzje, że nie jest bezrobotna.

W tym samym czasie co działo się gdzie indziej? Kto żył, kto umierał, kto ni jedno, ni drugie, ni jedno, ni drugie, ni trzecie? Kto śmiał się, kto płakał nad kimś, kto płakał nad sobą? Kto jadł, kto nie jadł, kto był głodny? Kto bał się, kto nie bał się niczego, jak to możliwe? Kto sobie wyobrażał? Kto pił, kto dużo pił, kto zapijał się do chybnej? Kto komu czynił krzywdę i za co? Kto modlił się, do kogo, jakimi słowami, czy mógłby też pomodlić się za nas? Kto tańczył, kto nie tańczył, ilu z kulą u nogi? Kto liczył pieniądze, kto ważył swój los? Kto sobie przypominał, kto chciał zapomnieć, kto nie mógł zapomnieć? Kto mówił, kto szczebiotał, kto milczał straszliwie?

Szliśmy, pracowaliśmy, jedliśmy, piliśmy - w natchnieniu. Szliśmy, słuchaliśmy, patrzyliśmy, zamyślaliśmy się - w natchnieniu. Weseliliśmy się, smuciliśmy się, rano wieczorem myliśmy się - w natchnieniu. Któryś z nas kopnął puste pudełko na ulicy, zgniłe jabłko, przejechał patykiem po żelaznych grających prętach, któryś z nas splunął - w natchnieniu. Wszystko w natchnieniu. Do tego dochodziliśmy. Każdy nasz ruch, gest ręki, skinienie głowy, zmrużenie powiek. Każdy nasz ruch i każda myśl ciężka, tysiąc ważąca i każda myśl zawrotna i każda lekka, zwiewna jak dotyk woalki, i każda zwykła. Wszystko. Wszystko w natchnieniu tym wstrząsającym - że żyjemy. Żywi jesteśmy, i wiemy, co nas czeka.

Tak to my czuliśmy i dźwigaliśmy wstrząsający ciężar najbłahszej chwili, że to jest wprost niewiarygodne, tak żyć w ciągłym nieustającym napięciu. Ale tak my żyliśmy. I nie pomyślałem przedtem o tym, ale wiedząc, co nas czeka, to znaczy to, że przestanie bić nam serce, tylko tak mogliśmy się uratować. Życiem bez reszty. Wypalić się do końca, do spodu, żeby śmierci, tej zwyczajnej wariatce, nic nie zostawić w spadku, niech odziedziczy po nas popiół wygasły i niech go sobie rozdmucha, jeśli chce, na siedem stron, i niech ma przy tym iluzję, że nie jest bezrobotna.

Tak. Na pewno. Na pewno tak można się uratować. Oddać życiu wszystko. Bez reszty. Wypchnąć z siebie wszystko, co się jeszcze opiera, wypluć, wykrztusić, wycharczeć z bólem, zdobyć się, zdobyć się na to, by wyrzec się wszystkiego, wypuścić z klatki wszystkie oddechy na wolność straszliwą, na drogi, szlaki, i tam dalej, i tam dalej, i niech tam, kiedy już nas nie będzie, niech tam wiecznie kołują, niech tam wiecznie płyną, niech tam wiecznie snują się jak przeźroczyści błędni rycerze.

Posiłki na pomoc mi idące, tyle lat wędrujące, błąkające się po moich krętych, szarpanych, gzygzakowatych śladach, nareszcie odszukały mnie. Dzięki. Wielkie dzięki, jak powiedział jeden. Źle było. O, niedobrze było, niebezpiecznie. Niebezpiecznie blisko byłem i nareszcie, może w samą porę, kto wie, nareszcie dotarły do mnie: posiłki! Zaraz, zaraz, co jest z tobą, mówią. Jeszcze my tu jesteśmy, których kochasz, nas, i którzy ciebie kochamy. Zaraz, zaraz, co ci chodzi po głowie? To, co ci chodzi po głowie, ubliża nam. Twój smutek niepojęty, my go nie rozumiemy, ale on chyba ubliża nam. Przybyliśmy ci na pomoc, na odsiecz, my, których przecież kochasz nas, i którzy ciebie kochamy. Rozporządzaj nami. Rozkazuj nam. Oto jesteśmy. Dużo nas. Oto jesteśmy: ziemia i niebo, gwiazdy na niebie, księżyce, komety, meteory, chmury na niebie, słońce na niebie, śniegi, grady, deszcze, słońce, ziemia, drzewa, puszcze, lasy, bory, zagajniki, zręby, szkółki leśne z tabliczkami: nie deptać młodych kultur, pólka łowieckie, na których rosną topinambury, pola, bagna, torfowiska, mokradła, łęgi, łąki, trawa, trawa skromna i boska, trawa – na wschód od Edenu, łubiny, zboża, żyta, pszenice; oto jesteśmy, których kochasz nas i którzy ciebie kochamy: pory roku, wiosna, lato, jesień, zima, noce i dni, miesiące, dekady, cykady, tygodnie, godziny, minuty, sekundy, a każda jest droga, każda sekunda jest droga; oto jesteśmy: słupy telegraficzne, szyny kolejowe, drogi, manowce, o, cudne manowce, poranki, wieczory, ptaki, ryby, kozy, krowy, instrumenty wszystkie, bębny, organki, viola da gamba, niebo i ziemia, pola, ugory, gołoborza, halizny, miasta, wioski, płoty, trzeszczące, piszczące furtki, żywopłoty, głogi, czarcie miotły na drzewach, czeczotki, cyranki, dziwonie, edredony, miękkopióre, hejnały, żurawie, klangory, kniazienie zajęcy, bażantarnie, klapiernie, lisie nory, lisie szopy, polany, enklawy leśne, wody, stawy, rzeki, morza, jeziora, strumienie, potoki, kałuże, liście na wodzie, domy, ulice brukowane, rynki, ratusze, okna, okna, firanki, zasłony, zasłony te w oknach poruszane wiatrem i tak dalej, i tak dalej, dużo nas, jeszcze więcej, oto jesteśmy, których kochasz nas i którzy ciebie kochamy. Więc podnieś, podnieś smutny swój łeb.

Za długo wesoło być nie może. Kto to się tym zajmuje, co za Bóg się tym zajmuje, żeby człowiekowi nie było za długo za wesoło? Żeby zawsze była ta przerzucanka od wesołości wielkiej do smutku jeszcze większego, i raptem do smutku jeszcze większego i znów do radości większej, i raptem do smutku jeszcze większego, i teraz przerzucanka tego z miejsca na miejsce, po schodach, drabinach i niepodocznych szczeblach powietrza, [...] w kamienne osuwiska, w ostańce skalne, w twarde wiatrołomy, [...] w otwarte ramiona, w człowiecze najserdeczne objęcia, ale przeważnie w błoto, najczęściej w błoto, w szlam, w muł tej epoki.

A przedtem zobaczymy śmierć śmierci. Urządzimy to. Wyprawimy jej pogrzeb. Symboliczny wprawdzie pogrzeb śmierci, ale na początek to nie jest tak mało. Zaciągniemy karawan nad brzeg wąwozu, tam oblejemy go naszą naftą, podpalimy i pchniemy go w dół, puścimy go w dół z ogniem i dymem: giń śmierci! Przepadnij!
 
Wybór tekstów Edwarda Stachury z książki "Cała jaskrawość"