Świtaniem, w wywietrznikach na ścianie kościoła franciszkanów, gołębie nie mogąc doczekać się wiosny, wiją gniazda. Nocne karoce rozwożą do domostw gasnące jestestwa. Dzwony jeszcze nie biją. Ziemne kwietniki – zmarznięte - marzą o zieleni bratków. Rozbijam się o jeden z nich w półsennej marze. Upadam do koryta ziemi. W oczach szklane odłamki niewybrzmiewających łez, dla których nie było powodu. Na ich dnie zawsze jest trochę soli – mawiali Chazarowie. Tutaj wciąż Królowa Śniegu i zapomnienie, że można kogoś pokochać, a słone łzy, niczym szkła uwieszone u rzęs żyrandoli - nanizane na nici zapomnienia. Jesteśmy. Nie wiemy, że jesteśmy. Przyjdzie kiedyś wiosna – w to jednak wierzymy.

 Piewcy życia, współcześni bardowie w podroży przez marzenia, zaokrętowali w Ostrówku. Gerda poszukująca Kaja, za którą rozgląda się Szatan Niderlandzki. Nikon Sevast nie dotarł ze zmęczenia. Niebieska Lama w towarzystwie Papugi Ateh, którą nieopatrznie przydeptałem. Nie poleciały pióra, ale to spojrzenie pełne zaskoczenia trochę mnie onieśmieliło. Nie chciałem. Wszystko to dzieje się samo z rozchwianym okrętem bujającym stale w okolicy fizyczności pawia, którego nie sposób stale na wolność wypuszczać. Uciążliwość łapania pionu, myślenia o każdym kroku, żeby nie spaść z czeluści dnia, nocy i szerzej rozumianego życia.
„Człowiek definiuje się przez swoje granice. Człowiek opisuje się na liniach oporu: to jeszcze jest człowiek, a to już nie; to jeszcze człowiek może, a tego już nie; to jeszcze jest ludzkie, a to już nie; to człowieka ogranicza - więc z tym walczy, naciska, wytęża myśl i wolę. Owe linie oporu stanowią fundamenty kultury, religii, filozofii, sztuki, języka, moralności, życia społecznego i politycznego. Wyznaczają także wektory szczęścia i nieszczęścia - ambicji, nadziei, lęków, ideałów - w życiu jednostkowym” (Jacek Dukaj, Król bólu).

Mój dowód tożsamości, nie prostokąt z plastiku,
nie kartka z urzędu, nie numer w dzienniku.
Moja tożsamość jest czymś więcej,
to muzyka, której słucham.
To idee, które wspieram;
przyjaciele, którym ufam.

Jestem człowiekiem.
Tym co piję, jem i palę.
Jestem ciałem kobiety,
z którą było mi wspaniale.

Moje konto w banku, moja zdolność kredytowa,
moja pozycja społeczna i kariera zawodowa,
nie są i nigdy nie będą definicją tożsamości.
Pieczęcią na mojej prawdzie, przyczyną przynależności.

Jestem człowiekiem.
Tym co piję, jem i palę.
Jestem ciałem kobiety,
z którą było mi wspaniale.

Moja identyfikacja,
to to miasto, w którym gram.
Kraje, które mnie wołają,
płyty, co na pamięć znam.

Jestem człowiekiem.
Tym co piję, jem i palę.
Jestem ciałem kobiety,
z którą było mi wspaniale.

Jestem człowiekiem.
Tym co piję, jem i palę.
Jestem ciałem kobiety,
z którą było mi wspaniale.

(Zespół AmperA - Moja Identyfikacja)

Na kameralnej scenie Ostrówka pogodna AmperA i jej wokalista przywodzący na myśl nostalgiczny spokój duszy. Zgodę na wspaniały świat, z którego należy czerpać całymi garściami. Pogoda istnienia pięknego, młodego mężczyzny. Radość w jego oczach. Ciepło w każdym geście scenicznej opowieści o krainach, które widział. O twarzach napotkanych istnień przybranych w duszę. Bard pełnej przygody, który w emocjonalnym, jakby nieśmiałym geście, daje pieśń o rzeczach najistotniejszych w życiu: bądź i śpiewaj siebie. Patrzę błędnym wzrokiem, oniemiały, olśniony prostotą słów. Prawdy, która niespodziewanie dociera do głębokich pokładów myśli dotychczas spiętych w jakiś łańcuch opięty kłódką z kluczem wyrzuconym w śnieg. Towarzysze podróży zaniepokojeni budzą mnie z tego snu. Chyba niepotrzebnie. Ta kraina śnienia jest całą podróżą za monetę pięciozłotową z brzękiem upadającą do puszki koncertowej. Dlaczego mnie budzicie z tego snu, z którego budzić nie potrzeba? Oto grajkowie świata, bez których ten sam tekst nie miałby dla mnie większego znaczenia. Bez tego miejsca, bez komiksowych obrazów Prządkiewicz zawartych w aktach kobiecych i męskich, bez naszego tu i teraz spotkania – to by nie wybrzmiało. Było i już nie powróci. Zostają wspomnienia naszych twarzy splątanych w swoje życiorysy...

Pierwsza w ową podróż wyrusza Papuga Ateh. Dłonie ponownie porastają w pióra. Myślami w pełnym locie pieśni, w geście śpiewającej duszy i tańczącego, papuziego ciała. Dzieje się taneczna magia. Jest wspaniała kraina snu i marzeń. Ateh porywa Lamę, Gerda odnajduje Kaja. Pląsa Szatan Niderlandzki. Wszystko jest, jakim było i nie ma już zimy. „Teatr skrapla się im na skórze w oleistych smugach (Jacek Dukaj, Król bólu).”

Szpulowych kaset błędny krąg,
nad oknem dyplomowy ciąg.
Morrisonowski pakiet zdjęć,
i na szaleństwa ciągła chęć...
Zapętlił się wspomnień czar
okryty chmurą marzeń o tym, jak...

Czas minionych lat naiwnością wali w twarz.
Tańczy w głowie, szumi trans...

Ukryty playboy, trabant szpan,
i komiksowej półki wrzask.
Za gumę turbo oddałbyś
kolekcję znaczków, monet garść...
Zapętlił się wspomnień czar
okryty chmurą marzeń o tym, jak...

Czas minionych lat naiwnością wali w twarz.
Tańczy w głowie, szumi trans...

Czas minionych lat naiwnością wali w twarz.
Tańczy w głowie, szumi trans...

(Zespół AmperA - Trabant Szpan)

Z Szatanem Niderlandzkim błądzimy po schodach za palarnią, całkiem w dół. Drzwi zamknięte na kłódkę. Proponuję poszukać piłki do metalu, lecz Szatan obiecuje kolejnym razem zabrać z sobą na tę wyprawę śrubokręt. Wszak trzeba te drzwi jakoś sforsować, bo kto wie, jakie tam czai się piękno? A może wręcz przeciwnie? Tego nie wie nikt. Zostajemy przy papierosie i myślach obłędnych pośród pól kwitnących różnokolorowymi tulipanami. AmperA nadaje cover Morrisona. Jest lśnienie w naszych oczach. Płyniemy równolegle, prostoliniowo, w nieskończenie długich przewodach o znikomo małym przekroju kołowym, umieszczonych w próżni w odległości jednego metra od siebie. Na każdy metr naszego życia przypada oddziaływanie z siłą równą  2*10-7 Newtona.
„Przysiadamy na ławeczce na dziedzińcu zamczyska Królowej. Zakwefione piastunki doglądają maluchów rozbrykanych na słonecznym trawniku. Szatan Niderlandzki z kolei ich dusze otwiera - żeglują ponad zielenią wielokolorowe bańki mydlane światów dziecinnych, jeden cudowniejszy od drugiego. Zadzieram głowę, gdy dwumetrowa bańka przelatuje wprost ponad moją głową. Nie dotykaj! Wpadniesz w dzieciństwo i nie zrozumiesz własnych słów dzisiejszych – mówi Szatan Niderlandzki (Jacek Dukaj, Król bólu - przerobione)”.

Pomieszanie zmysłów przybiera na sile. Kraina czarów zaplata winorośl naszych istnień, słów, łez, które nie padły, chociaż się szkliły. Oto stajemy się portretami istnień z podróżniczych opowieści wokalisty AmperA. Gdzieś w tle pobrzmiewają słowa Papugi Ateh, że „modlitwą Chazarów jest płacz. Jak w ciele małży kryje się perła, tak na dnie łez zawsze jest trochę soli. Kobiety składały niekiedy chustkę, dopóki dała się składać. To też jest modlitwa. W Chazarii panował kult snu. Chazarowie sądzili, że osoby zaludniające przeszłość człowieka, są jakby zaklęte w jego pamięci. Nie mogą się zmienić. Nie mogą zrobić kroku prócz tych, które wykonały. Nie mogą spotkać nikogo, prócz tych, których spotkali. Nie mogą się nawet zestarzeć. Jedynym ratunkiem dla naszych przodków, to możliwość... Jedynym ratunkiem dla naszych ojców i matek... (…) Jedynym ratunkiem dla całych wymarłych pokoleń ojców i matek zamkniętych w naszej pamięci, to możliwość wytchnienia od czasu do czasu w naszych snach. Tylko tu postacie ze wspomnień mogą znaleźć choć złudzenie życia”. Bard na scenie czaruje naszą czasoprzestrzeń. Wędruję senną ścieżką od Chazarii do krainy Królowej Śniegu, do wspomnień z dzieciństwa, muzyki Morrisona oraz stężałych w perłowe kostki wciąż nieurodzonych łez. Czuję się bezpiecznie, pogodnie pośród przodków i tutaj obecnych. Każdy zaplata swoją historię, w której nie musi padać zbyt wiele słów. Gesty są wymowne, znaczące i pełne pokory wobec życia. Ptaki snu nadal wiją sobie gniazda w naszych źrenicach. Jesteśmy blisko siebie i na swój sposób – szczęśliwie wsłuchani w barda z Ampery, w jego historie i opowieści o tym, że życie nie ma swego końca. Ono zawsze jest.

Drugi tydzień omdlewającego bólu rekolekcji istnienia. Wciąż jest ten krok do wczoraj, i kilka do jutra. „Uzyskawszy technologiczne narzędzia do autoewolucji, człowiek uczynił samego siebie zmienną kulturową. Człowiek nie jest przedmiotem gry. CZŁOWIEK JEST GRĄ (Jacek Dukaj, Król bólu)”.

 

(MR)
16/17.03.2013

***


Fragment z opowiadania pt. „Linia oporu” (Król bólu, Jacek Dukaj; Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2010)

„Sytuacja sceniczna par excellence: kobieta i mężczyzna, petra płeć, usiedli, by rozmówić się o przyszłym życiu, o wzajemnej konsumpcji dusz i ciał. Gdyby nie konwencja techu, mogliby tu odtwarzać dziewiętnastowieczną plaję.
Nie są w stanie wziąć jednego głębszego oddechu, żeby teatr nie wyprysnął z ich porów kroplami tłustego potu.
- Siedzą. - Mówią. (Social Link Boost).
Ilona z początku stara się być delikatna w swej odmowie. Bo czym by się twój układ różnił od każdej innej szlai? Prawo też jest formą teatralizacji życia. Państwo Ducha jedynie zobiektywizuje to, co sam wniosłeś.
A ja nie potrzebuję żadnych paktów antysamobójczych. (Każde małżeństwo jest paktem antysamobójczym). Nie potrzebuję kopiować plai konsumend.
Ja gram sama.
Jestem swoim własnym kreatywem.
Paweł zagryza wargi, z trudem kryjąc upokorzenie. Jak ma się przyznać do największej słabości, jak ma przed nią odsłonić kalectwo najstraszniejsze - traci odwagę - jak ma się zdać na jej łaskę - stracił.
Coś jednak musiało wyciec do publicznej. - Odpędziwszy gnomy, licha i upiory, pod flagami Salonu i Miłosierdzia Ilona wciąga na moment Pawła w swoją duszę-cebulę.
Spójrz na dzieci. Jak się bawią.
Przysiedli na ławeczce na dziedzińcu zamczyska Królowej. Zakwefione piastunki doglądają maluchów rozbrykanych na słonecznym trawniku. Ilona z kolei ich dusze otwiera - żeglują ponad zielenią wielokolorowe bańki mydlane światów dziecinnych, jeden cudowniejszy od drugiego. Paweł zadziera głowę, gdy dwumetrowa bańka przelatuje wprost ponad nim. Nie dotykaj! Wpadniesz w dzieciństwo i nie zrozumiesz własnych słów dzisiejszych.
A dzieci, one rodzą się do szlai. Szlaja stanowi ich środowisko naturalne.
(Paweł biega z Andrzejem po lasach, Paweł rozgrywa z dzieciarnią wsi kampanie na niewidzialnych lądach, Paweł obiera kartofle).
Klejnot koronny dzieciństwa to ta wrodzona zdolność czynienia fałszu prawdą i zatracania się w grze o sekundowy absolut. A ty -
A ja gdzieś tę zdolność zagubiłem. (Błądzi wzrokiem za bańkami jak zahipnotyzowany). Wyciekł ze mnie. Ten fluid wyobraźni, ten szpik snów. Złoto bezcenne. Pili wprost z moich żył, sprzedawałem litrami, oddawałem darmo, w butlach, wiadrach, cysternach, tankowcach. I wykrwawiłem się.
Nie potrafię już niczemu wstrzyknąć sensu.
Zła Królowa wbija paznokieć w kark Pawła. Prąd przebiega mu po kręgosłupie.
Spójrz na dzieci!
Są bezpieczne, bo nikt im jeszcze nie wmówił, że prawda idea absolut nie może się zmieniać.
Są bezpieczne, grają. W dowolnie płynnym i rozchybotanym świecie budzą się o poranku gotowe znaleźć od nowa tysiąc jeszcze radośniejszych celów życia (milion treści zabawy).
Paweł, poskromiony, składa głowę na kolanach Królowej. Dziecko podbiega, zagląda mu w oczy, łaskocze kwiatkiem w nos. Paweł zaciska powieki.
Ochroń mnie, Królowo. Ulecz mnie. Zwróć żywicę złotą. Błagam.
Ja wiem, że to tchórzostwo. Przychodzę za późno i za wcześnie.
Ci z pokoleń za mną, ludy petra, oni nie urodzili się do teatrów. Polowali na mamuty, pracowali w fabrykach. Nie znają tego uczucia całkowitego pochłonięcia przez fikcję - o której wiesz, że jest fikcją, a zarazem w tej minucie stanowi cały sens twojego życia.
(Ja także nie znam już tego uczucia).
Ci z pokoleń przede mną, ludy proteo, nie będą potrzebować protezy, bo popłyną swobodnie od zmiany do zmiany, zmieniając się wraz z nimi, ludzie-fale, nieludzie. Nie poznają tego uczucia, gdy nagle ziemia usuwa ci się spod stóp - nigdy bowiem nie staną na nieruchomej ziemi.
(Ja także nie stoję. Tonę).
Ratuj mnie, Królowo.
Pkkk! Pękła bańka na czole Pawła.
Podrywa się na nogi.
Zróbmy sobie dziecko!
(A dzikie emoty rozbiegają się naokoło, kicając kangurzo i zajęczo).
W jaki sposób w szlajach rodzą się dzieci graczy? Nie mają przecież żadnego biolo za podstawę. Następuje mejoza neuro. Łączy się i rekombinuje czysty duch.
(Tak wykradnę serum kogito, którego nie wykradnę podstępem ni przemocą).
Paweł sięga sobie w głąb czaszki i wydobywa, stękając jęcząc kwicząc piszcząc, bańkę krwistoczerwoną, włochatą i piłkowatą.
Wyciąga następnie rękę ku głowie Królowej - lecz Zła Królowa reaguje szybciej: otwiera szeroko usta i wybucha śmiechem.
Śmieje się, wyśmiewa, wyszydza Pawła.
Pękają bańki. Dzieci zatykają uszy, wykrzywiają buzie. Gnomy wytykają Pawła kościstymi paluchami.
Paweł ucieka z duszy i zamku Królowej.
- Ucieka. Ucieka.
Wybiegł na ulicę, łapie oddech. Jest noc i chłodny wiatr śródmiejski szczypie w oczy; łzy zostaną więc usprawiedliwione.
Sięga po inhalator z zapominajką.
Niematerialna dłoń łapie go za rękaw.
Zostaw. Czego się boisz? Wypiłeś. Uczucia to najbanalniejsza rzecz na świecie.
- Żmijowa czarownica - unosi się na wietrze, półprzezroczysty sztandar upiorów, postać wyrwana obcęgami spod powiek snu.
Paweł - wymierza w nią inhalator niczym lufę pistoletu.
Precz.
Maszeruje do domu.
Wieczorne światła wokół. Kanciaste konstelacje geo. Obce piękno królestw śródmieścia. Ciała.
(Miasto warczy, miasto szczeka, miasto pożre ci człowieka).
Soundtrack: Kasza Wału & Przewału.
Lecz nie zagłuszysz parzącej słodyczy Królowej.
Ach. Bo ty nadal nie rozumiesz, dlaczego kotka uszła ci w BDSM. Nie rozumiesz ZMIANY.
Uczucia to najprostsza sprawa.
Czy wiesz, co wypiłeś? Może ci skłamałam. Może to zupełnie inny gejdż. Czy wiesz, czemu płaczesz?
Dlaczego zachowujesz się, jak się zachowujesz?
A Paweł jak przyspawany do inhalatora zapominajki. Jeśli mam się pruć dizajnerskim gejdżem, to raczej się wyblankuję na zero, wolę nie pamiętać.
Bo czym się to różni od samobójstwa. Niczym.
- Królowa Upiorów wytrwale - płynie za nim przez miasto.
Wyrzuć to, wyrzuć! To właśnie te balasty kotwiczą cię wciąż we wczorajszym repertuarze. Dlatego rozumujesz jak stary romantyk, dlatego potrzebujesz grubego kaftana uczuć. Cudzej ręki, żeby cię wyciągnęła na brzeg.
Myślisz: zmienię się w kogoś zupełnie innego → nie będę sobą → nie będzie mnie → umrę.
Dlatego pozostajesz niewolnikiem petra.
I dlatego próbujesz sam siebie związać na lata naprzód pracą, studiami.
I dlatego pędzisz na oślep na ratunek kotce, której zachciało się przegejdżować na nice.
(Królowa zamiata koronkowym trenem reklamy, lampy, balony, zagarnia w welon trupi galaktyki sportu, seksu i polityki. Rozpościerając geometryczne fale na powierzchni królestw).
Nie myśl rzeczownikami! Myśl czasownikami!
Czyż nie byłeś sobą w tych wszystkich szlajach, w które zapadałeś się na dni, miesiące?
Uważasz, że to TYLKO teatr? Ten teatr zmienia ciebie każdą przeżytą w nim sekundą.
Że jesteś kimś innym - i znowu kimś innym - i znowu - i to jest naturalne, to jest dobre, to jest życie Proteusza.
Nie uratujesz siebie, naśladując innych. Nie zachowasz duszy, pożerając duszę moją. Musisz się zmienić, to znaczy przestać być sobą - to znaczy zdać się na nieopisane, poddać się grzmotowi pioruna i bogom ciemności.
Znam was, rozłożyłam was na części.
CHCIAŁEŚ, żebym cię tym napoiła!
Po to przyszedłeś.
(Królowa rozwachlarzowana ponad dachami, Królowa Zła przesłaniająca gwiazdy i Księżyc).
Ażebym cię wciągnęła w GRĘ. Taką GRĘ, której nie potrafiłbyś się oprzeć.
Paweł zbiera się, by odczynić uroki Ilony, ale tymczasem zostaje zaatakowany z zupełnie innej strony: Behold, z bramy Staruchy wyskoczył Qqsyn.
Ambush Strike 100/100, Stun 3s.
Co ty tutaj. Czego. Do jasnej cholery. Puszczaj. Paweł. Andrzej. No gdzie. Przyjechałem specjalnie. Czekaj. Ale czemu. Rany boskie. Czego, czego.
Pobiją się. Nie pobiją.
Dzwoniłem, nie odbierasz. Nie można się nijak skontaktować. Wierzba przebijała się i nie przebiła. Musiałem osobiście. Twoja matka w szpitalu. Serce, ciągłe migotania, obrzęk płuc. Paweł, na litość boską.
Paweł słucha, Paweł patrzy. Jak Qqsyn się - oburza. Jak się - troska. Jak - wygraża, - załamuje ręce, - szarpie, - krzyczy, - szepcze, - przekonuje.
Zła Królowa nachyla się z wysokości, w jej dłoni drugi kielich drogocenny, zielony jad zeń kipi, wylewa się. Wypijwypijwypij.
Na tych samych wysokościach ponad Pawłem, lecz po przeciwnej stronie, w rozświetlonym biało prostokącie okna majaczy sylwetka Adriana Utrałta. Mężczyzna patrzy w dół na ulicę i powtarza w kółko jeden gest, prosty ruch ręką.
Andrzej - prosi.
Królowa podaje - truciznę.
Utrałt rzuca - czar.
Natężenie teatralności staje się dla Pawła nie do zniesienia. Coś pęka.
Reset All Skills. Revive.
Odpycha Andrzeja. Tobie się wydaje, że mnie ratujesz z pułapki bezdusznej podłości. (Paweł pełnym głosem, do ostatniego rzędu). Wydaje ci się, że nie ma innego życia i szczęścia jak wasze.
Nie wgejdżujesz we mnie wyrzutów sumienia. Odpłynąłem.
Qqsyn - okazuje - pogardę. Tfu, Raskolnikow z elektronicznej piaskownicy!
(Idź, złam rękę dziecku).
Wszyscy się bez przerwy tym szprycujecie, uczucie na rozkaz, miłość jak szminka na wieczór, przyjaźń jak woda kolońska, tfu, tfu, dusza na smyczy, nie macie duszy, nie macie uczuć.
Trudno teraz Pawłowi nie patrzeć na kuzyna jak na dziecko albo jaskiniowca albo zabytek ciemnogrodu. Przecież Andrzej nawet nie jest świadomy własnej niedojrzałości.
Niewolnik biolo, niewolnik kogito.
„Urodziłem się w katolickim kraju - jestem katolikiem, wierzę w Boga". (Wyzwolił się).
„Urodziłem się w Polsce - jestem Polakiem, kocham Polskę". (Wyzwolił się).
„Urodziłem się w rodzinie - jestem synem, kocham matkę i ojca". (Wyzwoli się).
„Urodziłem się Homo sapiens - jestem takim właśnie człowiekiem i nie będę miał innego człowieka przed nim". (Wyzwolą się wszyscy).
W drzwiach klatki Paweł raz jeszcze odwraca się.
Zapłacę jej rachunki, zapłacę za doktorów, szpitale, leki. Ale nie nachodź mnie już więcej. Wylogowałem się z waszej szlai”.

Fragment z opowiadania pt. „Linia oporu” (Król bólu, Jacek Dukaj; Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2010)