"Czy widząc stopień ewolucji naturalnych mechanizmów - tu wkracza mistyka - nie powinniśmy się spodziewać podobnie zaawansowanej ewolucji społecznej? Ujmując to inaczej, w sposób mniej poetycki: czy jest jakiś sens w tym, że my, organizmy tak skomplikowane, żyjemy tak gównianym życiem? Chyba że w rozwoju historycznym znajdujemy się na etapie trylobitów. Z pewnością trylobit uważał się za nie byle co i był - w sposób irracjonalny, nie zawsze możliwy do wytłumaczenia - z siebie zadowolony.

Świat jest absurdem, życie mija nam na jedzeniu, spółkowaniu, konsumowaniu, marnotrawieniu czasu. I tak jednak różnica między ulicą jakiegokolwiek miasta a lasem albo polem jest tak nadzwyczajna, że nie mogę uwierzyć, że nie dokonaliśmy tego w jakimś celu. Zbyt wiele wymyśliliśmy, żeby nie aspirować do czegoś więcej: do sensowności, do wewnętrznego piękna, do pewnej doskonałości (?), która usprawiedliwiłaby cały wysiłek.

 

(…)

Pamiętam czasy, kiedy mężczyźni się nie całowali. Kiedy telewizja nadawała na czterech kanałach, w surowej czerni i bieli. Kiedy skręt był oszałamiającą nowością. Kiedy komputer należał do rojeń z gatunku science fiction. Kiedy świat miał być o wiele lepszy. Kiedy w dzielnicach nędzy mieszkali robotnicy. Kiedy kobiety nie nosiły spodni. Kiedy dżinsy były oznaką niemożliwego do zaakceptowania buntu. Kiedy nikt nie miał pojęcia, co to, do diabła, jest soja. Kiedy samochody miały przy kierownicy dźwignię zmiany biegów. Kiedy Związek Radziecki rządził połową świata i wysyłał psy w kosmos. Kiedy przed podróżą samolotem bliscy odprowadzali cię na lotnisko. Kiedy starsi mężczyźni nosili kapelusze. Kiedy na wielu etykietkach zaznaczone było: wyprodukowane w Argentynie. Kiedy księża odprawiali mszę po łacinie. Kiedy istniały dziewice. Kiedy chłopcy na swój pierwszy raz szli do dziwki. Kiedy Perón był obalonym generałem, a Guevara partyzantem, który gdzieś tam miał przeprowadzić zwycięską rewolucję. Kiedy w dziennikach i czasopismach używano hiszpańskiego. Kiedy za noszenie długich włosów - sięgających kołnierzyka koszuli - wylatywało się ze szkoły. Kiedy jeździłem pociągiem do Mendozy, Zapali, Jujuy. Kiedy na geja mówiło się „pedał”, a sam temat był wstydliwy. Kiedy kluby piłkarskie nie mogły dokonywać transferów. Kiedy łatwiej było zobaczyć konie na ulicy niż piersi na ekranie. Kiedy nie istniało słowo hejter ani CD, ani DVD, ani shopping, ani sushi, ani rockman, ani komp, ani mugol, a słowo myszka łączyło się z imieniem Mickey. Pamiętam czasy, kiedy hamburgery były czymś egzotycznym, bardzo cool; słowo cool też zresztą nie istniało. Kiedy przeszłość była katastrofą.
„Pamiętam” znaczy oczywiście, że mam swoje lata, ale znaczy także, że świat nie zawsze był taki, jaki jest. To znaczy, że sprawy - przedmioty, zachowania, społeczeństwa - następują po sobie kolejno w ciągu dziejów, są dynamiczne, wciąż się zmieniają, nic nie trwa wiecznie.
Brzmi to absurdalnie, ale najbardziej przekonującym mitem naszej epoki, epoki nieustannych zmian, jest przeświadczenie, że nie są możliwe zmiany w tym, co fundamentalne, w zasadniczym porządku naszego życia. Nie jest ono zresztą niczym nowym, dochodziło do głosu już nieraz. Wiele doktryn, religii, systemów rządzenia odwołuje się do idei niezmienności rzeczy - stara się tę ideę utrwalać.

(...)

Czym jest teraźniejszość bez przyszłości? Z czego zbudowana jest teraźniejszość, jeśli nie ma w niej różnych postaci przyszłości? Jak można żyć w teraźniejszości, w której nie ma przyszłości? W teraźniejszości, w której dla powtarzających się nieustannie strasznych rzeczy nie ma przeciwwagi nadziei, że kiedyś się to skończy?

(...)

Pod koniec XVIII wieku wielki ideolog współczesności, jakim był Immanuel Kant, napisał skromny objętościowo tekst zatytułowany: Sapere aude! Odważ się być mądrym, odważ się wiedzieć. Wiedzieć, to mało - teraz zaś nabrało przeciwnego znaczenia: to tyle, co znosić ciężar rzeczywistości pojmowanej jako jedyna prawda, prawda, która nie pozwala marzyć ani pragnąć.

Somniare aude.
Desiderare aude.

Wzrastałem w nadziei, że wszystko niedługo się zmieni. Mówiąc inaczej, że postacią czasu jest nieustanna zmienność. Pędząc niemal bez tchu, ledwo zdołałem wskoczyć do ostatniego wagonu pociągu, którym podróżowała generacja przekonana, że po nas nic już nie będzie takie samo. Nawet nie bardzo liczyły się formy. Te następowały po sobie, zmieniały się, były akcydentalne: w każdym razie tuż za rogiem czekało nowe społeczeństwo - nowa kultura, nowe urządzenia, nowa seksualność, nowe języki, nowe układy władzy, całkowicie nowa polityka. I cały czas działo się coś nowego.

(…)

Przez resztę życia przekonywałem się, że społeczeństwo może postrzegać siebie w kategoriach niezmienności, trwałości. Teraz już nie ma nie tylko woli, nie ma nawet owej nadziei. Wydaje nam się, że nie podołamy - nastąpiło tąpnięcie kulturowe. Ludzkość bardzo skarlała: pięćdziesiąt lat temu uważaliśmy się - mając powody, by tak mniemać, albo i nie mając - za zdolnych do wielkich czynów. Teraz już nie uważamy. I jest to smutne.

Nonsensy mówią więcej, niż chcemy przyjąć, a mało który nonsens okazał się równie przekonujący: wmówiono nam. że mieć poglądy lewicowe - chcieć zmienić świat - to anachronizm, przebrzmiała pieśń. W świecie zdominowanym przez mody najbardziej przekonująca idea współczesności pozostawała zdecydowanie poza modą. I nie chodzi tylko o przeciwstawienie się pewnym naciskom, pewnym zastanym ideom; trzeba także wytrzymać pobłażliwe, zatroskane spojrzenia różnych osób, wśród nich przyjaciół, rodziny, zaniepokojonej losem naiwniaka, który myśli to, czego się nie myśli, robi to, czego się już nie robi.
Ciągle jeszcze się nie nauczyłem. Nie potrafię żyć tylko tym życiem. Nauczyłem się żyć nakierowany na szczęśliwą przyszłość; teraźniejszość była pewnością tej szczęśliwej przyszłości, była nią zabarwiona, miała jej blask. Życie w czystej nieustającej teraźniejszości pachnie dla mnie oszustwem. Czuję podziw i wzgardę, zazdrość i wzgardę wobec wszystkich, którzy tak potrafią.
Pod wielkodusznością przypisywaną tym, którzy walczą, pulsuje bowiem egoizm. Jest w tym pewna oczywista sztuczka: podpisanie się pod jakimś mniej czy bardziej wzniosłym zamierzeniem to jedno z niewielu znanych antidotów na banalność życia.
Może i prawda, że postawa, jaką zajmuje każdy z nas wobec tego, co ogromne, co zdaje się nienaruszalne, niewiele mówi. Ale przynajmniej wyjaśnia coś w tak drobnej kwestii, jak pytanie o to, kim, do diabła, jestem.
Kim jestem, kim byłbym, gdybym się liczył? Kimś, kto urodził się, czegoś się nauczył, pracował, bawił się, kochał, płodził dzieci, zestarzał się i umarł jak miliony ludzi każdego dnia? Czy kimś, kto zrobił, co mógł, choćby niewiele, żeby świat był inny? Czy nie jest łatwiej żyć - umierać, wszystko jedno - z przynoszącym ulgę poczuciem, że się próbowało?
Może nie mogę aż tyle oczekiwać, nie ma jednak dnia, żebym się nie ustanawiał, kiedy powróci przyszłość.

Znowu pragnąć, znowu chybić - chybić lepiej.

Czasem chciałbym poznawać coś, jak poznajemy - jak poznawałem - w wieku dwunastu lat: dowiadujemy się o czymś albo zaczynamy coś pojmować po raz pierwszy, oszołomieni zrozumieniem, nie wiedząc, że inne rzeczy to podważają, wolni od ciężaru świadomości, że działo się tak już nieraz - i to z powodu spraw absolutnie przeciwnych.
Stwierdzenie, że młodość to czas złudzeń, które wraz z wejściem w dorosłość porzucamy - rzekomo dlatego że gdzieś się zakorzeniamy, osiadamy na miejscu, przyjmujemy rozmaite zobowiązania - brzmi jak pusty frazes. Myślę, że człowiek zaczyna tracić owe złudzenia, kiedy uświadamia sobie ulotność wszystkiego, skończoność. W młodości czas nie ma dla nas kresu, i na wszystko jest czas. Gdy się zestarzejemy, uważamy, że dwadzieścia lat minęło szybko i właściwie nic się w tym czasie nie wydarzyło albo wydarzyło się wszystko, czy może raczej: wszystko było jak zawsze. Tej myśli próbujemy się przeciwstawić.

Starzeć się - czy powinienem tak to ujmować? - to uświadamiać sobie, że są rzeczy, których nie poznamy. Porzucić nadzieję, że kiedyś, wreszcie, może - że wszystko jeszcze przyjdzie.
Chciałbym wiedzieć - naturalnie, że bym chciał. Teraz mam świadomość, że prawdopodobnie się nie dowiem - ale to nie powstrzymuje mnie od pytań. Zadawanie pytań, na które człowiek nie ma nadziei uzyskać odpowiedzi, jest trudne. Niezadawanie ich - smutne.

Znowu pragnąć,
znowu się mylić.

Mam wrażenie, że odczuwam wobec swojej epoki gniew, a głód jest syntezą wszystkiego, co we mnie ten gniew wywołuje.
Mam wrażenie, że gniew jest jedyną interesującą relacją, jaką człowiek może nawiązać ze swoją epoką".

Głód, Martín Caparrós
Wydawnictwo Literackie, 2016