Share

23122018jez

„Nie, mówi zdobywca, nie sądźcie, że wybierając czyn oduczyłem się myśleć. Przeciwnie, mogę doskonale określić, w co wierzę. Wierzę bowiem z siłą i widzę w sposób pewny i jasny. Miejcie się na baczności przed tymi, co mówią: «Znam to zbyt dobrze, żebym to mógł wyrazić.»” Jeśli bowiem nie mogą, to znaczy, że nie wiedzą albo że z lenistwa zatrzymali się na powierzchni.

Nie mam wielu poglądów. U końca życia człowiek stwierdza, że spędził lata na upewnianiu się w jednej prawdzie. Ale jeśli jest to prawda oczywista, wystarczy do pokierowania życiem. Co do mnie, na pewno mam coś do powiedzenia o jednostce. Mówić o niej trzeba bez rozrzewnień i z odpowiednią pogardą, jeśli to konieczne.

Człowiek jest bardziej człowiekiem przez swoje milczenia niż przez to, co mówi. Wiele jest rzeczy, o których będę milczeć. Ale jestem pewien, że wszyscy, którzy osądzali jednostkę, czynili to mając oparcie w znacznie mniejszym doświadczeniu niż nasze. Inteligencja, wzruszająca inteligencja, przeczuwała może, co należało stwierdzić. Ale nasza epoka, jej ruiny i krew nie szczędzą nam oczywistości. Dla ludów starożytnych, a nawet później, lecz przed naszą mechaniczną erą, było rzeczą możliwą zachowanie równowagi pomiędzy cnotami społecznymi a cnotami jednostki, a także zastanawianie się, które mają służyć którym. Było to możliwe przede wszystkim dlatego, że uparte serce ludzkie tak obłąkańczo chce wiedzieć, czy ludzie przyszli na świat, żeby służyć, czy żeby im służono. Było to ponadto możliwe dlatego, że ani społeczeństwo, ani jednostka nie pokazały jeszcze wszystkiego, co umieją.

 

Widziałem zacnych ludzi zachwycających się arcydziełami malarzy holenderskich, które powstawały podczas krwawych flandryjskich wojen, wzruszających się do głębi kazaniami mistyków śląskich, które zrodziła straszna Wojna Trzydziestoletnia. W zdumieniu stwierdzali, że wartości wieczne brały górę nad zgiełkiem doczesnym. Ale odtąd czasy się zmieniły. Malarzom dzisiejszym brak tej pogody. Nawet jeśli mają serce takie, jakie powinien mieć twórca, to znaczy oschłe, jest ono zupełnie nieprzydatne, ponieważ wszyscy są zmobilizowani ze świętym włącznie. Może to właśnie odczułem najgłębiej. Z każdą formą przepadłą w okopach, z każdą kreską, metaforą czy modlitwą zmiażdżoną żelazem wieczność traci swoją cząstkę. Świadom, że nie mogę oddzielić się od mojego czasu, postanowiłem z nim się zespolić. Przypisuję tak wielkie znaczenie jednostce tylko dlatego, że wydaje mi się śmieszna i upokorzona. Wiedząc, że nie ma spraw zwycięskich, upodobałem sobie sprawy przegrane: żądają całej duszy, tak samo zdolnej sprostać swej porażce, jak swym przelotnym zwycięstwom. Dla kogoś, kto czuje się solidarny z losem świata, wstrząs, jakiego doznają cywilizacje, ma w sobie coś zatrważającego. Wziąłem na własność tę trwogę w tym samym momencie, kiedy chciałem wejść do rozgrywanej gry. Wybierając pomiędzy historią a wiecznością, wybrałem historię, ponieważ lubię pewność. Jej przynajmniej jestem pewien, a jak zanegować siłę, która mnie miażdży?

Nadchodzi zawsze chwila, kiedy trzeba wybierać pomiędzy kontemplacją a działaniem. Ma to swoją nazwę: zostać człowiekiem. Te rozdarcia są straszliwe. Ale dla dumnego serca nie ma drogi pośredniej. Jest Bóg albo czas, krzyż albo miecz. Albo świat ma sens wyższy i ten sens jest ponad wszelkim ziemskim niepokojem, albo prawdą jest tylko ten niepokój. Trzeba żyć swoim czasem i umrzeć razem z nim albo ujść czasowi wybierając życie większe.

Wiem, że można się układać, żyć epoką i wierzyć w wieczność. To nazywa się akceptacją. Ale słowo budzi we mnie wstręt, chcę wszystkiego albo niczego. Nie sądźcie, że jeśli wybrałem czyn, kontemplacja jest dla mnie ziemią nieznaną. Ale kontemplacja nie może mi dać wszystkiego, a skoro jestem pozbawiony wieczności, chcę sprzymierzyć się z czasem. W moim rachunku nie ma miejsca na nostalgię i gorycz, chcę tylko orientować się w nich jasno. Mówię wam, jutro zostaniecie zmobilizowani. Dla was i dla mnie jest to wyzwolenie. Jednostka nie może nic, a jednak może wszystko. Te cudowne możliwości tłumaczą, dlaczego wynosząc ją, unicestwiam jednocześnie. Świat ją łamie, ja wyzwalam. Daję jej wszystkie prawa.

Zdobywcy wiedzą, że czyn sam w sobie jest bezużyteczny. Użyteczny byłby tylko ten, który poprawiłby człowieka i świat. Nigdy nie poprawię ludzi. Ale muszę postępować, jak gdybym mógł. W walce poznałem ciało. Nawet upokorzone jest moją jedyną pewnością. Mogę żyć tylko nim. Istota ludzka jest moją ojczyzną. Dlatego wybrałem ten wysiłek absurdalny i bez znaczenia. Dlatego opowiedziałem się za walką. Epoka nadaje się do tego, już to powiedziałem. Dotychczas wielkość zdobywcy była geograficzna. Mierzono ją podbitymi terytoriami. Nie na próżno słowo: zdobywca zmieniło sens i nie oznacza już zwycięskiego wodza. Wielkość przeniosła się gdzie indziej. Jest w proteście i ofierze bez przyszłości. Raz jeszcze: nie wynika to z upodobania do porażki. Zwycięstwo byłoby pożądane. Ale jest tylko jedno zwycięstwo: wieczne. Tego nie uzyskam nigdy. Oto, przy czym stoję i czego się trzymam. Rewolucji dokonuje się zawsze przeciwko bogom, począwszy od Prometeusza, pierwszego ze zdobywców nowoczesnych. Jest to roszczenie człowieka, który sprzeciwia się swemu losowi: roszczenie biedaka to tylko pretekst. Ale ducha buntu mogę pochwycić jedynie w jego akcie historycznym; na tym gruncie z nim się łączę. Nie sądźcie jednak, że znajduję w tym upodobanie: w obliczu zasadniczej sprzeczności podtrzymuję moją sprzeczność ludzką. Moją jasność widzenia umieszczam wśród tego, co ją neguje. Człowieka opiewam, gdy staje wobec tego, co go miażdży, i w tym napięciu, w tej jasności widzenia i ciągłym powtórzeniu moja wolność, mój bunt i moja pasja łączą się w jedno.

Tak, człowiek jest swoim własnym celem. I celem jedynym. Jeśli chce być czymś, to tylko w tym życiu. Teraz już to wiem. Zdobywcy mówią czasem o zwycięstwie i przezwyciężeniu. Ale rozumieją przez to „przezwyciężenie siebie”. Wiecie, co to znaczy. Każdy człowiek czuje się w pewnych chwilach równy bogu. Tak przynajmniej mówią. Płynie to stąd, że w błyskawicznym olśnieniu poznał zdumiewającą wielkość ducha ludzkiego. Zdobywcy to ci pośród ludzi, którym poczucie własnej siły daje pewność, że będą żyć stale na tych wysokościach i świadomi tej wielkości. W mniejszym albo większym stopniu jest to kwestia rachunku. Zdobywcy mogą najwięcej. Ale nie mogą więcej niż człowiek, kiedy tego zechce. Dlatego w płomieniu rewolucji probierzem pozostaje dla nich zawsze człowiek.

Odnajdują w nim istotę okaleczoną; ale też jedyne wartości, które kochają i podziwiają: człowieka i jego milczenie. Jest to ich ubóstwo i ich bogactwo jednocześnie. Związki z ludźmi to ich luksus jedyny. Jakże nie rozumieć, że w tym świecie otwartym na ciosy, wszystko, co ludzkie, i tylko to, co ludzkie, nabiera żaru? Twarze nam ofiarowane, braterstwo zagrożone, przyjaźń mocna i wstydliwa są bogactwem prawdziwym, bo przemijającym. Tu umysł lepiej doświadcza swej mocy i ograniczeń. To znaczy swojej skuteczności. Byli tacy, co powoływali się na geniusz. Ale geniusz, to mówi się łatwo; wolę inteligencję. Oświetla pustynię i na niej włada. Zna swoje serwituty i je tłumaczy. Umrze wraz z ciałem. Ale ta wiedza jest jej wolnością.

Wiemy, że wszystkie Kościoły są przeciwko nam. Serce tak napięte wymyka się wieczności, a wieczność jest celem wszystkich Kościołów, boskich i politycznych. Szczęście i odwaga, zapłata albo sprawiedliwość to dla nich sprawy drugorzędne. Przynoszą doktrynę i trzeba pod nią złożyć swój podpis. Cóż mi jednak po ideach czy po wieczności! Prawd na moją miarę mogę dotknąć ręką. Nie potrafię się od nich odciąć. Dlatego nie możecie na mnie budować: ze zdobywcy nic nie przetrwa, nawet jego doktryna.

U końca tego wszystkiego jest jednak śmierć. Wiemy o tym. Wiemy też, że ona kończy wszystko. Dlatego cmentarze pokrywające Europę - obsesja niektórych spośród nas - są odrażające. Upiększyć można tylko to, co się kocha, a śmierć budzi w nas wstręt i nas nuży. Ją także trzeba zdobyć. Ostatni Carrara, więzień w Padwie wyludnionej przez dżumę i obleganej przez Wenecjan, przebiegał komnaty swego pustego pałacu, wielkim krzykiem przyzywając diabła i żądając od niego śmierci. Był to sposób przezwyciężenia śmierci. I było aktem odwagi znamiennej dla Zachodu, oszpecenie tych miejsc, gdzie śmierć czuje się uhonorowana. W świecie człowieka zbuntowanego akcentuje ona niesprawiedliwość. Jest nadużyciem ostatecznym.

Inni, także nie idąc na układy, wybrali wieczność i ukazali ziemską ułudę. Ich cmentarze uśmiechają się pełne kwiatów i ptaków. To dogadza zdobywcy i daje mu jasny obraz tego, co odrzucił. Sam, na odwrót, wybrał czarne żelazo i bezimienny dół. Najlepsi spośród tych, co opowiedzieli się za wiecznością, czują niekiedy przerażenie - w którym jest odcień szacunku i litości - gdy myślą o ludziach, którzy mogą żyć z takim obrazem własnej śmierci. Ale oni stąd właśnie czerpią siłę i usprawiedliwienie. Jesteśmy twarzą w twarz z naszym losem i wyzywamy ten los. Mniej z pychy niż ze świadomości naszej kondycji bez znaczenia. My także litujemy się nad sobą. Jest to jedyna litość, na jaką możemy przystać: nie zrozumiecie jej łatwo, wyda się wam może uczuciem niezbyt męskim. A jednak doznają go najzuchwalsi spośród nas. Lecz my nazywamy mężnymi tych, co widzą jasno, i nie chcemy siły bez przenikliwości. (...)

Albert Camus, "Eseje"
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1971