Share

Teatr Kochanowskiego w Opolu ponownie odkrywa coraz to nowe pokłady dna. Już dobrych kilka lat temu myślałem, że gorzej być nie może, a jednak na stanowisku dyrektora nastał Norbert Rakowski i karuzela ruszyła ponownie. Przeczytałem w dzisiejszej Gazecie Wyborczej wiadomość o zwolnieniu Grażyny Misiorowskiej z Teatru Kochanowskiego w Opolu po 30 latach pracy.

Czy oniemiałem? Czy zabrakło mi tchu? To jest tak, jakby mi ktoś dał kilofem po tysiąckroć w głowę, potem po niej poskakał w swej dzikiej namiętności, a następnie zalał głęboko wykopany dołek żelbetonem, mnie, skołowanego widza, uprzednio weń wkładając.

 

W bezsilności latam na miotle pod sufitem, rzucając dziesiątkami niecenzuralne słowa na lewo i prawo. Nie dość, że praktycznie już wszystkim w tym kraju przyszło oddychać niemal czystym ołowiem (tak duszno, tak nieznośnie, tak surrealnie), to na dodatek co dnia budzi się człowiek z duszą na ramieniu, czym mu dzisiaj (przepraszam za słowa) dopierdolą, i z której strony. Zatem siedzę, patrzę w artykuł o zwolnieniu z pracy wybitnej aktorki i własnym oczom nie wierzę. Czytam ten artykuł kilkanaście razy. Może się jeszcze nie obudziłem, może zwariowałem, a może to jakaś równoległa rzeczywistość? Ale nie, bo widzę zarazem, że w socjalmediach właściwie już w setki idą reakcje zszokowanych i wzburzonych opolan.

To nie pierwszy raz, gdy pan Rakowski zachowuje się na stanowisku dyrektora niczym autorytarny władca. Nie wiem, czy Marszałek Województwa sprawuje nad dyrektorem jakąkolwiek kontrolę, a doskonale pamiętam, że gdy uprzednim razem, przed kilku laty, nie dopilnował właściwej oceny sytuacji, ta rozlała się, stając się równie nieprzyjemną. Opolska scena dramatyczna nie jest księstwem samowładnym dyrektora, któremu jedynie czasowo powierzono pełnienie obowiązków, zaś scena należy do podatników, czyli także do mnie. Mój pojedynczy głos, jak uprzednio, zdaje się nie być odosobnionym, lecz wybrzmiewa jako jeden z całego chóru. A ten, mniemam, będzie już tylko potężniał, bo pewnym jest tylko jedno: nic tu nie pomogą piękne sceniczne dekoracje, skoro w kulisach znowu zaczyna czaić się zło. Boleśnie przerabialiśmy to kilka lat temu i w tym samym miejscu. Wielu po dziś dzień nie wyszło z uprzedniej traumy.

Pani Grażyna Misiorowska oddała opolskiej scenie przez te trzydzieści lat pracy twórczej wszystko. To jej drugi, a właściwie pierwszy dom, bo zapewne wraz ze zwolnieniem dosłownie wyląduje na bruku. Zasłużona dla kraju, województwa i dla miasta. Wspaniała, czuła, wrażliwa kobieta, która kilku pokoleniom opolan pokazała jak pisać słowo sztuka przez duże S. Nauczycielka życia, piękna, dobra, która swoją niepowtarzalną techniką gry aktorskiej potrafi odnaleźć się w każdej roli i pokazać samo sedno prezentowanego tekstu. Porusza od zawsze. To, co ją teraz dotyka, to jest czyste bestialstwo i urzędnicza znieczulica.
Każdy, kto chociaż raz miał szansę zobaczyć ją na scenie, zdaje sobie sprawę, że w Teatrze Kochanowskiego w Opolu zasłużonym pracownikom dzieje się wielka niesprawiedliwość i niczym niezasłużona krzywda. Tam nie ma ducha humanizmu. Tam zapomniano, czym jest człowieczeństwo. To już nie jest świątynia sztuki, a miejsce, gdzie nad wyraz często lęgnie się zło.

Brzęczy mi w głowie „Widokówka z tego świata” pióra Zagajewskiego, którą rozpoczynają słowa: „Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie, z którego mam za darmo rozległe widoki: gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową ta sama mroźna próżnia milczy swą nałogową odpowiedź”. Teatr Kochanowskiego w Opolu pozostaje mi omijać szerokim łukiem. To mój osobisty bojkot.

Mateusz Rossa
27.04.2020