Niecodziennik


Japoński ryż owocowy, czyli koniec Hiroszimy II
akryl na płótnie, 60x60, Paweł Danowski

Dwa miasta japońskie: Hiroshimę i Nagasaki zmiotły z powierzchni ziemi dwie bomby atomowe, pierwszy raz w dziejach tej ziemi rzucone na nią ludzkimi rękami. Były to - jak wiadomo - ręce lotników amerykańskich.

Tę książkę napisał Amerykanin. Będzie ona zapewne czytana w Warszawie, warto więc nadmienić, że autor jej, jako jeden z pierwszych korespondentów zagranicznych, zwiedził ruiny stolicy Polski. Na nasze pytanie, co uczyniło na nim groźniejsze wrażenie: Hiroshima czy Warszawa? - bez namysłu odpowiedział: Warszawa.

Kto to jest człowiek zbuntowany? Jest to człowiek, który mówi: nie. Lecz odmawiając zgody bynajmniej się nie wyrzeka: to również człowiek, który od pierwszej chwili mówi: tak. Niewolnik, któremu rozkazywano przez całe życie, stwierdza nagle, że nowy rozkaz jest nie do przyjęcia. Jaka jest zawartość tego „nie”?


"Wyzwolenie to przede wszystkim usunięcie z pola widzenia owej strony mroku, by nie mąciła nieskończonej piękności dramatu między duszą a powagą istnienia" - między innymi te słowa prof. Elzenberga, jak i twórczość Herberta towarzyszą mi już od dłuższego czasu, gdy patrzę na płótna Danowskiego.

Paweł Danowski: Ucieczka, albo schowanie; olej na płótnie, 130x80
***

U mnie tym stosunkiem [do zdarzeń] było z początku doprowadzenie do kresu [...] historiozofii pesymistycznej; ostateczne zwątpienie w sensowność dziejów, w znacznej mierze - w człowieka w ogóle. To minęło [...]. Co przyszło na miejsce zwątpienia? na razie tylko spokojne opowiedzenie się przy kulturze; zwiększenie poczucia jej wagi, dostojeństwa, substancjalności. Odpadnięcie wszystkiego, co mogło uchodzić za «zabawę w kulturę». Umocnienie się w przekonaniu - nie! w afirmacji istotniejszej od wszystkich przekonań - że wbrew wszystkiemu te stare zręby warto podtrzymywać, śród świata zbrodni dźwigać ten gmach rozjaśnienia. I może jeszcze: poczucie absolutnej dwutorowości dziejów dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologiczne bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i ammonity (5 XII 1941, HE: K, s. 298).

Henryk Elzenberg
dziennik, 05.12.1941


Sztuka jest wtedy, gdy prawo mówi - nie wolno ci pochować brata, a ty wiesz, że to prawo jest nieludzkie, i się mu sprzeciwiasz. Tam, gdzie jest konflikt racji, gdzie zło ukrywa się pod pozorami prawa, prawdy i dobra, pojawia się miejsce na sztukę. Gdyby matka kochała i niańczyła Edypa, a ten wyrósł na mądrego i dobrego mężczyznę, żadna sztuka by o nim nie powstała, najwyżej sentymentalny gniot. Sztuka zajmuje się złem, a jeśli pokazuje dobro, to tylko jako wyspę na morzu zła....

Nie i tak. Adam Ferency w rozmowie z Mają Jaszewską
Wyd. Editio, 2017

***
"Bez Tytułu", aut. Paweł Danowski
olej na płótnie, 70x50cm


Po lekturze zbioru opowiadań z wiedźmińskiego uniwersum, pozostaje pogratulować autorom oraz inicjatorom konkursu, w wyniku którego wyłoniono do druku ten zestaw opowiadań. Są czarujące, pozwalając wygłodniałemu czytelnikowi ponownie zanurzyć się w pełnokrwiste uniwersum, gdzie dobro i zło nie są jednoznaczne. Cudnie było móc tam powrócić. Ufam, że to nie jest koniec, a dopiero początek. On wrócił!

Andrzej Sapkowski przedstawia:
Wiedźmin. Szpony i kły
Wyd. superNOWA, 2017


"Czy widząc stopień ewolucji naturalnych mechanizmów - tu wkracza mistyka - nie powinniśmy się spodziewać podobnie zaawansowanej ewolucji społecznej? Ujmując to inaczej, w sposób mniej poetycki: czy jest jakiś sens w tym, że my, organizmy tak skomplikowane, żyjemy tak gównianym życiem? Chyba że w rozwoju historycznym znajdujemy się na etapie trylobitów. Z pewnością trylobit uważał się za nie byle co i był - w sposób irracjonalny, nie zawsze możliwy do wytłumaczenia - z siebie zadowolony.

Świat jest absurdem, życie mija nam na jedzeniu, spółkowaniu, konsumowaniu, marnotrawieniu czasu. I tak jednak różnica między ulicą jakiegokolwiek miasta a lasem albo polem jest tak nadzwyczajna, że nie mogę uwierzyć, że nie dokonaliśmy tego w jakimś celu. Zbyt wiele wymyśliliśmy, żeby nie aspirować do czegoś więcej: do sensowności, do wewnętrznego piękna, do pewnej doskonałości (?), która usprawiedliwiłaby cały wysiłek.


Zimowe krolestwo Philip LarkinOdkrycie prozy Larkina za pomocą „Zimowego królestwa” jest jak odbycie podróży w głąb ludzkiej duszy. To tylko jeden sobotni dzień zimowy spędzony z Katherine, przecięty warstwą letniej reminiscencji sprzed lat, gdy miała ich ledwie kilkanaście. Pejzaż duszy rozpięty na skondensowanej ferii emocji, gdzie pośród wojennej zawieruchy, będącej ciężkim, ledwie zarysowującym tłem powieści, a ciążącym zarazem niemiłosiernie, rozgrywa się konceptualna gra znaczeń - jeden dzień, lecz co do treści, całe dotychczasowe życie głównych bohaterów.


Badacz obserwuje ogród z zainteresowaniem i zachwytem, jednak badania, jakie prowadzi w swoim laboratorium, często wiążą się z okrucieństwem eksperymentu, w którym to on stawia się w pozycji stwórcy i niszczyciela. Wie o tym, że to okrucieństwo, ponieważ zdążył już poznać, czyli skosztować z Drzewa Poznania rosnącego w ogrodzie, i wie, że czyni krzywdę. Wie też o bólu i cierpieniu roślin i zwierząt, więc pojawia się współczucie dla nich. Zachwyt nad przemijającym życiem, żal i poczucie winy, świadomość wszechistniejącego w świecie ożywionym bólu, ale i nadzieja, że nie wszystko umiera. W naturze widać jakąś niezniszczalną regułę istnienia, a to, co ginie, nie ginie naprawdę, a jedynie zmienia swoją postać, przechodzi metamorfozę podobną do metamorfozy opisywanej przez Owidiusza, służy za materiał budowy temu, co przyjdzie potem, i być może tym bardziej wyraźne i dotkliwe jest piękno każdego pojedynczego istnienia, ograniczonego czasem i przestrzenią do swego kształtu. Ponieważ badacz poznaje tajniki natury i naturę przeistoczeń, rozumie, że także jego ciało złożone jest z tych samych cząstek i podlega podobnym przemianom, jest przecież także tylko figurą taneczną materii. Dlatego autorka zwraca się do swojego „kościotrupa”, do swoich nóg, do swojego ciała, jakby było elementem odwiecznego tańca natury, uczestnikiem pewnego naturalnego i nieco nieludzkiego równocześnie porządku, świadkiem metamorfozy. Zwraca się do niego „ze smutkiem”, ale „i z czułością”, jakby to powiedział Josif Brodski. Oszczędne w metaforyce i nagromadzeniu epitetów, pozbawione patosu czy źle pojętej poetyckości, dalekie od jakichkolwiek religijnych uniesień, nieepatujące słownictwem naukowym, wiersze te, prześwietlając pod mikroskopem na wskroś fizyczność liścia, stają się nagle także metafizyczną rozmową z czytelnikiem, małym traktatem, z rodzaju tych, jakie układano w czasach przed wielkim rozdzieleniem. Stają się także wielkim hymnem na cześć życia, jego dotkliwości, piękna i konieczności.

Uśmiech Demokryta

Skoro już myślisz, powinieneś przyjąć dobre życie. Nikomu nie daj się skrzywdzić, ale też nikogo nie krzywdź. Zwalczaj niesprawiedliwość wobec siebie i wobec innych. Bądź odważny, odwaga bowiem może pomniejszyć straty, których na swej drodze życia będziesz miał wiele. Jeśli będziesz powściągliwy, uchronisz się przed pychą, która niechybnie uczyni z ciebie trywialną miernotę.

Ryszard Przybylski, Uśmiech Demokryta. Un presque rien.
Znalezione w: Zeszyty Literackie Nr 110.

Paruzja

Po dwóch tysiącach lat jest to jednak niezadowalające rozwiązanie, dlatego że jeżeli moc wcielenia i męki Pana nie uzdolniła nas do tej pory do nawrócenia na świętość, to po dwudziestu wiekach od wybicia «ostatniej godziny» świata myślenie, że staniemy się do tego zdolni teraz, gdy zapomnieliśmy o sensie obietnic, w które wierzyliśmy, jest nieprzyzwoite. Czy chcemy przez następne tysiąclecia kontynuować grę, w której Bóg nam nie pomaga, gdyż na to nie zasługujemy, a zarazem być świadomi, że człowiek bez Jego pomocy nie ma wartości?
[...]
Jesteśmy [...] zjednoczeni z Bogiem w zupełnie innym sensie. W tym, że wraz z duchem, który jest w nas, umieramy. Podczas gdy Bóg «przegrany» i «zwyciężony» zsunął się z krzyża jako nieużyteczny i zapomniany kawałek ciała, my wraz z naszą wiarą wstępujemy na krzyż, toczymy ostatnią bitwę, konamy i wołamy «Eli, Eli, lama sabachtani?» Tak - o to prosimy, wołając - dopiero wtedy wypełni się to, czego zabrakło cierpieniom Chrystusa [Kol 1, 24] i dokona się ostateczny, radykalny zwrot. Nasza ofiara przyniesie życie. Bóg zmartwychwstanie. Musimy doskonale kochać Boga, który nam się ofiarował i oczekuje od nas zbawienia. Za bardzo nas jednak unieszczęśliwił, rozczarował, zmęczył, abyśmy mogli to czynić.
S. Quinzio, Un Commento alla Bibbia
Znalezione w: Dariusz Czaja, Lekcje ciemności

Do zajazdu przybyli...

01729357
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W ubiegłym tygodniu
W tym miesiącu
W ubiegłym miesiącu
Wszystkie wizyty
1253
1393
2646
1715381
19659
46744
1729357

Your IP: 3.236.122.9
2021-05-11 23:05

Odwiedza nas 28 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony