Niecodziennik


Zimowe krolestwo Philip LarkinOdkrycie prozy Larkina za pomocą „Zimowego królestwa” jest jak odbycie podróży w głąb ludzkiej duszy. To tylko jeden sobotni dzień zimowy spędzony z Katherine, przecięty warstwą letniej reminiscencji sprzed lat, gdy miała ich ledwie kilkanaście. Pejzaż duszy rozpięty na skondensowanej ferii emocji, gdzie pośród wojennej zawieruchy, będącej ciężkim, ledwie zarysowującym tłem powieści, a ciążącym zarazem niemiłosiernie, rozgrywa się konceptualna gra znaczeń - jeden dzień, lecz co do treści, całe dotychczasowe życie głównych bohaterów.


Badacz obserwuje ogród z zainteresowaniem i zachwytem, jednak badania, jakie prowadzi w swoim laboratorium, często wiążą się z okrucieństwem eksperymentu, w którym to on stawia się w pozycji stwórcy i niszczyciela. Wie o tym, że to okrucieństwo, ponieważ zdążył już poznać, czyli skosztować z Drzewa Poznania rosnącego w ogrodzie, i wie, że czyni krzywdę. Wie też o bólu i cierpieniu roślin i zwierząt, więc pojawia się współczucie dla nich. Zachwyt nad przemijającym życiem, żal i poczucie winy, świadomość wszechistniejącego w świecie ożywionym bólu, ale i nadzieja, że nie wszystko umiera. W naturze widać jakąś niezniszczalną regułę istnienia, a to, co ginie, nie ginie naprawdę, a jedynie zmienia swoją postać, przechodzi metamorfozę podobną do metamorfozy opisywanej przez Owidiusza, służy za materiał budowy temu, co przyjdzie potem, i być może tym bardziej wyraźne i dotkliwe jest piękno każdego pojedynczego istnienia, ograniczonego czasem i przestrzenią do swego kształtu. Ponieważ badacz poznaje tajniki natury i naturę przeistoczeń, rozumie, że także jego ciało złożone jest z tych samych cząstek i podlega podobnym przemianom, jest przecież także tylko figurą taneczną materii. Dlatego autorka zwraca się do swojego „kościotrupa”, do swoich nóg, do swojego ciała, jakby było elementem odwiecznego tańca natury, uczestnikiem pewnego naturalnego i nieco nieludzkiego równocześnie porządku, świadkiem metamorfozy. Zwraca się do niego „ze smutkiem”, ale „i z czułością”, jakby to powiedział Josif Brodski. Oszczędne w metaforyce i nagromadzeniu epitetów, pozbawione patosu czy źle pojętej poetyckości, dalekie od jakichkolwiek religijnych uniesień, nieepatujące słownictwem naukowym, wiersze te, prześwietlając pod mikroskopem na wskroś fizyczność liścia, stają się nagle także metafizyczną rozmową z czytelnikiem, małym traktatem, z rodzaju tych, jakie układano w czasach przed wielkim rozdzieleniem. Stają się także wielkim hymnem na cześć życia, jego dotkliwości, piękna i konieczności.

(…) Żegnajcie, piękne wizje!... Bez przerwy otwarty
Czeka na was port ramion mych nienasycony!
Przybywaj, kluczu ptaków wędrownych spłoszony,
Za którym tętni wiecznie śmierci krok uparty!
Spieszcie się, spieszcie!... Noc już bliska!... Wkrótce zginie

A ja już muszę zostawić moją babkę Helenę Konwicką, i jestem szczęśliwy, że mogłem z nią dotrwać aż do tego momentu, że nie pękło mi serce, że nie eksplodowała mi głowa, że przez całą zimę i wiosnę leciałem pod niebem jak żuraw na północ do swoich stron ojczystych, które karmią moją duszę już tyle lat, albo może zdążałem pod samym zenitem nieba w nieznany czas przed nami.

Jest noc, moja pora, zbliża się godzina duchów wymyślonych przeze mnie oraz duchów rzeczywistych, które mnie szukają cierpliwie w stogu gwiazd i planet.


O pięknie i dobru tkwiących w ludziach, nawet, gdy trudny czas. Tekst Magdaleny Grochowskiej dotyka mnie głęboko. Nadto, me liczne tropy czytelnicze na przestrzeni kilkunastu lat spotkały się w jednym miejscu. Tekst otwiera na dalsze, nowe przestrzenie poszukiwań czytelniczych, a nade wszystko utwierdza w przekonaniu, że trzeba robić dokładnie to, co się od jakiegoś czasu robi z całą kompanią wspaniałych ludzi. To ma sens.
Dmitrij Fiłosofow: polski państwowiec. Magdalena Grochowska o rosyjskim publicyście i emigrancie politycznym >>>

Dmitrij Fiłosofow na obrazie Leona Baksta



Śpią wierzchołki, śpią koryta górskich rzek
I przylądki urwiste, i przepaście,
I wszystkie stwory pełzające, jakich tyle ziemia czarna
Karmi, i dzikie bestie, i pszczeli ród,
I potwory z dna purpurowego morza,
I plemiona szerokoskrzydłych ptaków śpią.

Alkman

Pod koniec lipca plac Daszyńskiego stał się miejscem wieczornych spotkań mieszkańców miasta, którzy przychodzili pod sąd okręgowy, by bronić niezależnego sądownictwa i sprzeciwić się tzw. reformie sądów proponowanej przez PiS. Codziennie, przez dziewięć dni stali pod gmachem sądu, wokół fontanny i na większości placu, trzymając w dłoniach świece. Wspólnie śpiewali hymn, słuchali fragmentów konstytucji. To chyba pierwszy raz, kiedy to właśnie plac Daszyńskiego, przez lata projektowany jako miejsce miejskiego odpoczynku, stał się domem dla wielkich manifestacji publicznych. Jedną z ponad 2,5 tys. osób, które brały w proteście udział, był Roman Kirstein, legenda opolskiej „Solidarności”. – Manifestacje w obronie niezawisłości sądów bardzo mnie wzruszyły. Nam nigdy nie udało się w Opolu wyciągnąć tylu ludzi na ulice. A tymczasem w środku lata, w pełni sezonu urlopowego, każdego dnia o godz. 21 przychodzili tutaj młodzi ludzie, którzy nie chcą angażować się w wielką, brutalną politykę, ale pokazują, że zależy im na tym, aby Polska nie utraciła tego, co zyskała w ostatnich latach – mówi Kirstein. – Podczas jednego ze spotkań pod sądem znajomy powiedział mi, że w końcu widzi mnie uśmiechniętego na manifestacji. Dziękuję za to wszystkim, którzy byli tam razem ze mną. (M. Misztal, N. Barczyk) Czytaj całość >>>



Wstaję, gdy jeszcze noc, o pierwszym świcie wychodzę z domu, lecz na polu pracuję tak samo, jak w pokoju, myślę, czytam, piszę. Sen, ile tylko możliwe, odpędzam od swych oczu, ciała strzegę przed gnuśnością, ducha przed rozkoszami, zawsze czynny, nie pozwalam sobie na odrętwienie. Całymi dniami chodzę po spiekłych górach i rosistych dolinach, zaglądam do pieczar, przemierzam oba brzegi Sorgii nie spotykając natrętów, obywając się bez towarzysza ni przewodnika, a moje troski z każdym dniem stają się mniej ostre i uciążliwe... Tu Rzym, tu Ateny, tu nawet ojczyznę buduję sobie z własnych myśli, a otaczają mnie przyjaciele, na których się nigdy nie zawiodę. Żyli oni wiele wieków temu i tylko mnie są znani przez podziw, jaki mam dla ich czynów i ducha, dla ich obyczajów i życia albo dla ich języka i talentu. Ze wszystkich miejsc i ze wszystkich czasów ściągam ich do tej doliny. I tak sobie chadzam w ich towarzystwie, wolny i bezpieczny.

Petrarka, Jan Parandowski
Wyd. Czytelnik; Warszawa, 1975

Byłem na puszczy

Wiedz, że ja też byłem na puszczy, ja też żywiłem się szarańczami i korzonkami, że ja też błogosławiłem wolność, w której Ty błogosławiłeś ludzi, ja też sposobiłem się stanąć w poczcie Twoich wybranych, w poczcie mocarzy i silnych, pragnąc, „aby się dopełnił poczet”. Opamiętałem się jednak i nie zechciałem służyć szaleństwu. Powróciłem i przystałem do pocztu tych, którzy naprawili dzieło Twoje. Odbiegłem dumnych, a powróciłem do pokornych dla szczęścia tych pokornych. Dokona się to, co Ci mówię, i nastanie nasze królestwo. Powtarzam Ci, jutro ujrzysz to posłuszne stado, co na pierwszy mój znak zacznie gorliwie podsycać ogień stosu, na którym spalę Cię za to, że przyszedłeś, by nam przeszkadzać. Nikt bardziej od Ciebie nie zasłużył na nasz stos.

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow

Szaleństwo krążących derwiszów, niezwykłość palarni opium, urok i ożywienie kawiarni, rytuały religii Proroka

Potocki wędruje po Konstantynopolu bez żadnego planu ani celu, ale zawsze pełen gotowości. Dostrzega to wszystko, co każdy przechodzień: nieustającą zachętę do czerpania rozkoszy, chłód kiosków, szaleństwo krążących derwiszów, niezwykłość palarni opium, urok i ożywienie kawiarni, rytuały religii Proroka, wrzawę bazarów. Ale owo pocztówkowe decorum, którym karmią się szablony podróżnych, mu nie wystarcza: on chce poznawać. Odznacza się ogładą i zręcznością, toteż zyskuje przychylność kacyków, dla których wydaje ucztę i przyjmuje ich zaproszenia, ogląda, słucha opowieści i objaśnień.

Urządza się tak, żeby rozumieć, co się dokoła niego mówi, i nadstawia ciekawie ucha. Szybko pojmuje, że łagodna gnuśność obyczajów, która w sposób całkiem naturalny zdaje się odpowiadać nielitościwej srogości władzy i dokuczliwości klimatu, odnajduje się w literaturze już mu znajomej, ale jeszcze dotychczas niesmakowanej w jej kontekstach. Są to opowiastki, których hrabia nieznużenie wysłuchuje w kioskach, na bazarach, a zwłaszcza w kawiarniach. I jakkolwiek wydaje się, że krajczyc nie zamierza zasmakować w przyjemnościach cokolwiek podejrzanych, takich jak opium czy wdzięki pusztów („młodych i pięknych chłopców, których zachowanie się i zajęcie nie są bynajmniej dwuznaczne”), chętnie oddaje się sztuce układania opowiastek wschodnich.

Tym oto sposobem listowne relacje z podróży przyjmują nową formę: w ton zwierzenia, w opis postrzeganego i smakowanego świata włącza się opowiastka na modłę literackiej fikcji. Zupełnie jakby raport z doświadczania świata, przywoływanie rzeczywistości teraźniejszej lub przeszłej były niewystarczające bez tego metaforycznego odbicia, jakie stwarza wymyślony świat. Można już teraz dostrzec, dlaczego ogromne, erudycyjne dzieła Potockiego okażą się niczym bez Rękopisu znalezionego w Saragossie i dlaczego sama powieść nie zdoła wypowiedzieć tego wszystkiego, co jej autor miał do powiedzenia na temat ludzi i świata oraz ich przedstawienia. Z drugiej strony widać także kunszt, estetykę tych opowiastek układanych na modłę Wschodu i wplatanych w listy z podróży: jest to sztuka pastiszu, zapożyczenia i syntezy. Są to elementy, które Potocki rozróżnia i odtwarza z wielką finezją w duchu wschodniej tradycji, gdzie splatają się źródła indyjskie, perskie i arabskie, przyswojone przez świat turecki, jak niezbicie wykazuje ksiądz Toderini w swoim dziele i jak to sugeruje spójność „mitu wschodniego”, na który składają się bardzo różnorodne elementy. W tych opowiastkach Potocki ujawnia całą głębię doznań, jaką skrycie wyznawał na początku podróży: jest nie tylko mierniczym stojącym na czatach, zestawia także swoje doświadczenie z rozległą wiedzą zaczerpniętą z książek; jego ciekawość, jak sam mówi, „wykarmiła się badaniem historii i literatury ludów wschodu”.


Znalezione w: Jan Potocki. Biografia, François Rosset, Dominique Triaire

Do zajazdu przybyli...

02397373
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W ubiegłym tygodniu
W tym miesiącu
W ubiegłym miesiącu
Wszystkie wizyty
981
453
4306
2389806
23655
36681
2397373

Your IP: 18.232.56.9
2022-11-26 19:50

Odwiedza nas 79 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony