Niecodziennik



Bartosz Staszczyszyn: Pisanie daje schronienie przed tą rzeczywistością? Śpiewasz o słowie jako "tekturowej tarczy".  

Pablopavo: Kultura bywa schronieniem, ale nie wiem, na ile skutecznym. Słowo to jest tarcza, ale właśnie tekturowa. Kiedy ktoś naprawdę uderzy, okazuje się słabą ochroną. Pablopavo i Ludziki "Polor", wyd. Karrot Komando, 2014, Tygodnik Powszechny Nr 7/2014


baltyk2013

Tego zimowego poranka
obudził mnie zapach morza
i zanuciłem pieśń dla nicości
bo nicość przyszła po mnie

Śniłem, że jadę konno
pędzę wzdłuż pustej plaży
galopowaliśmy bez końca
aż nikt nas nie mógł zobaczyć.

Minęliśmy latarnię morską
porzuconą w wydmach
i zatrzymaliśmy się przy stajni
przy małej stajence w ruinie.

Tego zimowego poranka
obudził mnie zapach morza
wtedy powstała pieśń dla nicości
bo nicość przyszła do mnie.

Dotarliśmy do kresu, do krawędzi
nigdzie, nad brzegiem morza
z wszystkiego czym kiedyś chciałem być
tylko koń mi pozostał.

Do zobaczenia nic więcej już nie było
chcieliśmy odpocząć, gdzieś głęboko
dlatego na cmentarz
zawiodły nas nasze kroki.

Tego zimowego poranka
obudził mnie zapach morza
i zaśpiewałem pieśń dla nicości
bo nicość przyszła do mnie.


Pieśń trubadura, Edward Hirsch
Zeszyty Literackie Nr 123

 

piotr macierzynski kwik wydawnictwo ha artZostałem zdegradowany do stopnia byłego kochanka / a im dłużej żyję tym Justyna w moich wierszach bardziej awansuje – pisze w tomiku poetyckim pt.: „Kwik” Piotr Macierzyński. „Kwik” to epopeja rozpisana na 90 stron, w której dogłębna intymność wyznania zdaje się przesłaniać cały świat, niejako zupełnie unieważniając go wobec doznanych i udzielonych krzywd. Bazą jest miłość opisana w szczególe dosadnej intymności, bez zakrywania się, a wręcz z przyczepieniem do siebie samego tarczy strzelniczej, gdzie z niewielkiej odległości, wprost na linii strzału, stoi była kochanka z Magnum 44 w dłoni.



Pustelnicy poszukują błękitu nieba oraz ciszy, która nie nastaje.



Byliśmy strawieni przez słońce u podnóży nieodległych gór. Unurzani w wodnej toni przepełnionej życiodajnym tchnieniem. Od ostatniej wizyty, młode ryby szukające schronienia nieomal na samej plaży, zdążyły podrosnąć, zaś ich ławice zmalały przetrzebione przez drapieżne stworzenia z lądu, wody, powietrza. Śmiałym pluskiem wody bogatej w glony mówiły – jesteśmy. Toń jeziora niosła rybi zapach, liczne piórka wszechobecnego ptactwa, słodkowodne strzępy pourywanych wodorostów. Przed nami małe wysepki, wciąż tajemniczo nieodkryte – kusiły. Toń wodną cięły powynurzane tu i tam łachy piachu służące odosobnieniu w słonecznej kąpieli to nam, to ptakom. Latały pogąsieniczne cytrynki, bielinki kapustniki, roiły się w trawach komary. Potężny dąb śpiewał liśćmi do nieba błękitu.  Na lewej flance horyzontu z wody wystawało miasto przybrane, na zmianę, w stalowe, a czasem w prawdziwe żurawie. Wszelki byt dział się na poziomie własnej świadomości bogaty w harmonię zaplataną wspólnym co do zasady DNA w różnorodności niczym nienaruszonych, gatunkowych genów. Trwała pieśń długa - niemająca początku i końca. Wygrywaliśmy na tej pięciolinii własne nuty w pełnej harmonii oddychania.



W południowo – zachodniej części Opolszczyzny znajduje się malownicze miasteczko Otmuchów. Słynie z dorocznej imprezy o nazwie Lato Kwiatów. Nad miastem góruje przepiękny zamek oraz kościół zanurzone w zieleni parku miejskiego nasadzonego jeszcze przez Aleksandra von Humboldta. Jezioro, pobliskie pogranicze polsko – czeskie usiane pasmami gór. Cisza oraz spokój. Życie toczy się powoli, bez zbędnego pośpiechu, jak to dawniej bywało. Teren idealny na urlop dla osób szukających bliskiego kontaktu z naturą. Byliśmy tam spacerując po całej okolicy, napawając się pięknem krajobrazu oraz gościnnością miejscowej społeczności.

Na obrzeżach miasteczka leży uroczysko leśne zwane przez miejscowych „Bażanciarnią”. Pomiędzy koronami drzew znajduje się modernistyczna, stara wieża ciśnień, zaś na południowym skraju lasku usytuowany został niewielki kirkut żydowski. Jeszcze u początku XX wieku grzebano w tym miejscu przedstawicieli miejscowej mniejszości żydowskiej. Przez dziesięciolecia cmentarzyk zarastał chwastami, podszytem leśnym,  popadając w zapomnienie oraz  ruinę. Pamiętaliśmy ten teren od zawsze jako miejsce wypraw w nieznane, podniosłe oraz wyalienowane. W oczach dziecka czaiła się jakaś tajemnica podbita strachem i lękiem. Pamięć już nas zawodzi, lecz wówczas macew było więcej, a każda zdobna w napisy hebrajskie czy niemieckie. Możliwe, że były i polskie nagrobki. Tajemnica tego miejsca pociągała nas. Wracaliśmy tu na przestrzeni wszystkich lat już z większym zasobem wiedzy o konstrukcji świata oraz pragnieniach ludzkiej duszy. Wróciliśmy i dziś.

Cmentarz żydowski
w Otmuchowie w roku 2011
(przed zniszczeniami)

Dokumentacja zdjęciowa

Pobierz (29MB) >>>

Cmentarz żydowski
w Otmuchowie w roku 2013
(po zniszczeniach)

Dokumentacja zdjęciowa

Pobierz (106MB) >>>

 


Kolejna podróż w ciekawość nie dosyć poznawanego świata. Lazur słonecznego nieba niósł fale jeziora. Szuwary przekomarzały się z nielicznymi o tej porze dnia komarami. Myśli nie było żadnych. Oto słońce na wciąż niedoszłej plaży utopionej pod nikłym lustrem wody przyodzianym w dywan sinic i glonów. Byliśmy na ten czas u schyłku onego jeziora, nad którym dogorywały nieśpiesznie ośrodki lecz z właściwą dla tego procesu atencją dziejów. Drobne siewki drzew godnie porastały na ich dachach. Zacieki niezamalowanych porostów kolonizowały niepoobielane ściany. Rdza korodowała wystające donikąd, ściekowe rury, usychające z niespełnionej miłości wobec braku wody. Okna całe, niepotłuczone jeszcze, pełne zacieków z niedomytych oznak niegdysiejszego życia. Trawniki wciąż koszone regularnie, szum lip rozpościerających swoje konary we władaniu nieba. Krzyk dzikich kaczek, igraszki ryb, betonowy opatrunek – połamany czasem – spinał, na ile mógł, falochron w jednolitą całość. Turzyce brały go we władanie. One same nikłe i ulotne, lecz powtarzalne, z każdym sezonem dopełniały ogromu zniszczeń na betonowym opatrunku jeziora. Spalone mapy Tomasza Różyckiego krzyczały i tutaj: Jesteśmy.



Letnie spowolnienie z dużą dozą czasu na refleksję o wszystkim tym, co przyniósł wraz z sobą ubiegły sezon. Nie liczę czasu rocznikami kalendarzowymi. Kanikuła jest czasem podsumowań, zbieraniem myśli na zaś, obserwacją przyrody i siebie samego zanurzonego w niej na odludziu, w głębokiej ciszy fizyczności, ale w ukochanym hałasie obszernej lektury. Mijający sezon był czasem wielu zmian w fizyce ciała oraz w konstrukcji duszy. Mówią, że na zachodzie bez zmian. Czy aby na pewno?

Przypadek i los

Wszystko, Peryklesie, człowiek ma od Tyche i Mojry.
Fragment z zaginionych wierszy Archilocha

Próba

Albo weźmy przyjaciół. Tych co prawda ma się najmniej. Do tego w miarę upływu czasu wykruszają się, a nowi coraz rzadziej, z coraz większym trudem przybywają, jako że przyjaźń jest owocem wymagającym długiego dojrzewania, ta najtrwalsza rodzi się przeważnie w młodości, kiedy to jeszcze z radosną ufnością otwieramy się na ludzi, bo później narasta w nas nieufność, która prowadzi do wniosku, że prawdziwa przyjaźń powinna przechodzić próbę wieczności.

Ostatnie rozdanie, Wiesław Myśliwski

Do zajazdu przybyli...

02397372
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W ubiegłym tygodniu
W tym miesiącu
W ubiegłym miesiącu
Wszystkie wizyty
980
453
4305
2389806
23654
36681
2397372

Your IP: 18.232.56.9
2022-11-26 19:49

Odwiedza nas 78 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony