Niecodziennik

Share


Na trzeci krzyżyk Wilkowi z Północy można jedynie życzyć, by Panie Łaskawe, jak to mawiał Morfeusz z Sandmana Neila Gaimana, zbytnio się o niego nie troszczyły. "Furie to mścicielki wszelkiej nieprawości. Wg Hezjoda powstały ze spadłej na ziemię krwi okaleczonego Uranosa. Ścigały ludzi za przekroczenie miary, głównie za morderstwo, zwłaszcza popełnione w rodzinie". Zatem, skoro dopominasz się zapisów, niejeden mord przed nami, oby intelektualny. Wszak przekraczanie miary wyssałeś z mlekiem matki - tak chyba wieszczyć mogę już po latach. Niech fortuna gości w Twoich myślach na wszystkich traktach i po karczmach przydrożnych, które kolekcjonujesz na tym padole.
Cmentarz nie jeden za nami, wiele ich przed nami. Niechaj Erynie, oby na wieki Łaskawe, nigdy nie musiały mścić nieprawości przez innych Twoim podróżom uczynione.

ps. Woń krwi człowieczej zaśmiała się do mnie... Ajschylos, Eumenidy

październik, 2008r.

Share


Dzisiejszy dzień zapamiętamy z drogi do pracy, podczas której natrafiliśmy na baner LOTTO informujący o marnych dwóch milionach niepowetowanego szczęścia absolutu, by jedną przecznicę dalej, na podobnym banerze, odczytać informację o trzech milionach nieszczęścia tej samej, potencjalnej wygranej. To jest absolutna zmienność świata w tempie nie pozwalającym zastanowić się nad całokształtem siebie samych. Wokół nas roztoczone rządze całej tej niepotrzebności bibelotów współczesnego świata.

Share


van-gogh-para-butowUcieczka w słowa codzienności. W kawałek literatury parzenia herbaty z małych skrawków suszu kwitnącego wrzątkiem. W zieleń liści. Gorzkość niepamiętania słów wypowiedzianych. Już nie doskwiera milczenie, myślenie, mrowienie. Obojętność i zapaść. Smak przebudzenia po długiej nocy przepełnionej zorzą koszmaru. Realność bytu. Zasadzanie się na drogi nieodkryte. Oddalanie poznanego, dokonanego, uwiędłego, niepotrzebnego. Okienny papieros, brudna podłoga, kapiący rdzą kaloryfer. Rytm myśli zjadanego kurzu. Roztoczy. Trwałości przechodzących w nietrwałości. Papieru w szalecie, aromaterapii mitu wieczności. Zapach pościeli, koszmaru, uśmiechu, oddychania. Wycofanie kalendarza zdarzeń. Nie było, nie ma. Przedwczesne fiolety w świątyniach. Słońce wyciąga cienie drzew z szarości zimy. Szum liści. Oczekiwanie na cień w ciemności.

Share


zmęczenie czymkolwiek trwającym pośród mas
pukało do drzwi o stałej porze roku

skromnie, cicho i niepostrzeżenie, do wnętrza wpadł cień przyzwolenia
nie sposób już dociec, czy było gościem proszonym

dotyka sedna metabolizmu, chociaż wcześniej znikało co jakiś czas
byt stale powracający po chwilach wytchnienia

zaborczo w tych objęciach
kształt trwania kosmicznej próżni
podróż bez drogowskazów na planetę obcości

tylko to coś
dławiąc, ofiarowuje niemoc
i jest za przewodnika

09.03.2009

Share

W słonecznych lasach dzieciństwa zapuszczali się na długie wycieczki, w których to było najbardziej fascynujące, że nie wyznaczali sobie żadnego celu i żadnego terminu, wycieczka przestawała być wycieczką w momencie, gdy tracili z oczu ostatnie obrazy cywilizacji, drogi, domy, słupy, reklamy, one znikały i nagle byli na Wyprawie w Nieznane, mieli kompas, nie mieli GPS-u, mieli mapę, nie mieli telefonów (działo się to jeszcze w epoce telefonów), bo oczywiście skłamali rodzicom, i między innymi na tym polegała Wyprawa, że pozostawali odtąd zdani na siebie, Paweł i Andrzej, tylko na siebie, więc dzieci, ale nie dzieci, tylko że to było oślepiająco dziecinne, bo kim są ci Rycerze i Zbójcerze, w których bawią się maluchy, nie dziećmi Rycerzy i Zbójcerzy, ale niby dorosłymi Rycerzami i Zbójcerzami, no i taka to była gra, takie udawanie, kiedy szli z pękatymi plecakami i ostruganymi kijkami, od razu skręciwszy poza szlaki i ścieżki, w gęstwinę, w wykroty, przeskakując zawały pni i strumyki niemrawe, nurkując w cień ciemnozielony, taki cień jak kurtynę wodną, las wykwitał im pod koszulkami, pod czapkami z daszkiem, wyrastał spod rękawów i nogawek, ze skarpet, ów cień sążnisty zasadził im pod ubraniami zarodnie grzybów, kiełki roślin, larwy owadów, jeszcze trochę półmroku i wilgoci i czuli, jak to wszystko z nich wybucha, wypiętrza się spod cienkiej okrywy cywilizacji, tych paru tkanin, plastików i sprzączek, wychodzili na słońce cali zieloni, umazani w zieleni, utytłani w paprociach i mchach, poobcierani o korę i ciernie, z nosami zatkanymi gęstą mieszaniną zapachów lasu, byli na Wyprawie w Nieznane, przemierzali knieje i ostępy, wszystko mogło się zdarzyć, spotykali zwierzęta, małe i duże, ptaki, wiewiórki, sarny, jelenie, bobry, borsuki, raz widzieli wilka, raz - ścierwo łosia, palili ogniska na szczytach wzgórz, dym z ich ogni był jedynym znakiem techu od horyzontu po horyzont, skakali z głazów wysokich w ciepłe stawy śródleśne, kąpali się nago (jeszcze przed wiekiem nagości) jak ludzie prawdziwie dzicy, na te kilka chwil z pełnym przekonaniem wchodząc w stan sprzed wynalazku ubrania, ognia i języka, warczący na siebie i plujący, prychający jak koty, tak było, tak było, uciekli, a zagubienie stanowiło część ucieczki, czy ktoś ich szukał, czy ktoś ich ścigał, ścigała ich cała cywilizacja, ścigała ich przyszłość, lata, wieki przyszłe napiętrzone za nimi (przed nimi) niczym fronty apokaliptycznego sztormu, sine, bałwaniaste, nieprzejednane, a przecież nie myśleli tak wtedy, a nawet czy czuli, nie czuli, nie śnili, czegoś jednak się bali, przed czymś uchodzili, chłopiec i chłopiec, w dzicz, w gęstwinę, w cień ciemnozielony.

Jacek Dukaj, Król bólu
Share

 

 

Od pierwszej pochodni po osiemnastowieczne latarnie i od blasku latarni do chłodnej poświaty lamp nad belgijskimi autostradami wszystko jest spalaniem i spalanie jest główną zasadą każdego wytwarzanego przez nas przedmiotu. Sporządzenie haczyka do wędki, wykonanie porcelanowej filiżanki i produkcja programu telewizyjnego opiera się ostatecznie na tym samym procesie spalania. Wymyślone przez nas maszyny mają, tak jak nasze ciała i jak nasza tęsknota, powoli wypalające się serce. Cała cywilizacja ludzka, od samego początku, to nic innego, tylko z godziny na godzinę narastający żar, o którym nikt nie wie, jaką intensywność osiągnie i kiedy pocznie stopniowo gasnąć. Na razie nasze miasta jeszcze świecą, ogień się jeszcze rozszerza.

W.G. Sebald, Pierścienie Saturna

Share

 

 

Tej nocy, schodząc po schodach snu, wpadłem niespodziewanie na znajomego księdza. Wręczyłem mu biblię w czarnej, skórzanej oprawie zapinanej na zamek błyskawiczny. Mam identyczną; może to był mój egzemplarz? Zabobonne czary głoszą strach przed zobowiązaniem, przed stanowiskiem oraz koniecznością nieodrywania się od rzeczywistości i spraw doczesnych. Powiadają, że Biblia wieści prezent od losu, ale też strach wobec cyrografów, czy też upadek mienia wszelakiego. A można mieć mniej niż mam? Pewnie tak, chociaż to już niewiele brakuje do stanu posiadania samych myśli, a te też wciąż chorągwie na wietrze – ulotne, nienotowane. Carl Gustav Jung objaśniając sen o schodach, przywołuje pośrednio przez średniowieczny obraz „Stairway of the Seven Planets” teksty samego Aplejusza, ale też wizję drabiny Jakubowej. Wędrówka w dół po owych schodach ma być symbolem gotowości zgłębiania tajemnic nieświadomości, czy też indywidualnych poszukiwań. Przeglądając sieć w poszukiwaniu owego obrazu, natrafiam na jakieś herezje, nienaukowe sprawy i odnośniki do kultur starożytnych w kontekście drogi do Słońca. Aplejusz wciąż przede mną, nad czym głęboko ubolewam. Jest w tej nocnej marze jakiś niepokój, obraz przed człowieczej kreacji, która nas stworzyła? Szaleństwo.

Share


Jesteśmy w tej latarni, chociaż nie nad samym morzem. Patrząc w dół, tam spacerują ludzie. Zaplątani codziennością spraw i niezmienni w popędach od pierwszej świadomej myśli istnienia. Kolejne latarnie, tam, daleko, na horyzoncie. Łączność rwana, odległa ponad całym żywiołem. I po cóż górnolotności. Tu też zgaszą światło.

Pobożność

Czy kocham Boga? Czy ją? Czy siebie? Nie umiem rozróżnić i jestem z tego powodu zawstydzony, bo nie tylko trudno się do tego głośno przyznać, ale nawet pomyśleć. Moja pobożność jest być może wdzięcznością pogodnego ciała, za oddech, za rytm krwi, za wszystko.

Z tomu „Nieobjęta ziemia” Czesława Miłosza

Fenomenologia ducha

Myśl o tym, że negatywność leży w bycie samym (lub w byciu samym) jest dziedzictwem niemieckiego idealizmu, ciągnie Heidegger i cytuje na poparcie sławny fragment o potędze negatywności z przedmowy do Heglowskiej Fenomenologii ducha: potęga negatywności, energia myśli, energia czystego Ja. Śmierć - jeśli tak zechcemy nazwać ową nierzeczywistość - jest czymś najstraszliwszym, i żeby trwale zachować to, co umarło, na to trzeba największej siły.Piękno pozbawione siły nienawidzi rozsądku, ponieważ rozsądek wymaga od niego tego, do czego jest niezdolne. Ale życiem ducha nie jest takie życie, które lęka się śmierci i ucieka przed zniszczeniem, chcąc pozostać nieskażone, lecz takie życie, które potrafi śmierć wytrzymać i w niej się nadal zachować. Duch odnajduje swą prawdę tylko wtedy, jeżeli w absolutnym rozdarciu odnajduje samego siebie. Duch jest ową potęgą nie jako to, co pozytywne, ale wtedy, gdy pomija negatywność - jak to się np. dzieje, kiedy mówimy o czymś, że jest niczym albo "że jest czymś fałszywym, i w ten sposób załatwiwszy się z tym przechodzimy do czegoś innego; potęgą jest duch tylko wtedy, kiedy negatywności patrzy prosto w oczy i przy niej się zatrzymuje".
Znalezione w:
Leszek Kołakowski Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania

Do zajazdu przybyli...

00917350
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W ubiegłym tygodniu
W tym miesiącu
W ubiegłym miesiącu
Wszystkie wizyty
1193
2076
3269
901952
27981
34144
917350

Your IP: 3.226.251.205
2019-08-20 14:27

Odwiedza nas 270 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony