Niecodziennik

Share

Tuż nad głowami
Ale poza zasięgiem
Wyciągniętych rąk

Dronowe lato z mocno tłoczoną głupotą
Byliśmy całkiem blisko ale
Teraz wymyśl dobrą bajkę
Dla tych ust do krwi przegryzionych
Dla tych palców wyłamanych
Kolan wytartych
Oczu przekrwionych

Teraz wymyśl dobrą bajkę
Dla tych ust do krwi przegryzionych
Dla tych palców wyłamanych
Kolan wytartych
Oczu przekrwionych

Te złe kontra złe
Biedne dzikie bestie
Miasto mają we krwi
Miasto mają w dupie

Te złe kontra złe
Biedne dzikie bestie
Miasto mają we krwi
Miasto mają

Te złe kontra złe
Biedne dzikie bestie
Miasto mają we krwi
Miasto mają w dupie

Te złe kontra złe
Biedne dzikie bestie
Miasto mają we krwi
Miasto mają

Share


Świtaniem, w wywietrznikach na ścianie kościoła franciszkanów, gołębie nie mogąc doczekać się wiosny, wiją gniazda. Nocne karoce rozwożą do domostw gasnące jestestwa. Dzwony jeszcze nie biją. Ziemne kwietniki – zmarznięte - marzą o zieleni bratków. Rozbijam się o jeden z nich w półsennej marze. Upadam do koryta ziemi. W oczach szklane odłamki niewybrzmiewających łez, dla których nie było powodu. Na ich dnie zawsze jest trochę soli – mawiali Chazarowie. Tutaj wciąż Królowa Śniegu i zapomnienie, że można kogoś pokochać, a słone łzy, niczym szkła uwieszone u rzęs żyrandoli - nanizane na nici zapomnienia. Jesteśmy. Nie wiemy, że jesteśmy. Przyjdzie kiedyś wiosna – w to jednak wierzymy.

Share


Na trzeci krzyżyk Wilkowi z Północy można jedynie życzyć, by Panie Łaskawe, jak to mawiał Morfeusz z Sandmana Neila Gaimana, zbytnio się o niego nie troszczyły. "Furie to mścicielki wszelkiej nieprawości. Wg Hezjoda powstały ze spadłej na ziemię krwi okaleczonego Uranosa. Ścigały ludzi za przekroczenie miary, głównie za morderstwo, zwłaszcza popełnione w rodzinie". Zatem, skoro dopominasz się zapisów, niejeden mord przed nami, oby intelektualny. Wszak przekraczanie miary wyssałeś z mlekiem matki - tak chyba wieszczyć mogę już po latach. Niech fortuna gości w Twoich myślach na wszystkich traktach i po karczmach przydrożnych, które kolekcjonujesz na tym padole.
Cmentarz nie jeden za nami, wiele ich przed nami. Niechaj Erynie, oby na wieki Łaskawe, nigdy nie musiały mścić nieprawości przez innych Twoim podróżom uczynione.

ps. Woń krwi człowieczej zaśmiała się do mnie... Ajschylos, Eumenidy

październik, 2008r.

Share


Dzisiejszy dzień zapamiętamy z drogi do pracy, podczas której natrafiliśmy na baner LOTTO informujący o marnych dwóch milionach niepowetowanego szczęścia absolutu, by jedną przecznicę dalej, na podobnym banerze, odczytać informację o trzech milionach nieszczęścia tej samej, potencjalnej wygranej. To jest absolutna zmienność świata w tempie nie pozwalającym zastanowić się nad całokształtem siebie samych. Wokół nas roztoczone rządze całej tej niepotrzebności bibelotów współczesnego świata.

Share


van-gogh-para-butowUcieczka w słowa codzienności. W kawałek literatury parzenia herbaty z małych skrawków suszu kwitnącego wrzątkiem. W zieleń liści. Gorzkość niepamiętania słów wypowiedzianych. Już nie doskwiera milczenie, myślenie, mrowienie. Obojętność i zapaść. Smak przebudzenia po długiej nocy przepełnionej zorzą koszmaru. Realność bytu. Zasadzanie się na drogi nieodkryte. Oddalanie poznanego, dokonanego, uwiędłego, niepotrzebnego. Okienny papieros, brudna podłoga, kapiący rdzą kaloryfer. Rytm myśli zjadanego kurzu. Roztoczy. Trwałości przechodzących w nietrwałości. Papieru w szalecie, aromaterapii mitu wieczności. Zapach pościeli, koszmaru, uśmiechu, oddychania. Wycofanie kalendarza zdarzeń. Nie było, nie ma. Przedwczesne fiolety w świątyniach. Słońce wyciąga cienie drzew z szarości zimy. Szum liści. Oczekiwanie na cień w ciemności.

Share


zmęczenie czymkolwiek trwającym pośród mas
pukało do drzwi o stałej porze roku

skromnie, cicho i niepostrzeżenie, do wnętrza wpadł cień przyzwolenia
nie sposób już dociec, czy było gościem proszonym

dotyka sedna metabolizmu, chociaż wcześniej znikało co jakiś czas
byt stale powracający po chwilach wytchnienia

zaborczo w tych objęciach
kształt trwania kosmicznej próżni
podróż bez drogowskazów na planetę obcości

tylko to coś
dławiąc, ofiarowuje niemoc
i jest za przewodnika

09.03.2009

Share

W słonecznych lasach dzieciństwa zapuszczali się na długie wycieczki, w których to było najbardziej fascynujące, że nie wyznaczali sobie żadnego celu i żadnego terminu, wycieczka przestawała być wycieczką w momencie, gdy tracili z oczu ostatnie obrazy cywilizacji, drogi, domy, słupy, reklamy, one znikały i nagle byli na Wyprawie w Nieznane, mieli kompas, nie mieli GPS-u, mieli mapę, nie mieli telefonów (działo się to jeszcze w epoce telefonów), bo oczywiście skłamali rodzicom, i między innymi na tym polegała Wyprawa, że pozostawali odtąd zdani na siebie, Paweł i Andrzej, tylko na siebie, więc dzieci, ale nie dzieci, tylko że to było oślepiająco dziecinne, bo kim są ci Rycerze i Zbójcerze, w których bawią się maluchy, nie dziećmi Rycerzy i Zbójcerzy, ale niby dorosłymi Rycerzami i Zbójcerzami, no i taka to była gra, takie udawanie, kiedy szli z pękatymi plecakami i ostruganymi kijkami, od razu skręciwszy poza szlaki i ścieżki, w gęstwinę, w wykroty, przeskakując zawały pni i strumyki niemrawe, nurkując w cień ciemnozielony, taki cień jak kurtynę wodną, las wykwitał im pod koszulkami, pod czapkami z daszkiem, wyrastał spod rękawów i nogawek, ze skarpet, ów cień sążnisty zasadził im pod ubraniami zarodnie grzybów, kiełki roślin, larwy owadów, jeszcze trochę półmroku i wilgoci i czuli, jak to wszystko z nich wybucha, wypiętrza się spod cienkiej okrywy cywilizacji, tych paru tkanin, plastików i sprzączek, wychodzili na słońce cali zieloni, umazani w zieleni, utytłani w paprociach i mchach, poobcierani o korę i ciernie, z nosami zatkanymi gęstą mieszaniną zapachów lasu, byli na Wyprawie w Nieznane, przemierzali knieje i ostępy, wszystko mogło się zdarzyć, spotykali zwierzęta, małe i duże, ptaki, wiewiórki, sarny, jelenie, bobry, borsuki, raz widzieli wilka, raz - ścierwo łosia, palili ogniska na szczytach wzgórz, dym z ich ogni był jedynym znakiem techu od horyzontu po horyzont, skakali z głazów wysokich w ciepłe stawy śródleśne, kąpali się nago (jeszcze przed wiekiem nagości) jak ludzie prawdziwie dzicy, na te kilka chwil z pełnym przekonaniem wchodząc w stan sprzed wynalazku ubrania, ognia i języka, warczący na siebie i plujący, prychający jak koty, tak było, tak było, uciekli, a zagubienie stanowiło część ucieczki, czy ktoś ich szukał, czy ktoś ich ścigał, ścigała ich cała cywilizacja, ścigała ich przyszłość, lata, wieki przyszłe napiętrzone za nimi (przed nimi) niczym fronty apokaliptycznego sztormu, sine, bałwaniaste, nieprzejednane, a przecież nie myśleli tak wtedy, a nawet czy czuli, nie czuli, nie śnili, czegoś jednak się bali, przed czymś uchodzili, chłopiec i chłopiec, w dzicz, w gęstwinę, w cień ciemnozielony.

Jacek Dukaj, Król bólu
Share

 

 

Od pierwszej pochodni po osiemnastowieczne latarnie i od blasku latarni do chłodnej poświaty lamp nad belgijskimi autostradami wszystko jest spalaniem i spalanie jest główną zasadą każdego wytwarzanego przez nas przedmiotu. Sporządzenie haczyka do wędki, wykonanie porcelanowej filiżanki i produkcja programu telewizyjnego opiera się ostatecznie na tym samym procesie spalania. Wymyślone przez nas maszyny mają, tak jak nasze ciała i jak nasza tęsknota, powoli wypalające się serce. Cała cywilizacja ludzka, od samego początku, to nic innego, tylko z godziny na godzinę narastający żar, o którym nikt nie wie, jaką intensywność osiągnie i kiedy pocznie stopniowo gasnąć. Na razie nasze miasta jeszcze świecą, ogień się jeszcze rozszerza.

W.G. Sebald, Pierścienie Saturna

Prowincja

I oto życie prowincjonalne ofiarowuje ci wszystkie swoje tanie materialne wygody, swoją gnuśność, swoje plotki, swoją nietrudną i niewybredną rozpustę… A to wszystko jest tak prosto, tak łatwo osiągalne. Zaczyna ci się snadnie wydawać, że jesteś czymś w rodzaju bajkowego paszy, że wystarczy, byś czegoś zapragnął, a wszystko się ziści… Niekiedy, co prawda, nawiedza cię mimochodem myśl, że i twoje pragnienia stały się jak gdyby bardziej ograniczone, i twój widnokrąg umysłowy się zacieśnił, że się łatwiej, taniej godzisz i zaspokajasz i że w ogóle odbywa się w tobie coś przykrego, niepożądanego, coś, co chwilami zalewa ci twarz rumieńcem. Ale stopniowo i ta dokuczliwa myśl zaczyna cię trapić coraz rzadziej, owszem, sam śpieszysz ją odpędzić jak natrętnego komara i dobrowolnie, ku całkowitemu swemu zadowoleniu, toniesz, niby w piernacie, w bajorze prowincjonalnego życia, którego powierzchnia jest tak zielona, że z daleka można ją wziąć ostatecznie za bujną łąkę.

Szkice gubernialne, M. Sałtykow-Szczedrin

Przy kolejnym piwie wszystko się zmieni?

Także na drugiego końca oceanu fale ciszej nie szumią, plaże nie rozciągają się dalej, kobiety w ogóle nie są bielsze, lecz tym bardziej chwiejne, niż te tutaj.

Wiec nie mów nic. Tylko, gdy pójdziesz potem do lodówki, przynieś mi jedno z sobą. Ale żadnego z tych, słyszysz, co włożyliśmy do lodówki wieczorem, tylko te z drugiego końca, te, które są zimne. I kiedy wrócisz, nie mów już nic.


Suddeutsche Zeitung Nr 289/2002

Do zajazdu przybyli...

01049275
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W ubiegłym tygodniu
W tym miesiącu
W ubiegłym miesiącu
Wszystkie wizyty
309
882
4919
1036009
6081
33688
1049275

Your IP: 3.214.184.124
2019-12-07 07:34

Odwiedza nas 41 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony