Niecodziennik

 

piotr macierzynski kwik wydawnictwo ha artZostałem zdegradowany do stopnia byłego kochanka / a im dłużej żyję tym Justyna w moich wierszach bardziej awansuje – pisze w tomiku poetyckim pt.: „Kwik” Piotr Macierzyński. „Kwik” to epopeja rozpisana na 90 stron, w której dogłębna intymność wyznania zdaje się przesłaniać cały świat, niejako zupełnie unieważniając go wobec doznanych i udzielonych krzywd. Bazą jest miłość opisana w szczególe dosadnej intymności, bez zakrywania się, a wręcz z przyczepieniem do siebie samego tarczy strzelniczej, gdzie z niewielkiej odległości, wprost na linii strzału, stoi była kochanka z Magnum 44 w dłoni.



Pustelnicy poszukują błękitu nieba oraz ciszy, która nie nastaje.



Byliśmy strawieni przez słońce u podnóży nieodległych gór. Unurzani w wodnej toni przepełnionej życiodajnym tchnieniem. Od ostatniej wizyty, młode ryby szukające schronienia nieomal na samej plaży, zdążyły podrosnąć, zaś ich ławice zmalały przetrzebione przez drapieżne stworzenia z lądu, wody, powietrza. Śmiałym pluskiem wody bogatej w glony mówiły – jesteśmy. Toń jeziora niosła rybi zapach, liczne piórka wszechobecnego ptactwa, słodkowodne strzępy pourywanych wodorostów. Przed nami małe wysepki, wciąż tajemniczo nieodkryte – kusiły. Toń wodną cięły powynurzane tu i tam łachy piachu służące odosobnieniu w słonecznej kąpieli to nam, to ptakom. Latały pogąsieniczne cytrynki, bielinki kapustniki, roiły się w trawach komary. Potężny dąb śpiewał liśćmi do nieba błękitu.  Na lewej flance horyzontu z wody wystawało miasto przybrane, na zmianę, w stalowe, a czasem w prawdziwe żurawie. Wszelki byt dział się na poziomie własnej świadomości bogaty w harmonię zaplataną wspólnym co do zasady DNA w różnorodności niczym nienaruszonych, gatunkowych genów. Trwała pieśń długa - niemająca początku i końca. Wygrywaliśmy na tej pięciolinii własne nuty w pełnej harmonii oddychania.



W południowo – zachodniej części Opolszczyzny znajduje się malownicze miasteczko Otmuchów. Słynie z dorocznej imprezy o nazwie Lato Kwiatów. Nad miastem góruje przepiękny zamek oraz kościół zanurzone w zieleni parku miejskiego nasadzonego jeszcze przez Aleksandra von Humboldta. Jezioro, pobliskie pogranicze polsko – czeskie usiane pasmami gór. Cisza oraz spokój. Życie toczy się powoli, bez zbędnego pośpiechu, jak to dawniej bywało. Teren idealny na urlop dla osób szukających bliskiego kontaktu z naturą. Byliśmy tam spacerując po całej okolicy, napawając się pięknem krajobrazu oraz gościnnością miejscowej społeczności.

Na obrzeżach miasteczka leży uroczysko leśne zwane przez miejscowych „Bażanciarnią”. Pomiędzy koronami drzew znajduje się modernistyczna, stara wieża ciśnień, zaś na południowym skraju lasku usytuowany został niewielki kirkut żydowski. Jeszcze u początku XX wieku grzebano w tym miejscu przedstawicieli miejscowej mniejszości żydowskiej. Przez dziesięciolecia cmentarzyk zarastał chwastami, podszytem leśnym,  popadając w zapomnienie oraz  ruinę. Pamiętaliśmy ten teren od zawsze jako miejsce wypraw w nieznane, podniosłe oraz wyalienowane. W oczach dziecka czaiła się jakaś tajemnica podbita strachem i lękiem. Pamięć już nas zawodzi, lecz wówczas macew było więcej, a każda zdobna w napisy hebrajskie czy niemieckie. Możliwe, że były i polskie nagrobki. Tajemnica tego miejsca pociągała nas. Wracaliśmy tu na przestrzeni wszystkich lat już z większym zasobem wiedzy o konstrukcji świata oraz pragnieniach ludzkiej duszy. Wróciliśmy i dziś.

Cmentarz żydowski
w Otmuchowie w roku 2011
(przed zniszczeniami)

Dokumentacja zdjęciowa

Pobierz (29MB) >>>

Cmentarz żydowski
w Otmuchowie w roku 2013
(po zniszczeniach)

Dokumentacja zdjęciowa

Pobierz (106MB) >>>

 


Kolejna podróż w ciekawość nie dosyć poznawanego świata. Lazur słonecznego nieba niósł fale jeziora. Szuwary przekomarzały się z nielicznymi o tej porze dnia komarami. Myśli nie było żadnych. Oto słońce na wciąż niedoszłej plaży utopionej pod nikłym lustrem wody przyodzianym w dywan sinic i glonów. Byliśmy na ten czas u schyłku onego jeziora, nad którym dogorywały nieśpiesznie ośrodki lecz z właściwą dla tego procesu atencją dziejów. Drobne siewki drzew godnie porastały na ich dachach. Zacieki niezamalowanych porostów kolonizowały niepoobielane ściany. Rdza korodowała wystające donikąd, ściekowe rury, usychające z niespełnionej miłości wobec braku wody. Okna całe, niepotłuczone jeszcze, pełne zacieków z niedomytych oznak niegdysiejszego życia. Trawniki wciąż koszone regularnie, szum lip rozpościerających swoje konary we władaniu nieba. Krzyk dzikich kaczek, igraszki ryb, betonowy opatrunek – połamany czasem – spinał, na ile mógł, falochron w jednolitą całość. Turzyce brały go we władanie. One same nikłe i ulotne, lecz powtarzalne, z każdym sezonem dopełniały ogromu zniszczeń na betonowym opatrunku jeziora. Spalone mapy Tomasza Różyckiego krzyczały i tutaj: Jesteśmy.



Letnie spowolnienie z dużą dozą czasu na refleksję o wszystkim tym, co przyniósł wraz z sobą ubiegły sezon. Nie liczę czasu rocznikami kalendarzowymi. Kanikuła jest czasem podsumowań, zbieraniem myśli na zaś, obserwacją przyrody i siebie samego zanurzonego w niej na odludziu, w głębokiej ciszy fizyczności, ale w ukochanym hałasie obszernej lektury. Mijający sezon był czasem wielu zmian w fizyce ciała oraz w konstrukcji duszy. Mówią, że na zachodzie bez zmian. Czy aby na pewno?

Tuż nad głowami
Ale poza zasięgiem
Wyciągniętych rąk

Dronowe lato z mocno tłoczoną głupotą
Byliśmy całkiem blisko ale
Teraz wymyśl dobrą bajkę
Dla tych ust do krwi przegryzionych
Dla tych palców wyłamanych
Kolan wytartych
Oczu przekrwionych

Teraz wymyśl dobrą bajkę
Dla tych ust do krwi przegryzionych
Dla tych palców wyłamanych
Kolan wytartych
Oczu przekrwionych

Te złe kontra złe
Biedne dzikie bestie
Miasto mają we krwi
Miasto mają w dupie

Te złe kontra złe
Biedne dzikie bestie
Miasto mają we krwi
Miasto mają

Te złe kontra złe
Biedne dzikie bestie
Miasto mają we krwi
Miasto mają w dupie

Te złe kontra złe
Biedne dzikie bestie
Miasto mają we krwi
Miasto mają



Świtaniem, w wywietrznikach na ścianie kościoła franciszkanów, gołębie nie mogąc doczekać się wiosny, wiją gniazda. Nocne karoce rozwożą do domostw gasnące jestestwa. Dzwony jeszcze nie biją. Ziemne kwietniki – zmarznięte - marzą o zieleni bratków. Rozbijam się o jeden z nich w półsennej marze. Upadam do koryta ziemi. W oczach szklane odłamki niewybrzmiewających łez, dla których nie było powodu. Na ich dnie zawsze jest trochę soli – mawiali Chazarowie. Tutaj wciąż Królowa Śniegu i zapomnienie, że można kogoś pokochać, a słone łzy, niczym szkła uwieszone u rzęs żyrandoli - nanizane na nici zapomnienia. Jesteśmy. Nie wiemy, że jesteśmy. Przyjdzie kiedyś wiosna – w to jednak wierzymy.

Przeciw nienawiści

Czy nienawiść rodzi się z krzywdy? Bywa tak, że człowiek, który doznał niesprawiedliwości, przemocy, jakiegoś zła, którego nie jest w stanie przezwyciężyć, zaczyna nienawidzić. Tę gwałtowną reakcję można zrozumieć, trudniej ją usprawiedliwić. Ilu ludzi cierpiało podczas wojny, a jednak potrafili przezwyciężyć żal, wybaczyć. Toteż nie w każdym skrzywdzonym rodzi się mściwość. Zemsta zresztą nic nie daje, prócz chwilowej złudnej satysfakcji, jest bowiem odpowiedzią niesprawiedliwości na niesprawiedliwość, zła na zło. Ten więc, kto ma poczucie swego Ja, kto nie chce się zniżać do tych, którzy zło czynią, nawet gdy dotknęło go straszne nieszczęście, potrafi je zapomnieć, oddając sąd nad nim w ręce prawa. Krzywda jest raczej pretekstem dla tkwiącej w człowieku złości.

 Barbara Skarga

Chmury

Opuściliśmy w grudniu wybrzeże królestwa Walencji, lekki wiatr co chwila zmieniał kierunek. Niebo było czyste, ale północno-zachodnia część horyzontu stała w płomieniach: kłębowisko ciemnych chmur, wynurzając się gwałtownie zza widnokręgu, zdawało się zbliżać ku nam, grożąc nawałnicą. Wszyscy utkwiliśmy w nim oczy: zwały chmur, uniósłszy się na pewną wysokość, po chwili opadły zupełnie nisko i zbliżały się ku nam, ślizgając się po powierzchni morza. Skutkiem tarcia o wodę kłębiły się potężnie.

Chmury z dolnych warstw unosiły się do góry, a potem parły naprzód, jak gdyby chcąc inne prześcignąć, ale te, które pozostały w tyle, rychło je wyprzedzały. Kłębowisko zachowywało niezmiennie kształt gładkiej, pionowej, ogromnej ściany i zdawało się zachowywać ten kształt nawet wtedy, gdy spowiło już cały przód naszego okrętu.
Widziałem podczas moich podróży wiele wspaniałych zjawisk natury, ale zapewniam, że żadne z nich nie pozostawiło mi tak trwałego wspomnienia. Raz tylko byłem jego świadkiem, dziesięć lat zbiegło od tego czasu, a wrażenie, jakie mi po nim pozostało, jest tak silne, że mógłbym owe chmury jeszcze dziś narysować, gdyby tylko dały odtworzyć się na rysunku.


Jan Potocki, Podróże
Znalezione w: Jan Potocki. Biografia, François Rosset, Dominique Triaire

Do zajazdu przybyli...

01729377
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W ubiegłym tygodniu
W tym miesiącu
W ubiegłym miesiącu
Wszystkie wizyty
1273
1393
2666
1715381
19679
46744
1729377

Your IP: 3.236.122.9
2021-05-11 23:16

Odwiedza nas 48 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony