chopin 12 ferdynard hoesickW połowie października przyjechał do Paryża twórca Pana Tadeusza. Przybywał z Lozanny, powołany przez rząd francuski na profesora literatur słowiańskich w paryskim College de France. Zamieszkał przy rue d'Amsterdam, gdzie też niebawem przez jego skromne mieszkanko zaczęło się przewijać sporo przyjaciół-rodaków. Nie brakło między nimi i Chopina, który jako gorący wielbiciel Mickiewicza, nie tylko jako genialnego poety, ale i jako zacnego człowieka, jak mógł, tak mu na każdym kroku starał się okazać swoje uwielbienie dla niego. Toteż gdy dnia 24 grudnia w Klubie Polskim miała się odbyć składkowa wieczerza wigilijna, głównie ku uczczeniu Mickiewicza, a później, dla najbliższych przyjaciół poety, proszony wieczór u Eustachego Januszkiewicza, Chopin obiecał swą bytność, choć niezdrów (tak dalece, że dzień 15 grudnia, dzień pogrzebu Napoleona, przesiedział w domu, nieciekawy tego widowiska). „We czwartek - pisał Januszkiewicz w swym dzienniku pod datą 19 grudnia - mamy kucję w Klubie, a później będzie u mnie herbata, na którą zaproszę Adama, jako w dzień jego imienin. Mają być: Chopin, Kątski, Szczepanowski z gitarą, będzie i septuor wokalny. Górecki zapowiedział, że z jakimś wierszem wystąpi." Stało się zupełnie tak, jak to początkowo projektował Januszkiewicz, albowiem po wigilii w Klubie, do której zasiadło przeszło 60 osób, a podczas której pięknie przemawiał Julian Ursyn Niemcewicz, część uczestników „dużą bandą" przeszła na wieczór do Mickiewicza, wieczór zaś zapowiedziany przez Januszkiewicza odbył się nazajutrz dopiero, dnia 25 grudnia. Chopin, choć przyrzekł swój współudział, choć nawet wyraził gotowość grania na fortepianie, który też dlań przygotowano umyślnie w ostatniej chwili, prawdopodobnie wskutek złego stanu zdrowia musiał uczynić zawód Januszkiewiczowi, czego z pewnością później sam najbardziej żałował, albowiem na uczcie tej - jak to zaraz nazajutrz doszło do jego wiadomości - zaszedł fakt, który poruszył całą emigrację. Mianowicie w czasie wieczerzy przyszło do improwizacji Słowackiego i Mickiewicza, w których ten ostatni w przystępie wyjątkowego natchnienia nie tylko porwał i zachwycił całe zgromadzenie, ale je po prostu wprawił w rodzaj ekstazy, w jakiś stan ekstatycznego oszołomienia, któremu ulegli nie tylko wszyscy obecni, ale i ci także, którym o tym opowiadano nazajutrz.

Ponieważ wielu przyjaciół Chopina, a w ich liczbie Grzymała, byli na tej uczcie u Januszkiewicza, więc wieść o niej, o wszystkim, co tam się działo podczas i po improwizacji Mickiewicza, szybko doszła i na rue Pigalle, o wrażeniu zaś, jakie te opowieści zrobiły na Chopinie i pani Sand, wyraźnie świadczy Dziennik Piffoela tej ostatniej, w którym autorka Consuela pod nagłówkiem: „Grudzień 1840 r. Paryż, rue Pigalle nr 16", napisała, co następuje: „W tych dniach zaszedł wypadek dziwny w naszych czasach. Na jednym ze zgromadzeń emigrantów polskich jeden z nich, jak mówią, dość mierny i zazdrosny poeta, deklamował swój wiersz zwrócony do Mickiewicza, w którym obok oddawanych mu pochwał użalał się ze szczerym, lecz niewłaściwym rozgoryczeniem na pierwszeństwo tego poety. Był to więc zarazem i hołd, i zarzut. Ale ponury Mickiewicz, obojętny na hołd i naganę, powstał i zaimprowizował odpowiedź wierszem czy raczej mowę, która sprawiła ogromne wrażenie. Nikt nie może dokładnie oddać tego, co zaszło. Każdy z obecnych wspomina o tym rozmaicie: jedni twierdzą, że mówił tylko 5 minut, inni, że godzinę. Jednak jest niewątpliwe, że powiedział rzeczy tak piękne i tak wspaniałe, że wszyscy jakby postradali zmysły. Słychać było tylko krzyki i szlochania; z wieloma osobami zaszły nerwowe przypadłości, wielu nie mogło zasnąć przez całą noc. Hr. Plater po powrocie do domu był w takim dziwnym podnieceniu, że żona obawiała się, czy nie dostał pomieszania zmysłów. Ale w miarę jak jej opowiadał nie treść improwizacji Mickiewicza (nikt nie mógł z niej powtórzyć ani słowa), lecz o jej wrażeniu na słuchaczy, hrabina wpadła w ten sam stan co jej mąż: poczęła płakać, modlić się i mówić od rzeczy. I oto wszyscy są przekonani, że w tym wielkim człowieku kryje się coś nadnaturalnego, że jest natchniony jak prorok, i ta ich wiara jest tak wielka, że gotowi są uznać go nawet za Boga. Udało mi się dowiedzieć, że improwizował na następujący temat: «Skarżysz się, że nie jesteś wielkim poetą: sameś temu winien; nikt nie może być poetą, jeśli w nim nie ma miłości i wiary». Z powodu tej pięknej myśli musiał Mickiewicz mówić cudownie. Sam on nie może sobie przypomnieć ani słowa ze swej improwizacji, zaś jego przyjaciele mówią, że raczej jest przelękniony aniżeli zadowolony z wrażenia, jakie na nich sprawił. Przyznaje się też, że w nim zaszło coś tajemniczego, nadspodziewanego, że będąc na początku mowy spokojny, uczuł się nagle uniesionym wysoko wskutek entuzjazmu. Jeden z przyjaciół, który go widział nazajutrz, zastał go w stanie przygnębienia, jak po silnym ataku. Wobec tego, iż ze wszystkich stron otrzymałam te same zapewnienia, słuchałam o tym jakby o jakimś starożytnym wydarzeniu, gdyż dziś nic podobnego się nie zdarza”. I podobnie jak wśród całej emigracji, tak i na rue Pigalle przez kilka dni nie mówiono prawie o niczym innym, tylko o tej improwizacji Mickiewicza, przy czym naturalnie o tym, który wywołał iście wulkaniczny wybuch natchnienia wieszcza Dziadów, o Słowackim, wyrażano się z lekceważeniem.

Tymczasem życie szło swoim trybem, a jak przez kilka ostatnich dni mówiono tylko o Mickiewiczu jako natchnionym improwizatorze, tak w pierwszych dniach stycznia znowu Mickiewicz jako niepospolity profesor w College de France był na ustach wszystkich, budził powszechne zainteresowanie, i to nie tylko w kołach emigracyjnych, ale w ogóle wśród inteligencji francuskiej. Stąd niezwykłe powodzenie tych prelekcji Mickiewicza, raz dla nowości wykładanego przedmiotu, który był absolutną terra incognita dla Francuzów, a po wtóre ze względu na sławę genialnego profesora-poety. „Mickiewicz - pisał pod wrażeniem jego prelekcji H. Lucas - jest jednym z tych umysłów wybranych, których przejście zostawia po sobie w epoce szeroką smugę światła, a które posiadają ten przywilej, że ich audytorium składa się z całej Europy. Amfiteatr Mickiewicza staje się punktem zbornym dla najróżniejszych znakomitości. Ampere, po własnym wykładzie, przychodzi jako dobrowolny słuchacz zająć miejsce wśród uczniów i nie szczędzi profesorowi oznak szczerej i niedwuznacznej adoracji. Montalembert, Salvandy, Michelet, Sainte-Beuve, George Sand spieszą w imieniu cywilizacji objąć tę nową sferę myśli, którą uczony Polak odkrywa.”

Pani Sand, która nadzwyczaj regularnie uczęszczała na prelekcje Mickiewicza, bywała na nich bardzo często razem z Chopinem, co oczywiście zwracało uwagę całego audytorium. Zapisał to Dumesnil w listach do rodziny. Oto na przykład co donosił pod datą 7 stycznia 1841 roku: „Bywam na tym kursie razem z panią Sand, która słuchała dwóch ostatnich lekcji; na drugiej stała cały czas, ponieważ się spóźniła. Portrety jej są podobne, lecz niepochlebne, uderza wyrazem spokoju, łagodności i słodyczy. Przychodzi ze sławnym fortepianistą Chopinem i wraca jego powozem”. Że Chopin na te pierwsze prelekcje uczęszczał dość regularnie, dowodzi list Eustachego Januszkiewicza z dnia 20 stycznia 1841 roku do narzeczonej , w którym obok innych znalazła się następująca wiadomość: „Mickiewicz coraz więcej ma słuchaczy, coraz śmielszy i coraz nowe nam pokazuje pejzaże na obszernej dziedzinie słowiańskiej. Wczoraj (a więc 19 stycznia) mówił o języku Słowian, o jego tworzeniu się, o jego przymiotach. Słuchaliśmy go z niewymowną rozkoszą. Pani George Sand siedziała przy nim, a przy niej stał Chopin”. W tydzień później, pod datą dnia 26 stycznia, Dumesnil tak znowu pisał do swoich: „Przyznać trzeba, że Paryż jest dla nauki niezrównanym miastem. Mam tylko Sekwanę do przebycia, aby w towarzystwie Francuzów, Niemców, Rosjan i Polaków uczestniczyć w odsłanianiu dawnych dziejów przez genialnego człowieka. Gdy jestem zmęczony pisaniem, podnosząc głowę, zwracam wzrok od Mickiewicza ku p. Sand i od p. Sand ku Mickiewiczowi”. Pani Sand, która z pewnością regularniej aniżeli Chopin słuchała wykładów twórcy Dziadów szczerze zapaliła się do nich, a choć od dawna już - dzięki Chopinowi - żywiła prawdziwy kult dla geniuszu poety, to jednak w tych czasach, pod wrażeniem jego świetnych prelekcji o literaturach słowiańskich jeszcze bardziej utwierdziła się w swym uwielbieniu dla niego, jak tego dowodziła jej następująca charakterystyka Mickiewicza, organicznie związana z jego wykładami w College de France. „Mickiewicz - słowa są pani Sand - jest jedynym wielkim ekstatykiem, jakiego znam. Znałam wielu małych, a co się tyczy Mickiewicza, nie chciałam twierdzić publicznie, że on, moim zdaniem, cierpi na tę duchową epilepsję (haut mal intellectuel), która go czyni pokrewnym tylu znakomitym ascetom, jak Jezus Chrystus, święty Jan, Sokrates, Dante i Joanna d'Arc. Nie rozumiano by mojej myśli lub zrozumiano by ją opacznie, zaś przyjaciele jego słusznie mogliby być oburzeni. Tych wśród nich, którzy niejasno rozumieją istotę ekstazy, liczne myśli z Dziadów zmusiłyby patrzeć na Mickiewicza jak na obłąkanego, tych zaś, którzy go słyszą, jak jasno i logicznie wykłada swe prelekcje w College de France, moje dowodzenia zmusiłyby patrzeć nań jak na szarlatana. Tymczasem Mickiewicz - nie jest ani jednym, ani drugim. Jest to bardzo wieki człowiek, genialny, pełen entuzjazmu, doskonale nad sobą panujący w życiu zwykłym i rozprawiający ze swego punktu widzenia bardzo wzniośle. Ale jest on skłonny do egzaltacji dzięki samej naturze swych wierzeń, potędze swoich cokolwiek dzikich instynktów, poczuciu nieszczęść swej ojczyzny oraz dzięki niezwykłym porywom swej duszy wysoce poetycznej, która nie zna miary dla swych sił i wznosi się nieraz do granicy rzeczy skończonych i nieskończonych, gdzie zaczyna się ekstaza. Nigdy jeszcze straszliwa tragedia rozgrywająca się wówczas w duszy poety nie była odtworzona przez żadnego z poetów z taką prawdą i mocą jak te, które czynią Konrada dziełem wiekopomnym. Nikt po przeczytaniu tego dzieła nie może zaprzeczyć, że Mickiewicz jest ekstatyczny."

Jak dalece pani Sand w tych czasach pozostawała pod urokiem Mickiewicza, dowodzi fakt zapisany przez Witwickiego w liście z dnia 15 stycznia 1841 do Bohdana Zaleskiego, że powzięła zamiar napisania do „Revue des Deux Mondes" jeszcze jednego studium o twórcy Pana Tadeusza. „Sandowa mówiła mi - pisał Witwicki - że napisze o Adamie drugi artykuł do «Revue», o reszcie poezyj, mianowicie o Sonetach, które bardzo się jej podobały." Że je poznała dzięki Chopinowi, nadmienić zbyteczna. Nadto postanowiła napisać osobne studium o prelekcjach Mickiewicza w College de France.

Oczywiście, że gdzie było tyle uwielbienia, i to wzajemnego, tam i Mickiewicz był z najwyższym uznaniem dla talentu i charakteru pani Sand, tam i obopólna przyjaźń, całkiem szczera i bezinteresowna, musiała się zawiązać w końcu, zwłaszcza że jej gorącym orędownikiem w stosunku do jednej, jak i do drugiej strony był Chopin, nie mówiąc już o innych wspólnych przyjaciołach Mickiewicza i pani Sand, jak Witwicki, Grzymała, Delacroix. Jakoż niebawem Mickiewicz zaczął bywać dość częstym gościem na rue Pigalle, a w jaki sposób mu tam czas upływał, o tym znakomicie informuje zapiska pani Sand z serii Impressions et souvenirs, opisująca jeden wieczór w jej mieszkaniu przy rue Pigalle, spędzony w towarzystwie Delacroix, Chopina i Mickiewicza. Zaczęło się od tego - opowiada pani Sand że poszła odwiedzić chorego na gardło Delacroix, który mimo to przez cały czas wizyty gorąco rozprawiał o nowych teoriach malarskich z powodu świeżo wystawionego „Stratonisa" Ingresa, a w końcu tak się zapalił, że choć niezdrów, "ofiarował się odprowadzić ją do domu. Przez całą drogę, gdy szli ulicą, wciąż z nią rozprawiał na ten sam temat, aż wreszcie na rue Pigalle, przed samymi drzwiami mieszkania, natknęli się na powracającego z miasta Chopina. Ten ostatni, ponieważ nie lubił wymienionego obrazu, zaraz, jeszcze na schodach, wmieszał się do dyskusji, twierdząc, że osoby w „Stratonisie" są zmanierowane i pozbawione prawdziwych uczuć, ale wykończenie jest godne pochwały, Bo co się tyczy barw, tj. kolorytu, to on - mówił - nie zna się na tym. Zdaniem pani Sand twierdził to Chopin przez grzeczność, nie przeczuwając wcale, że mimo woli mówił prawdę. W końcu podano obiad. Przy stole Maurycy prosił Delacroix, żeby mu wyłożył swoją teorię refleksów. „Chopin słucha - ciągnie swe opowiadanie pani Sand - wytrzeszcza oczy ze zdziwienia. Delacroix porównywa formy malarskie i muzyczne, porównywa harmonie, pokrewieństwo tonów muzycznych i modulację do refleksów harmonii i barw. Wreszcie rozmowa dochodzi do kwestii refleksji refleksów. Chopin kręci się na krześle i wola: «Dajcież mi odetchnąć, zanim przyjdziecie do wypukłości. Wszak na ten raz dosyć refleksu! To dowcipne, to nowe dla mnie, ale to przecież już niedaleko alchemia!» Na to odpowiada Delacroix: «nie, to czysta chemia. Tony można składać i rozkładać». Lecz Chopin nie słucha już wywodów Delacroix; zasiadł do fortepianu i nie widzi, że go słuchają. Improwizuje jakby wypadkowo. Przestaje. «Dalej, dalej - woła Delacroix - wszak nie skończyłeś!» «Wszak jeszcze nie zacząłem. Nic nie wychodzi. Nic... to tylko cienie, zarysy, odblaski, które się nie chcą określić. Szukam kolorytu, a nie mam nawet rysunku.» «Nie znajdziesz pan tego jednego bez drugiego - mówi Delacroix - a znajdzie pan oba razem.» «A jeżeli znajdę tylko światło księżyca?» - «Wtedy znajdzie pan refleks refleksu» - wtrąca Maurycy. Myśl ta podoba się boskiemu mistrzowi. Znowu zaczyna grać, jakby nie zaczynając znowu, a rysunek tego, co gra, jest niejasny i nieokreślony. Marzymy o nocy letniej i czekamy na słowika. Rozlega się pieśń cudna. Mistrz wie, co czyni; śmieje się z tych, co chcą zmusić ludzi i rzeczy, aby mówili przez podobieństwo dźwięków. Wtem daje się słyszeć głos dzwonka z przedpokoju. Chopin wzdryga się i przestaje grać. Krzyczę do lokaja, że dla nikogo nie ma mnie w domu. «Nie - mówi Chopin - dla niego jesteś pani w domu.» «Kto to?» «Mickiewicz!» «O, czyż to koniecznie on? Skąd wie, że to właśnie on?» «Nie wiem dlaczego, lecz jestem pewny: myślałem o nim.» Był to istotnie Mickiewicz. Przyjaźnie ściska nam wszystkim dłonie i co rychlej siada w kąciku, prosząc Chopina, aby grał dalej. Chopin gra znowu z boskim natchnieniem. Lecz oto wbiega mały sługa przestraszony: w domu pożar! Biegniemy, aby zobaczyć.

W rzeczy samej zapaliło się w mojej sypialni, lecz zdążyliśmy ogień ugasić. Straciliśmy na to blisko godziną i wtedy pytamy: «A gdzież Mickiewicz?» Wołamy go. Nie odpowiada. Powracamy do salonu, lecz go tam nie ma. Ależ nie, jest tutaj, w tym samym kąciku, gdzieśmy go zostawili. Lampa zgasła, nie zauważył tego. Hałasowaliśmy i krzątaliśmy się o dwa kroki od niego, nic nie słyszał i nawet sobie nie zadał pytania: czemu zostawiliśmy go samego? Nie spostrzegł nawet, że był sam jeden. Słuchał Chopina... i wciąż go jeszcze słuchał. Innego można by posądzić o afektację, lecz wielki poeta, z natury skromny i cichy, jest naiwny jak dziecko. Widząc, że się śmieję, pyta mnie, co mi jest? Odpowiadam, że nic mi nie jest. «Ale gdy jeszcze raz zdarzy się pożar w domu, to pana nasamprzód odprowadzę do bezpiecznego miejsca, bo inaczej pan się gotów spalić jak zwykła drzazga, nawet się tego nie domyślając.» «Istotnie - mówi Mickiewicz - nawet nic nie spostrzegłem!» I wychodzi nie rzekłszy ani słowa. Chopin odprowadza Delacroix, który wszedłszy na padół rzeczywistości, rozmawia z nim o jego krawcu angielskim, jak gdyby nie chodziło mu o nic innego, byle mógł mieć bardzo ciepłe ubranie, które w dodatku nie byłoby zbyt ciężkie."

Ferdynand Hoesick, Chopin: życie i twórczość. Tom 2, Pierwsze lata w Paryżu, George Sand: 1831-1844

chopin 12 ferdynard hoesick