Kolejna podróż w ciekawość nie dosyć poznawanego świata. Lazur słonecznego nieba niósł fale jeziora. Szuwary przekomarzały się z nielicznymi o tej porze dnia komarami. Myśli nie było żadnych. Oto słońce na wciąż niedoszłej plaży utopionej pod nikłym lustrem wody przyodzianym w dywan sinic i glonów. Byliśmy na ten czas u schyłku onego jeziora, nad którym dogorywały nieśpiesznie ośrodki lecz z właściwą dla tego procesu atencją dziejów. Drobne siewki drzew godnie porastały na ich dachach. Zacieki niezamalowanych porostów kolonizowały niepoobielane ściany. Rdza korodowała wystające donikąd, ściekowe rury, usychające z niespełnionej miłości wobec braku wody. Okna całe, niepotłuczone jeszcze, pełne zacieków z niedomytych oznak niegdysiejszego życia. Trawniki wciąż koszone regularnie, szum lip rozpościerających swoje konary we władaniu nieba. Krzyk dzikich kaczek, igraszki ryb, betonowy opatrunek – połamany czasem – spinał, na ile mógł, falochron w jednolitą całość. Turzyce brały go we władanie. One same nikłe i ulotne, lecz powtarzalne, z każdym sezonem dopełniały ogromu zniszczeń na betonowym opatrunku jeziora. Spalone mapy Tomasza Różyckiego krzyczały i tutaj: Jesteśmy.

Widzieliśmy to miejsce pełne panien w zwiewnych, białych sukniach. W ażurowych kapeluszach, pod parasolem chroniącym blade lica od nadmiaru słońca. Otoczone usłużnym gronem młodych mężczyzn w mundurach, nimfy owe rozmawiały, niczym siostry od Czechowa o ulotności wszelkiego życia: „I może się tak stać, że nasze teraźniejsze życie, na które się jakoś godzimy, z czasem będzie się wydawało dziwne, niedorzeczne, niemądre, nie dość czyste, może nawet grzeszne…”. Na pięknym molo przygrywała orkiestra. Na wodnej toni radośnie pluskały kołyszące się rybackie łodzie. Pieczono miejscowe sandacze, węgorze, w rytm wypijanego piwa. Wieczorami, amanci w mundurach, pod lampionami, prosili do tańca panie. Działo się sielankowe życie na brzegu jeziora przyozdobionym ścianą Złotych Gór, nad którymi zachodziło słońce. Do jego ostatnich promieni, melodią wiatru, łopotała czerwona flaga z czarną swastyką na białym tle.

Potem, przychodziły noce i dnie. Księżyc i słońce wciąż, niezmiennie, oznaczały kolejne kalendarze pięknem utrwalonym w oczach tychże, którym było dane tu zamieszkać. Działy się rewolucje, wędrowano pod czerwoną flagą na pochodach pierwszomajowych. Zlikwidowano maszt, na którym powiewała flaga ze swastyką, a mowa miejscowych stała się polską, chociaż nikt nie chce mówić o tym, jak to się stało. Budowano czynowe pomniki, o których dziś, ze wstydu, prawie nikt już nie pamięta. Zostały po nich ślady alejek, zagajników - miejsc, gdzie stały. Dzisiejsi, zadaliby pytanie, dokąd ta dróżka prowadzi – gdyby tylko wiedzieli… Nikt już nie składa goździków i tulipanów w rocznice zapomnianych rewolucji. Jedynym śladem dowodzącym, że to była prawda, jest napis upamiętniający jedną ze szkół tysiąclatek, chociaż teraz budynek stoi pusty.

Po wakacjach kończących trzecią klasę szkoły podstawowej wróciliśmy do świata, w którym na rozpoczęciu lekcji danego dnia nikt nie wymagał ustawiania się w dwuszeregu; odliczania parzystych i nieparzystych obecności celem zdania raportu o stanie klasy. Ze ścian zniknęły portrety bliżej nam nieznanych panów. Śpiewane piosenki przestały mieć charakter uniosłości znanej w dzisiejszym świecie z filmów o Korei Północnej. W szkole pojawił się krzyż, a tuż za nim, religia przestała odbywać się na plebanii. Nasi nauczyciele, wciąż byli ci sami, ale inni. Coś się skończyło jak ręką odjął. Widzieliśmy to wszystko czując zmianę, lecz żaden z dorosłych, jakby wstydząc się swojego wczoraj, nie raczył nam wytłumaczyć, co się tak naprawdę stało. Byliśmy zbyt mali i nikt z nas tego w pełni nie rozumiał. Na szczęście, plac zabaw wciąż był bez żadnych zmian.
Dziś, gdy wracamy w te strony po dziesięcioleciach, mając w pamięci całą młodość oraz ten pobieżny szkic historii pełen luk, niedopowiedzeń, białych plam, w uszach pozostaje szum codziennej pieśni w poepidemijnej kapliczce przy ul. Krakowskiej, gdzie każdego dnia odbywają się modły do nieistniejącego Boga. Kantatę nieświadomych modlitw ponownie, coraz szerszym strumieniem, wyznacza zakazana w naszych dniach niegdysiejsza flaga z pobliskiego ośrodka nad jeziorem, gdzie króluje rdza. Inny język, inny czas. Ludzie wciąż ci sami.
(mr)
szkic tekstu - 18.07.2013
