Byliśmy strawieni przez słońce u podnóży nieodległych gór. Unurzani w wodnej toni przepełnionej życiodajnym tchnieniem. Od ostatniej wizyty, młode ryby szukające schronienia nieomal na samej plaży, zdążyły podrosnąć, zaś ich ławice zmalały przetrzebione przez drapieżne stworzenia z lądu, wody, powietrza. Śmiałym pluskiem wody bogatej w glony mówiły – jesteśmy. Toń jeziora niosła rybi zapach, liczne piórka wszechobecnego ptactwa, słodkowodne strzępy pourywanych wodorostów. Przed nami małe wysepki, wciąż tajemniczo nieodkryte – kusiły. Toń wodną cięły powynurzane tu i tam łachy piachu służące odosobnieniu w słonecznej kąpieli to nam, to ptakom. Latały pogąsieniczne cytrynki, bielinki kapustniki, roiły się w trawach komary. Potężny dąb śpiewał liśćmi do nieba błękitu.  Na lewej flance horyzontu z wody wystawało miasto przybrane, na zmianę, w stalowe, a czasem w prawdziwe żurawie. Wszelki byt dział się na poziomie własnej świadomości bogaty w harmonię zaplataną wspólnym co do zasady DNA w różnorodności niczym nienaruszonych, gatunkowych genów. Trwała pieśń długa - niemająca początku i końca. Wygrywaliśmy na tej pięciolinii własne nuty w pełnej harmonii oddychania.

 

Przy odległych od tego zakątka stawach milickich działo się rodzinne wesele. Lała się wódka, jedzono ciasto, a zabawa trwała dwa pełne dni i noce. Nie było nas tam. W niezbyt odległej, opolskiej perspektywie, na cmentarzu w okolicach Lubszy, do ziemi składano młodą kobietę zabitą jakby przypadkiem, w Opolu, przez młodocianego kierowcę. Była trzecim tragicznie zmarłym z czworga rodzeństwa. Ojca z cmentarza zabrało pogotowie. Nasz przyjaciel, spokrewniony, odlatywał na swój własny sposób w chwili składania jego z nią wspólnej krwi i lat dzieciństwa w niebyt ziemi. W to nowe życie. Nie było nas tam. Arcziego z nocnej imprezy wiozła do domu taksówka po klucze od samochodu, które zatrzasnął wewnątrz po dyskotece w Nysie. Back był na brytyjskich wyspach jakby z przypadku. Czy już jest w Polsce? Nie było nas tam. Judith rezerwowała nocleg na jedną z sierpniowych nocy w naszej opolskiej norze. Saracen doznawał, jak zawsze, piękna. W sumie – milczymy. Nie było nas tam. Pablo Wrocławski zadaje odwieczne pytanie o sens istnienia przy wspólnym oglądaniu tutejszego, przepełnionego gwiazdami nieba. Pijemy kilka piw. Jesteśmy z sobą jak dawniej każdego dnia. Nowo odkryty z krwi i kości Kartezjusz opowiada nam: „Moje siłą zaprezentowane altery żyją ze sobą w symbiozie, czerpią ze świata to, czego potrzebują. Pomagają sobie wzajemnie znieść codzienność, bezsens, ból istnienia, strach przed śmiercią… Nie jest nam ze sobą nudno, nie ograniczamy się, szukamy piękna i miłości, dobrobytu, luksusu, wygody ………. Boga?”

Dwa dni posłonecznej maligny. Półnadzy efebowie pielą grządki. Pająki krzyżaki każdego dnia plotą nowe sieci. Dionizyjczycy roznoszą piwo. Wino dojrzewa na słońcu, jeszcze niegotowe. Słoneczniki, co niektóre, przygarbione od nadmiaru słońca. W tych dniach dwoje z Nieśmiertelnych brało nas na zmianę we władanie. Morfeusz dzielił pospołu z Maligną pośród dreszczy gorączkowych majaczeń byt z senną krainą nieistnienia. Maligna malowała w naszej głowie liczne, niezrozumiałe jak dotąd pejzaże. Byliśmy i nie byliśmy zarazem. Noc zaplatała letnia burza. Bez grzmotów przy pełnym akompaniamencie błyskawic niepozwalających odróżnić dnia od nocy. Trzeźwi, wstrząsani półsennymi zjawami pośród pajęczyn otaczającego ze wszechmiar istnienia, w niedosycie nikotyny, snu, jawy, zobojętnienia. Płakało niebo, upał, błyskawice, noc w pustelni. Gorączka,  poddanie się fizycznemu bólowi ciała - posłoneczne dreszcze i majaki. Sen nie sen, nie życie, życie. Przedmiotowość, trwanie, nietrwanie. Krzyk. Deszcz. Pogrzeb z weselem, woda z ogniem. Jedność istnienia, jedność DNA.

Jak nie oszaleć, jak nie oszaleć? Byliśmy tam, chociaż nas nie było .

Pamięci nieznajomej, jednej z czworga,

(mr)
05.08.2013