Być może jesteśmy tym obszarem na ziemi, gdzie niegdysiejsze wysycenie zła tłamszącego ludzkie dobro przybrało na tyle horrendalne rozmiary, że pamięć historii jest bezwzględnie pielęgnowana jako modus vivendi. Mocno wybrzmiewa u nas, że nigdy więcej nie powinno być owej pożogi w bratobójczym szczęcie broni. Słowiańskie pandemonium bliskich krewnych zazdroszczących jeden drugiemu, gdy śmiech przeszłości przybiera na sile - zatrważa. Znowu czuć niepewność jutra spraw najzwyczajniej doczesnych w codzienności istnienia.
Wybrzmiewamy na opolskiej ziemi przeczuciem, że tam, na wschodzie, tym bliższym i dalszym, są nasi krewni co do pochodzenia z jednego przecież lemiesza. O ile wybrzmiewamy podobnymi językami, czuciem ukraińskiej i rosyjskiej duszy, ziem, na których wspólnie stawaliśmy się tymi, którymi dziś jesteśmy, o tyle wciąż pozostaje ten niezrozumiały dysonans, w którym jeden drugiemu zabrania w stawaniu się sobą poprzez samego siebie - suwerennie.
Oto ponownie staje mi przed oczyma postać grana przez Grażynę Misiorowską w Braciach i siostrach w reż. Mai Kleczewskiej, spektaklu zainspirowanym Braciami Karamazow Dostojewskiego oraz Trzech sióstr Czechowa – wielopłciowa, wielowątkowa, stale pytająca o stawanie się człowieka w bolesnych narodzinach nowego bytu. Oto totemiczny slogan tożsamościowego obłędu świetnie ukazany tamże przez postać Wielkiego Inkwizytora, w rolę którego wcielił się Andrzej Jakubczyk. Obce sobie psyche strzępków postaci z Dostojewskiego i Czechowa, tak wówczas na scenie jak i dziś w rzeczywistym świecie, opowiadają rzecz o stawaniu się nacjonalizmu po każdej ze stron.
Po co i dokąd powstają ponownie budzone potwory? Gdzie zwyczajna czułość codziennych spraw, taka jak w Gąsce Nikołaja Kolady w reż. Mirosława Bednarka? I może się tak stać, że nasze teraźniejsze życie, na które się jakoś godzimy, z czasem będzie się wydawało dziwne, niedorzeczne, niemądre, nie dość czyste, może nawet grzeszne… - notował Czechow. Z trudem przychodzi nazywanie rzeczy po imieniu, gdy spojrzeć na wschód. Nie ubieranie w słowa wstępnie okrutnych dni wcale nie sprawia, że one się nie wydarzają. Notowane w głębi duszy myśli przepojone lękiem i niewybrzmiewające ze względu na moc sprawczą słowa – czyż mogą być usprawiedliwieniem na nie patrzenie, na mamienie, na strach?
Być może jesteśmy tym obszarem ziemi, gdzie Spalone mapy Tomasza Różyckiego będą wciąż nabierać nowych sensów i znaczeń. Jest w tym utworze owa kontynuacja formy, czasu i przestrzeni, która rozmawia z Pieskiem przydrożnym Czesława Miłosza, któren za butelkę dobrego alkoholu był skłonnym odstąpić owe zalążki fabuły kolejnemu pokoleniu. „Trawa ogromna, dzika wokół mojej głowy”, gdy pokolenia mrówek wysłuchują pieśni poety: „możecie wyjść, już jest po wszystkim”. Jedna to matnia z Czechowem, gdyż „minie jakiś czas i my też odejdziemy na zawsze, wszyscy nas zapomną, zapomną nasze twarze i głosy, zapomną, ile nas było, ale ci, co przyjdą po nas, zamienią nasz ból w radość i zapanuje spokojne szczęście na świecie, i ludzie będą wspominali wdzięcznym słowem, będą błogosławili tych, którzy żyją teraz”.
Niespełna rok temu opolanie wsłuchiwali się w „Miłość na Krymie” żegnając Sławomira Mrożka, by w kilka miesięcy później dyrektor teatru dramatycznego, pan Tomasz Konina, mógł powiedzieć: Dedykujemy ten wieczór wszystkim naszym przyjaciołom, którzy są w tej chwili w bardzo trudnej sytuacji, którzy są blisko nas. Taką była zapowiedź Kobziarza Szewczenki, w którym Kornelia Angowska czytała: Całe życie pracować na swój kraj i otrzymać od niego wreszcie zimny, szary fartuch. Z twoich rąk, ojczyzno śmierci, chociaż gorzka – jednak upragniona, niczym chleb w czasie wojny. Czasem wychodziły siostry żałobnice i prosiły najsilniejszych z nich o wyniesienie kolejnego trupa. Wtedy mężczyźni szli, a kobiety trzymały w palcach ich papierosy, które ciemniały, ciemniały i kolejno gasły.
Ów proces dziejów, notowany niespiesznie wokół opolskiej sceny na przestrzeni niecałych dwóch lat zaskakuje spójnością zdarzeń. Niezamierzoną, nie nazywaną na jeden haust po imieniu. Miga niczym czerwona lampka kontrolna u kamery rejestrującej bieg dni, miesięcy, lat. Cicho, spokojnie, z narastającym jednak niespokojnie natężeniem, ze zwiększaniem amplitudy. I dokąd ta droga? Czy to już jest owe nazywanie rzeczy i spraw po imieniu, czy ledwie pomruk historii ostrzegający przed tym, czym definicyjnie jest silnie buzujący płomień? Pożar li to, czy śmiech historii, która wciąż powraca, ostrzega, zaglądając poza horyzont zdarzeń?
(mr)
18.08.2014

Piesek przydrożny Cz. Miłosza. Boże Ciało 2014, Jedwabne (fot. Saracen)
Zobacz także: Miłość na Krymie w reż. J. Jarockiego >>>
