Przez wiele lat nie było też cmentarza, dlatego ciała, a potem szkielety mieszkańców leżały porzucone na plaży. Wiatr przysypywał je piaskiem, odłamkami muszli i skamieniałymi ootekami sprzed milionów lat, przypominającymi beczułki lub naboje. Czasem deszcze wymywały je do oceanu, a ten – okrutny i surowy, jak miejscowi ludzie – wciągał je w głąb siebie. Prądy przy plaży w Cofete są najsilniejsze na całej Fuerteventurze. Z pobliskich wzgórz co kilkadziesiąt metrów widać ich jasne linie wstępujące w morze. Nieopodal znajduje się mała wysepka Islote, a właściwie malownicza skała obmywana przez fale. Podczas odpływów wąska łacha piachu łączy ją z lądem. Miejscowa legenda mówi, że wieczorem można tam spotkać siedem kobiet, które zabrało morze, gdy brodziły w wodzie.


W obawie przed zarazami w końcu wygrodzono teren pod cmentarz. Poświęcił go ksiądz sprowadzony z Pájary. Cały dzień podróżował na osiołku, żeby skropić kawałek plaży podgryzany przez ocean. Odtąd chowano tu zmarłych. Pogrzeby odbywały się bez zbędnych sentymentów. Ciała zakopywano w piachu, przygważdżano kamieniami, a potem wszystko wieńczono krzyżem zbitym naprędce z dwóch żerdek. Dziś o nekropolii przypominają przysypany piachem mur oraz tablica z nazwiskami dwustu dwudziestu jeden cofetańczyków pochowanych w latach jej funkcjonowania (1872–1956).
Ten prostokątny cmentarz, otoczony betonowym ogrodzeniem na skraju ciągnącej się kilometrami, beznamiętnej dzikiej plaży, cmentarz, gdzie pośród cofe-cofe, kamieni oraz nawianych alg, które kiedyś zmienią się w confite, wciąż można znaleźć kilka niewielkich krzyży, poszarzałych od soli i słońca, jest miejscem spotkania niewidzialnego z widzialnym, trwania z przemianą, a w końcu – czasu z przestrzenią. Marniejący w obliczu błękitnego przestworu nieba, u podnóża majestatycznych gór; smagany wiatrem z najgłębszych otchłani śmierci i zasypywany piaskiem chrzęszczącym resztkami kości; pochłaniany przez bezlitosny ocean, którego fale z każdą zimą coraz bardziej podmywają jego fundamenty; jedyny na wyspie cmentarz tak bezwstydnie odsłonięty, tak otwarty, tak bezbronny – jest obszarem wiecznego czuwania. Tutaj zmarli nie zaznają spokoju. Wciąż można ich spotkać na granicy śmierci, tu gdzie ląd przemienia się w morze, a życie w kamień. Z sieciami brodzą wzdłuż brzegu. Smołują łodzie. Na stromych skalnych ścianach zbierają orchillę. Przepędzają przez piargi stada kóz, a w marcu wypalają uschnięte agawy i wilczomlecze. Zbierają kosze fig. Biedni pozagrobowi medianeros. Pół żywi, pół martwi zakładnicy podziemnych bogów.

 

Fuerte, Kasper Bajon
Wyd. Czarne, Wołowiec 2020

fuerte