Lekarz Jehuda ibn Tibbon z Garnaty, dzisiejszej Granady, którego pomnik stoi dziś, trochę jakby przykurzony, przy wejściu do dawnej żydowskiej dzielnicy Realejo, zaczyna tłumaczyć dzieła al-andaluzyjskich rabinów i filozofów na hebrajski dopiero wtedy, kiedy pod rządami Almohadów trafia na wygnanie na południe Francji. W testamencie przypomina jednak synowi Samuelowi, żeby czytał i pisał po arabsku, bo daleko go to zaprowadzi.
Napisany pod koniec XII wieku dokument to tak naprawdę pochwała jego „największego skarbu” i „najlepszej towarzyszki”.
„Rób przegląd swoich hebrajskich ksiąg co miesiąc, arabskich co dwa, a pozostałych co trzy” - nakazuje w nim Samuelowi. „Utrzymuj porządek w bibliotece, żeby zawsze móc znaleźć to, czego szukasz. (…) Przykrywaj półki pięknymi zasłonami, chroń je przed wodą kapiącą z dachu, myszami i innymi szkodami, bo [to książki] są twoim największym skarbem”.


Teraz zwrot akcji.
Do bibliotek wchodzą ludzie, którzy mają taki sam głód wiedzy jak Abbasydzi i Umajjadzi, ale nie znają arabskiego. Ich apetyt jest może nawet jeszcze większy, bo są wyposzczeni. Europa - dotąd ospała i rolnicza - nabiera technologicznego i gospodarczego rozpędu i też chce wiedzieć. Jej miasta ożywają, jakość życia rośnie, a tłumy studentów ciągną do Paryża, Bolonii i Oksfordu. Jest jednak pewien problem. W Europie nie ma co czytać.
Wiadomo, że jest miejsce, gdzie można znaleźć wszystkie księgi, o których marzą filozofowie. Wystarczy tylko przekroczyć Pireneje, a potem znaleźć sobie do pomocy mozaraba, czyli zarabizowanego chrześcijanina, albo mudejara, jak mówi się na muzułmanów żyjących pod panowaniem chrześcijan. Nie chodzi bowiem tylko o książki, ale też - a może przede wszystkim - ludzi, którzy pomogą je zrozumieć.
Jako jeden z pierwszych do Hiszpanii wybiera się przyszły papież Sylwester II, wtedy jeszcze mnich Gerbert z Aurillac. Wynalezione w Grecji, ale spopularyzowane przez Arabów astrolabium, z którym wraca do Francji, zapładnia wyobraźnię Europejczyków do tego stopnia, że Heloiza i Piotr Abelard nazywają swojego syna Astrolabiusz.
O Gerardzie z Cremony wiadomo, że wyrusza w podróż za Pireneje w poszukiwaniu Almagestu Ptolemeusza, kompendium starogreckiej wiedzy na temat matematyki i astronomii.
Anglik Daniel z Morley jest rozczarowany Paryżem. Dowiaduje się tam jednak, że jeśli chce poznać doctrina Arabum, arabską naukę i filozofię, powinien wybrać się do Toledo.
Przyzywają ich dobrze zaopatrzone biblioteki, wędrują tam, dokąd zaprowadzą ich książki. Niektórzy przyjeżdżają na chwilę, inni zostają na zawsze.
Nie są tłumaczami w dzisiejszym rozumieniu: to vagantes, włóczędzy, intelektualni nomadzi, którzy przekładają to, co interesuje ich samych.
Są uczestnikami wielkiej przygody, postaciami spoza normalnego porządku. W średniowiecznej wyobraźni już sama umiejętność czytania była magiczną mocą, a oni, co jeszcze bardziej podejrzane, obcują przecież z arabskimi rękopisami. O Gerbercie z Aurillac kronikarz z XIII wieku napisze, że „były mu posłuszne demony powietrza”. Dante umieści innego z toledańskich tłumaczy, Michała Szkota, w ósmym kręgu piekła zarezerwowanym między innymi dla wróżbitów i oszustów.
Drugi, co w żebra zapadłe ma boki,
Był to Skott Michał, astrolog głęboki,
Znał przy tym wszystkie czary i uroki.
Tłumacze są poniekąd sami sobie winni. Jako ludzi średniowiecza interesuje ich nie tylko Euklides i Ptolemeusz, ale też przepisy na talizmany, zaklęcia pozwalające pozbyć się z domu myszy, przewidywanie daty śmierci z układu gwiazd i geomancja. Na dodatek bywają aroganccy i wcale nie chcą się dzielić swoimi osiągnięciami. Przynajmniej na początku, bo z czasem będzie im coraz bardziej zależeć na upowszechnianiu rezultatów swojej pracy.
Ani tłumaczenia ksiąg, ani płynące z nich nauki nie powinny być dostępne dla „niegodnych ludzi i głupców”, a jedynie dla tych obdarzonych „najwyższą uczciwością i znajomością filozofii” - pisze Hugo z Santalli, jeden z ich pionierów.
W połowie XII wieku Toledo przyciąga do siebie większość z nich. O tym, że to najlepsze miejsce na bycie tłumaczem, zdecydowały dwie migracje: ludzi i biblioteki.
Migracja ludzi to wynik prześladowań, którym w Al-Andalus poddają Żydów i chrześcijan Almorawidzi, a potem Almohadzi. Niektórzy - jak kurtubańczyk Majmonides - uciekają dalej na południe (Maroko, Egipt), ale większość wybiera chrześcijańską północ. Intelektualiści osiedlają się zwykle w Toledo, bo nie ma drugiego tak światłego miasta na północ od Tagu, może poza Saragossą rządzoną przez mądrą rodzinę Banu Hud.
Ta traci jednak swoje włości, najpierw na rzecz Almorawidów, a później króla Aragonii, z którym wcześniej się sprzymierzyła. Resztki posiadłości Banu Hud wymieniają na ziemię w Toledo, dokąd na początku XII wieku przeprowadzają się wraz ze swoją biblioteką, bogatą w tomy o astronomii, astrologii i magii.
W Toledo, al-andaluzyjskiej stolicy astronomii, nie brakuje więc ani książek, ani ludzi znających arabski. Choć większość muzułmanów uciekła z miasta po tym, jak w XI wieku przejęli je chrześcijanie, można przypuszczać, że część elit została na miejscu. Na pewno są tu mozarabowie, którzy jeszcze w XIV wieku mają problemy z łaciną, o czym świadczą arabskie przypisy na marginesach tekstów liturgicznych. „Rdzenni” toledańscy chrześcijanie potrzebują pomocy, żeby połapać się we mszy po łacinie.
Arabski, hebrajski i romance toledańczyków spotykają się z łaciną zagranicznych przybyszy. Jeśli chcieć zobaczyć to poetycko, ruch tłumaczeń rodzi się więc z wielojęzycznego gwaru ulic Toledo. Można go widzieć i mniej lirycznie, jako formę kolonializmu. Wiedza też bywa rodzajem łupu.
Ale od początku.
To stół, a przy nim kilkoro ludzi. Ktoś czyta, ktoś słucha, jeszcze kto inny pisze. Tłumaczenie w dwunastowiecznym Toledo jest grą zespołową. Nie tylko doświadczeniem umysłowym, ale i cielesnym: stykające się łokcie, wymiana oddechów, wspólnie pochylające się nad tekstem głowy.
Słynni średniowieczni tłumacze z tak zwanej Szkoły Toledańskiej: Adelard z Bath, Alfred Anglik, Gerard z Cremony, Herman z Karyntii czy Jan z Toledo, nie znają arabskiego albo na bieżąco się go uczą. Choć tłumaczenia noszą ich imiona, za każdym stoi lokalny współpracownik lub cała wielojęzyczna grupa.
„Spróbowałem wcielić w życie twoje polecenie, panie, żeby przetłumaczyć księgę filozofa Awicenny o duszy… Oto ona, przetłumaczona z arabskiego, czego dokonałem ja, przekazując ją słowo po słowie w potocznym języku, podczas gdy archidiakon Dominicus [Gundissalinus, jeden z bardziej zasłużonych toledańskich tłumaczy] spisywał je po łacinie” - pisze we wstępie do Asz-Szifa, „Księgi uzdrowienia” Ibn Siny/Awicenny, Abraham ibn Daud, żydowski uczony i uchodźca z Kurtuby.
Tak to zwykle wygląda: ten, kto zna arabski, przekłada ustnie tekst na romański dialekt albo łacinę, jeśli przypadkiem ją zna, a mający za sobą łacińskie szkoły tłumacz spisuje go albo szlifuje po łacinie.
Czasami cielesność spotkania przybiera inne formy. Ramón Llull, filozof, mistyk i tłumacz sufickich dzieł Al-Ghazalego, arabskiego uczy się na Majorce od zakupionego specjalnie w tym celu niewolnika. Metoda jest skuteczna, ale spotkanie nie kończy się dobrze: uczeń bije nauczyciela, kiedy dowiaduje się, że ten miał bluźnić przeciwko Chrystusowi. Nauczyciel dźga w odwecie ucznia sztyletem, za co trafia do więzienia, gdzie odbiera sobie życie.
Większość toledańskich kooperacji ma jednak pokojowy przebieg. Także dlatego, że na tłumaczenia są tu pieniądze, czasem duże.
Toledańska katedra to pięcionawowy, gotycki gigant na szczycie wzgórza, najeżony pinaklami i kłujący niebo dziewięćdziesięciometrową wieżą ze szpicem. Wtedy, w XII wieku, jeszcze jej nie ma. Jest za to były Wielki Meczet. Zostanie zburzony w 1227 roku, na razie robi za katedrę. Tutejsza szkoła tłumaczy - w przeciwieństwie do bagdadzkiego Domu Mądrości - nie ma swojej siedziby, więc centrum dowodzenia znajduje się właśnie tu. Mecenasami przekładów są kolejni arcybiskupi, na czele ze „świętym patronem” tłumaczeń, arcybiskupem Rajmundem (1124-1152).
Kiedy około 1144 roku przybywa do Toledo Gerard z Cremony w poszukiwaniu Almagestu, zastaje w otoczeniu świątyni buzujący przemysł translatorski: zlecenia, zespoły, kontakty. Tonsury i habity z całej Europy.
Gerard zostanie tu aż do śmierci i będzie supergwiazdą wśród tłumaczy: przełoży na łacinę Almagest Ptolemeusza, medyczne traktaty Galena i Al-Kindiego, a także Kanon medyczny Ibn Siny/Awicenny, który do XVIII wieku będzie używany jako podręcznik na europejskich uniwersytetach.
Innym rozchwytywanym tłumaczem jest Michał Szkot, który na początku XIII wieku nie tylko studiuje w Toledo arabski i tłumaczy Ibn Ruszda/Awerroesa, przygląda się też tutejszym metodom tłumaczenia, które przeniesie później na kosmopolityczny i arabofilski dwór sycylijskiego króla Fryderyka II. Tam, oprócz dziewiętnastu prac z zakresu filozofii przyrody, przełoży również Analityki, Metafizykę i O duszy Arystotelesa.
Im akurat pracy nie zabraknie, chociaż z tłumaczenia - podobnie jak dziś - nie zawsze da się wyżyć. Żeby się utrzymać, tłumacze uczą dzieci możnych, pracują jako urzędnicy albo piastują funkcje w Kościele.
Zarobić na tłumaczeniach można na pewno u boku Piotra Czcigodnego, opata Cluny. Francuski duchowny nie czuje się chyba w Toledo szczególnie dobrze. Mierżą go islamskie - jak uważa - wpływy w tutejszych skryptoriach. Zwłaszcza „kawałki starych szmat albo nawet podlejszych rzeczy”112, jak pisze o papierze od początku XII wieku wytwarzanym w al-andaluzyjskiej Xativie, a nieznanym jeszcze na zachodzie Europy.
Piotr przyjechał tu ze szczególną misją: chce zlecić tłumaczenie tekstów związanych z islamem, w tym pierwsze łacińskie tłumaczenie Koranu.
Zakontraktowani przez niego Herman z Karyntii, Robert z Ketton i Piotr z Toledo mają też za zadanie przełożyć opowieść o życiu Mahometa, historię pierwszych kalifów i dziewięciowieczną Apologięal-Kindiego, czyli filozoficzną debatę między chrześcijaninem i muzułmaninem o wyższości islamu nad chrześcijaństwem i odwrotnie.
Celem „toledańskiej kolekcji”, jak zostają nazwane czcigodne tłumaczenia, jest ujawnienie błędów islamu. Piotr z Cluny przyjeżdża do Toledo tuż przed ogłoszeniem drugiej krucjaty w 1145 roku, pół wieku po tym, jak papież Urban II apelował na synodzie w Clermont: „zwracam się z pokorną prośbą… abyście wy, głosiciele Chrystusowi… wypędzili z granic chrześcijańskiego świata ludzi tego niecnego rodzaju… Wszystkim idącym tam, w wypadku ich zgonu na lądzie czy na morzu lub w boju z poganami, od tej chwili odpuszczone będą grzechy. (…) Niech zatem idący [do Ziemi Świętej] nie zwlekają, ale, powierzywszy swoje dobra [w godne ręce] i zebrawszy środki na koszty podróży, z końcem zimy, w najbliższą wiosnę, niech z Bogiem żywo wyruszą w drogę”.
Piotr z Cluny ma inny pomysł: krucjatę miłości.
„Atakuję was, nie jak wielu spośród nas z użyciem broni, ale słowami; nie siłą, ale rozumem; nie w nienawiści, ale w miłości” - wyjaśnia. „Kocham was, a kochając was, piszę do was; pisząc do was, zapraszam was do zbawienia”.
Tak jak wyprawy krzyżowe oprócz rozlewu krwi paradoksalnie doprowadzą też do wzmocnienia wymiany kulturowej między Europą i Bliskim Wschodem, tak i w Piotrową krucjatę wpada okruch sympatii do islamu. Pierwsi tłumacze Apologii Al-Kindiego zostawiają w niej zdanie, z którego wynika, że to jednak islam ma przewagę nad chrześcijaństwem. To ostatnie to religia, która pozwala cieszyć się przyszłym życiem, a islam - informuje sentencja - także obecnym. Zdanie znika dopiero z późniejszych wersji księgi.
Nie, toledańscy tłumacze nie są islamofilami. Na pewno mają jednak mniej uprzedzeń niż ich współcześni. Choćby dlatego, że tłumaczą z arabskiego nie tylko filozofów, którzy żyli kilkanaście wieków wcześniej, ale i tych, którzy dzielą z nimi świat tu i teraz. Ślęcząc nad komentarzami Ibn Ruszda/Awerroesa, Platon z Tivoli, Jan z Salisbury, Daniel z Morley czy Hermannus Alemannus muszą od czasu do czasu zdać sobie sprawę z tego, że mentalna granica nie przebiega wcale na linii islam-chrześcijaństwo-judaizm. Raczej gdzieś w poprzek, pomiędzy tymi, którzy wierzą w rozum, i tymi, którzy woleliby zamknąć go w klatce.
Albo spalić na stosie - tak jak książki Ibn Ruszda w 1195 roku, kiedy trybunał w Kurtubie potępia jego nauki i skazuje na wygnanie z miasta. Nie wiadomo, co rozjusza emira i ulemów bardziej. Pogląd, że „święte prawo zmusza nas do obserwacji natury za pomocą rozumu (…), wynika to jasno z różnych wersetów Koranu”? Czy może ten, że „nasze społeczeństwo nie pozwala na rozwój talentów kobietom… Z tego bierze się niedola, która przenika nasze miasta”?.
Tak kurtubańczyk Ibn Ruszd/Awerroes, jak i jego krajan Mosze ben Majmon - Majmonides, nie mówiąc o bagdadczyku Al-Kindim, to bratnie dusze zachodnioeuropejskich uczonych. Są pionierami w myśleniu o tym, jak pogodzić rozum z wiarą, filozofię z teologią. Stawiają pytania jako pierwsi, bo jako pierwsi mają dostęp do kanonu greckiej filozofii. To oni uczą innych Europejczyków, jak czytać starożytnych Greków, udostępniając im ich dzieła. Najambitniejsi adepci astronomii czytają co prawda trudny Almagest Ptolemeusza, a szczególnie pracowici filozofowie mierzą się z hermetycznymi dziełami Arystotelesa, zdecydowana większość wybiera jednak ich przystępne opracowania: Elementy astronomii Al-Farghaniego i Księgę uzdrowienia Ibn Siny/Awicenny.
Średniowieczni naukowcy i tłumacze mają świadomość tego długu. „Wypada nam naśladować Arabów, bo są naszymi nauczycielami i prekursorami” - pisze Hugo z Santalli, pionier toledańskich tłumaczy.
Nie chodzi w końcu - jak mogłoby się dziś wydawać - o odgrzebywanie bezzębnych klasyków. To, co upowszechnia się w Europie za sprawą tłumaczeń, to praktyczna, pilnie potrzebna wiedza z zakresu astronomii, medycyny i matematyki. Algebry, loga- i algorytmy, zera i zenity. Ale także radykalny intelektualny ruch, który jak nóż rozcina świat sennego monoteizmu.
Majmonides i Awerroes z powodu swoich poglądów muszą uciekać z Kurtuby. Na początku XIII wieku decyzją synodu w Sens na paryskim uniwersytecie wchodzi zakaz czytania - nawet prywatnie - Arystotelesa, Ibn Sinny i Ibn Ruszda. Wcześniej władze kościelne ograniczają możliwość wykładania Piotrowi Abelardowi, który przyznaje, że zdolność posługiwania się rozumem, przeciwstawioną posłuszeństwu autorytetom, zawdzięcza Arabom. W niemałych bólach rodzi się nowożytna Europa.
To wszystko wykuwa się tutaj, w toledańskich skryptoriach. Wykuje się też w nich przyszła Hiszpania, kiedy jeden z królów Kastylii, który doczeka się później przydomka „Mądry”, wykona rewolucyjny w swej prostocie gest i odetnie z łańcucha tłumaczeń łacinę. Na jej suchej glebie zdążyły już wyrosnąć pędy nowego języka, nazywanego tu po prostu lingua toletana, który stanie się językiem przyszłego imperium, a także mostem łączącym większość jego mieszkańców. Alfons X to pierwszy władca, który uwierzy w siłę języków wernakularnych i uczyni kastylijski i galicyjsko-portugalski językami państwa i literatury. Do najwcześniejszych przetłumaczonych na jego zlecenie ksiąg należy Kalila i Dimna - popularny na Bliskim Wschodzie zbiór baśni i przypowieści.
Ale na razie jesteśmy jeszcze wśród dwunasto- i trzynastowiecznych łacinników, którzy odnajdują właśnie nowy sens istnienia. W niebyt odchodzą cuda, tajemnice, lęk. Na scenę wkracza Rozum. Ludzka sprawczość i upodmiotowienie stają się nową religią i źródłem euforii, radosny duch racjonalności dostrzega jej ślady w każdej sferze.
Obcowanie z Arystotelesem, Awicenną i Awerroesem przemeblowuje świat i przeciera drogę renesansowi. Potem to arabskie ogniwo zostanie wymazane z pamięci. O „Arabach” będzie się pamiętać najwyżej jako o „pasie transmisyjnym” albo „magazynierach”, którzy przechowali dla nas dzieła starożytnych. Dzieła nasze, helleńskie - choć czysto „ariańską” wizję dziedzictwa Greków podał w wątpliwość Martin Bernal w głośnej pracy Black Athena, w której wskazywał na afroazjatyckie korzenie greckiego świata.
Pisze tam: „Nie do przyjęcia stało się nagle mieszanie ras, koniecznym warunkiem żywotności i kreatywności każdej cywilizacji stała się bowiem właśnie czystość rasowa. Dlatego też starożytni Grecy - którzy dla romantyków byli nie tylko reprezentantami Europy, ale i jej kolebką - nie mogli już więcej występować w historiozofii europejskiej jako mieszanka tubylczych ludów kontynentalnych z kolonistami afrykańskimi i semickimi (jak to było w rzeczywistości). (…) Wpływy fenickie na kulturę i cywilizację grecką zakwestionowano pod koniec XIX wieku, co miało związek z rozwojem rasizmu i antysemityzmu. Ostatecznie przestano o nich wspominać w okresie międzywojennym XX wieku”.
Zostały wymazane, podobnie jak nazwiska toledańskich tłumaczy-pośredników: Żydów, mozarabów i muzułmanów, którzy pracowali z Gerardem z Cremony, Michałem Szkotem, Adelardem z Bath, Hermanem z Karyntii i całą resztą translatorskiego plemienia.
Zachowało się tylko kilka imion, które można wyczytać z listów albo przypisów. Wśród nich:
- mozarab Ghalib albo Gallipus,
- Żyd Abuteus,
- Żyd Petrus Toletanus,
- muzułmanin Muhammad.
Cervantesowski morysek wciąż się śmieje.
Co go śmieszy? Może to, że na statku, który wypływa 3 sierpnia 1492 roku z portu w Palos, pół roku po zdobyciu przez Hiszpanię ostatniego islamskiego emiratu Granady i dzień po wygnaniu Żydów, jest Luis de Torres, arabskojęzyczny Żyd. Ma być tłumaczem Krzysztofa Kolumba w Nowym Świecie, który - jak zakłada Kolumb - mówi właśnie w tym, wciąż najbardziej uniwersalnym, języku.
Albo to miasto, serce katolickiej Hiszpanii, w którym synagogi przypominają meczety i jeszcze do niedawna były kościołami, gdzie kościoły mają arabskie napisy i podkowiaste łuki, meczety noszą imię „Chrystusa Światła”, a synagogi - „Białej Świętej Marii”. Gdzie formy wydają się ponaginane do treści i nawet apostoł święty Jakub Młodszy namalowany przez El Greca ma na środku czoła ciemniejszą plamkę, jak bogobojny muzułmanin. Miasto, które jednocześnie robi wszystko, a przynajmniej wiele, żeby nie wydawać się niczym więcej niż odwieczną, jednowymiarową Hiszpanią bez drugiego dna.

 

Lajla znaczy noc, Aleksandra Lipczak
Wyd. Karakter, 2020