austerlitz w.g.sebaldAle teraz pisanie przychodziło mi tak ciężko, że często cały dzień ślęczałem nad jednym zdaniem, ledwo zaś takie z najwyższym trudem wymyślone zdanie zapisałem, moje wywody okazywały się żałośnie nieprawdziwe, a użyte słowa nieadekwatne. Jeżeli mimo to dzięki jakiejś autoiluzji niekiedy udało mi się odrobić dzienne pensum, zawsze nazajutrz rano, gdy rzuciłem okiem na kartkę, wyzierały ku mnie najgorsze błędy, niedorzeczności i uchybienia. To, co zdołałem napisać, obojętne, ile tego było, przy ponownej lekturze wydawało mi się zawsze tak niewydarzone, że musiałem natychmiast wszystko zniszczyć i zaczynać od początku. Wkrótce nie mogłem się już zdobyć nawet na pierwszy krok. Jak akrobata na linie, który nagle nie wie, jak postawić stopę przed stopą, czułem już tylko, że się chwieję, i ze zgrozą uświadamiałem sobie, że migające u skraju pola widzenia końce drążka nie są już dla mnie punktami orientacyjnymi, ale niedobrą pokusą, by runąć w otchłań. Od czasu do czasu zdarzało się jeszcze, że w moim umyśle zarysował się jasno i wyraźnie jakiś tok myślowy, ale gdy się to zdarzało, wiedziałem od razu, że nie zdołam go utrwalić, bo gdy tylko chwytałem za ołówek, język, na którego nieskończone środki zawsze przedtem mogłem się ufnie zdać, kurczył się i był już tylko zbiorem niestrawnych frazesów. Ani jednego zwrotu, który nie okazałby się żałosną protezą, ani jednego słowa, które nie brzmiałoby pusto i kłamliwie.


I w tym haniebnym stanie ducha przesiadywałem godzinami i dniami, wpatrując się w ścianę, zadręczałem się i stopniowo pojmowałem, jakie to straszne, gdy nawet najbłahsze zadanie albo czynność, na przykład umieszczenie jakichś rzeczy w szufladzie, jest ponad nasze siły. Tak jak gdyby jakaś od dawna trawiąca mnie choroba parła do wybuchu, jak gdyby zagnieździło się we mnie coś ociężałego i uporczywego, co stopniowo sparaliżuje wszystko. Za kośćmi czoła czułem już paskudne otępienie, które poprzedza rozpad osobowości, zdawało mi się, że naprawdę pozbawiony jestem pamięci i władzy myślenia, że w ogóle nie istnieję, że przez całe życie nic tylko gasłem i odwracałem się od świata i od samego siebie. Gdyby wtedy ktoś przyszedł zabrać mnie na miejsce egzekucji, pozwoliłbym spokojnie wszystko ze sobą zrobić, bez słowa, nie otwierając oczu, jak ludzie poważnie dotknięci chorobą morską, którzy płynąc parowcem, powiedzmy, po Morzu Kaspijskim, nie stawiają oporu, jeśli zakomunikować im, że zaraz zostaną wyrzuceni za burtę. W każdym razie – mówił Austerlitz – uczucie paniki, ogarniające mnie, ilekroć utykałem na progu zdania, nie wiedząc, jak mam je zacząć, jak w ogóle można zacząć jakiekolwiek zdanie, rozciągnęło się wkrótce na samą w sobie prostszą czynność czytania, tak że próba przebiegnięcia wzrokiem jednej strony w całości wtrącała mnie bez ratunku w stan najwyższego zamętu. Jeśliby porównać język do starego miasta, z plątaniną uliczek i placów, z dzielnicami sięgającymi daleko w głąb czasu, z kwartałami wyburzonymi, zmodernizowanymi i nowo zbudowanymi, i z coraz dalej rozprzestrzeniającymi się peryferiami, to ja sam przypominałem człowieka, który wskutek długiej nieobecności nie orientuje się już w tej aglomeracji, nie wie, do czego służy przystanek, czym jest podwórze, skrzyżowanie, bulwar albo most. Cała struktura języka, syntaktyczny układ poszczególnych części, interpunkcja, spójniki, a wreszcie i nazwy zwykłych rzeczy – wszystko spowijała nieprzejrzysta mgła. Również, a nawet zwłaszcza to, co sam kiedyś napisałem, było dla mnie już niezrozumiałe. Stale nawiedzała mnie myśl, że to czy inne zdanie jest tylko pozornie czymś sensownym, a naprawdę co najwyżej jakąś protezą, wykwitem naszej ignorancji, nieporadnym organem, którym, jak niektóre rośliny i zwierzęta morskie swoimi antenami, na ślepo wymacujemy otaczającą nas ciemność. Właśnie to, co skądinąd może wywoływać wrażenie dobrze użytej inteligencji, trafne sformułowanie idei dzięki pewnej sprawności stylistycznej, wydawało mi się działaniem kompletnie arbitralnym albo złudnym. Nic mi się już nie wiązało w spójną całość, zdania rozpadały się na pojedyncze słowa, słowa były już tylko dowolnymi zestawami liter, litery ułomnymi znakami, a znaki szarą, tu i ówdzie srebrzącą się, smużką wydzieliny, pozostawioną przez jakieś pełzające stworzenie, której widok budził we mnie coraz bardziej przemożne uczucie zgrozy i wstydu. Pewnego wieczoru – mówił Austerlitz – zebrałem swoje papiery, jak szło, luźne i spięte kartki, notatniki, bruliony, skoroszyty i skrypty wykładów, wszystko, co wyszło spod mojej ręki, wyniosłem z domu, cisnąłem na kupę kompostową w dolnym rogu ogrodu oraz przywaliłem warstwą zwiędłych liści i paroma łopatami ziemi. Wprawdzie przez kilka tygodni potem, gdy wysprzątałem pokoje i na nowo pomalowałem podłogi i ściany, czułem ulgę, jakbym pozbył się ciężaru swego życia, ale dostrzegałem już, jak zbierają się nade mną cienie. Zwłaszcza w porze zmierzchu, którą zawsze najbardziej lubiłem, nachodził mnie zrazu niewyraźny, potem coraz bardziej dojmujący lęk, skutkiem czego piękna gra blednących kolorów obracała się w złowrogą, stęchłą szarzyznę, serce kurczyło mi się w piersi do jednej czwartej swojej naturalnej wielkości, a w głowie tłukła mi się już tylko jedna jedyna myśl, że muszę z podestu na trzecim piętrze pewnego określonego domu przy Great Portland Street, gdzie kiedyś przed laty po wizycie u lekarza doznałem dziwnego przypływu słabości, rzucić się przez poręcz schodów w ciemną otchłań. Odwiedzić któregoś z i tak nielicznych znajomych albo jakoś zwyczajnie iść między ludzi było dla mnie wtedy niepodobieństwem. Grozą przejmowała mnie możliwość – mówił Austerlitz – że miałbym słuchać, co ktoś mówi, albo co gorsza samemu mówić, i gdy tak to się rozwijało, zacząłem powoli pojmować, jak bardzo jestem i byłem zawsze samotny, zarówno wśród Walijczyków, jak wśród Anglików i Francuzów. Nigdy nie myślałem o swoim prawdziwym pochodzeniu. Nigdy też nie czułem się przynależny do żadnej klasy, zawodu czy wyznania. W otoczeniu artystów i intelektualistów czułem się tak samo nieswojo jak w sferach mieszczańskich, a od dawna też nie mogłem się zdobyć na zadzierzgnięcie jakiejś osobistej przyjaźni. Zaledwie kogoś poznawałem, już mi się zdawało, że zanadto się spoufalam, zaledwie ktoś się do mnie zbliżył, zaczynałem się odsuwać. Na koniec moje stosunki z ludźmi sprowadzały się już w ogóle tylko do pewnych, z mojej strony najskrupulatniej przestrzeganych form grzecznościowych, które, jak to dziś wiem – mówił Austerlitz – nie miały związku z tym czy innym człowiekiem, lecz raczej chroniły mnie przed zrozumieniem, że zawsze, odkąd sięgam pamięcią, znajdowałem się w stanie bezsprzecznej rozpaczy. W owym czasie, po dokonaniu dzieła zniszczenia w ogrodzie i uprzątnięciu domu, zacząłem również, aby ujść nękającej mnie coraz bardziej bezsenności, odbywać nocne wędrówki po Londynie. Przez ponad rok chyba – mówił Austerlitz – gdy zapadał zmierzch, wychodziłem z domu i szedłem przed siebie, przez Mile End i Bow Road, mijając Stratford, aż do Chigwell i Romford, przecinając Bethnal Green i Canonbury, przez Holloway i Kentish Town, aż na łąki Hampstead, na południe przez rzekę do Peckham i Dulwich albo na zachód do Richmond Park. Rzeczywiście w ciągu jednej nocy można pieszo przemierzyć to ogromne miasto niemal z jednego krańca na drugi – mówił Austerlitz – a gdy się człowiek przyzwyczai do samotnych wędrówek i spotyka na swojej drodze tylko pojedyncze nocne widma, to niebawem dziwi się, że wszędzie w tych niezliczonych domach, w Greenwich, w Bayswater czy w Kensington, londyńczycy bez względu na wiek, widocznie na mocy dawno zawartej umowy, spoczywają w łóżkach, przykryci i, jak zapewne sądzą, bezpieczni pod osłoną dachu, podczas gdy naprawdę leżą powaleni, z twarzą w przerażeniu zwróconą ku ziemi, jak kiedyś na postojach w drodze przez pustynię. W tych wędrówkach docierałem do najdalszych dzielnic, na przedpola metropolii, dokąd w zwykłych okolicznościach nigdy bym nie trafił, a gdy dniało, wracałem kolejką podziemną do Whitechapel, razem ze wszystkimi nieszczęśnikami, którzy o tej porze napływają z przedmieść do centrum. Na stacjach niejednokrotnie zdawało mi się, że wśród ludzi mijanych na wykafelkowanych korytarzach, jadących ruchomymi schodami w górę, podczas gdy ja jechałem w dół, albo dostrzeżonych za szarymi szybami ruszającego pociągu, rozpoznaję jakąś znajomą mi z dawnych czasów twarz. Te znajome twarze miały zawsze coś, co różniło je od innych, coś zamazanego, powiedziałbym, i czasem całymi dniami prześladowały mnie i niepokoiły. Zacząłem wtedy, przeważnie po powrocie z nocnej wyprawy, dostrzegać jakby przez dymną zasłonę kolory i kształty o niejako zmniejszonej cielesności, obrazy z zagasłego świata, eskadrę żaglowców, która z rozświetlonego o zachodzie ujścia Tamizy wypływa w zalegający nad morzem cień, konną dorożkę w Spitalfields ze stangretem w cylindrze na głowie, kobietę w kostiumie z lat trzydziestych, która mijając mnie opuszczała wzrok. Takie halucynacje zdarzały mi się w momentach szczególnej słabości, kiedy sądziłem, że dłużej już nie wytrzymam. Czasem zdawało mi się w takich chwilach, że łoskot miasta dookoła zamiera, że samochody suną bezgłośnie po jezdni albo że ktoś pociągnął mnie za rękaw. I słyszałem – mówił Austerlitz – jak za moimi plecami mówią o mnie w jakimś obcym języku, myślałem sobie, że to może litewski, węgierski, w każdym razie coś bardzo cudzoziemskiego. Na stacji Liverpool Street, dokąd w tych wędrówkach zawsze mnie nieodparcie ciągnęło, miałem wiele takich przeżyć. Ten dworzec, którego główny trakt biegnie od piętnastu do dwudziestu stóp pod poziomem ulicy, był przed rozpoczętą pod koniec lat osiemdziesiątych przebudową jednym z najbardziej ponurych i niesamowitych miejsc londyńskich, czymś w rodzaju wejścia do podziemnego świata, jak wielokrotnie zauważano.

Szuter między torami, spękane podkłady, ceglane mury, kamienne podmurówki, gzymsy i szyby wysokich okien, drewniane budki kontrolerów, wysokie żelazne filary o kapitelach z palmetowym ornamentem – wszystko to w ciągu stulecia pokrył czarny lepki osad, powstały z koksowego pyłu, sadzy, pary, siarki i oleju napędowego. Nawet w słoneczne dni przez szklany halowy dach przenikała tylko rozproszona szarość, zaledwie rozjaśniona blaskiem kulistych lamp, i w tym wiecznym mroku, wypełnionym stłumioną wrzawą głosów, monotonnym szurgotem i tupotaniem, poruszały się tłumy wsiadających i wysiadających, ludzkie strumienie, które zbiegały się i rozbiegały, a przy barierkach i w ciasnych przejściach spiętrzały jak woda u zapory. Ilekroć w drodze powrotnej na East End wysiadałem przy Liverpool Street, zatrzymywałem się tam przynajmniej na godzinę czy dwie, siedziałem na ławce razem z innymi, zmęczonymi już wczesnym rankiem podróżnymi i bezdomnymi albo stałem gdzieś oparty o poręcz i czułem dziwny ucisk wewnątrz, coś w rodzaju bólu serca, którego przyczyną, jak zaczynałem się domyślać, była ssąca siła minionego czasu. Wiedziałem, że na terenie, gdzie zbudowano dworzec, dawno, dawno temu rozciągały się, dochodząc aż do murów miasta, bagniste łąki, które w czasie zim tak zwanej małej epoki lodowej zamarzały na całe miesiące i na których londyńczycy, z kościanymi płozami umocowanymi do podeszew butów, ślizgali się, jak antwerpczycy na Skaldzie, niekiedy aż do północy, w blasku szczap płonących w rozstawionych tu i ówdzie misach. Potem stopniowo na mokradłach przeprowadzono melioracje, posadzono wiązy, urządzono ogródki warzywne, założono stawy rybne i wytyczono wysypane białym piaskiem ścieżki, po których mieszczanie mogli spacerować w wolne wieczory, a niebawem zbudowano też pawilony i wiejskie domki, sięgające aż po Forest Park i Arden. Na miejscu dzisiejszej osi dworca i Great Eastern Hotel – opowiadał dalej Austerlitz – aż do XVII wieku stał klasztor zakonu św. Marii Betlejemskiej, który niejaki Simon Fitz-Mary, cudownym sposobem ocalony z rąk Saracenów w czasie wyprawy krzyżowej, ufundował po szczęśliwym powrocie, ażeby pobożni bracia i siostry modlili się tu o zbawienie duszy kolatora, jego przodków, potomków i krewnych. Poza siedzibą przy Bishopsgate do klasztoru należał też znany w historii pod nazwą Bedlam szpital dla osób zaburzonych umysłowo albo inaczej dotkniętych przez los. Przesiadując na dworcu – mówił Austerlitz – czułem za każdym razem niemal przymus, by wyobrażać sobie, gdzie w tej przestrzeni, poprzegradzanej potem innymi murami, a teraz znowu zmieniającej postać, znajdowały się izby pacjentów azylu, i często zadawałem sobie pytanie, czy nagromadzone tam przez stulecia cierpienie i ból naprawdę przeminęły, czy nie natykamy się na nie jeszcze dziś, krążąc po korytarzach i schodach, a w każdym razie czasem, gdy chłodny powiew muskał mi czoło, takie właśnie miałem poczucie. Wyobrażałem sobie też, że widzę łąki na zachód od Bedlam, gdzie bielono płótno, widzę białe płachty rozpostarte na zielonej trawie i małe figurki tkaczy i praczek, a w głębi teren, gdzie chowano zmarłych, odkąd cmentarze londyńskie nie mogły ich już pomieścić. Umarli, tak samo jak żywi, gdy robi im się za ciasno, ciągną gdzieś dalej, w nie tak gęsto zasiedloną okolicę, gdzie mogą spoczywać w należytych odstępach jeden od drugiego. Ale dochodzą wciąż nowi, niekończącym się pochodem, i na ostatku, gdy wszystko jest zajęte, żeby ich pochować, trzeba kopać groby na grobach, aż wszędzie wokół szkielety leżą na krzyż, jedne w poprzek drugich. Tam, gdzie kiedyś był cmentarz i bielarnia, na miejscu zbudowanej w 1865 roku Broad Street Station, przy wykopaliskach podjętych w ramach prac rozbiórkowych pod postojem taksówek, wydobyto ponad czterysta szkieletów. Często wtedy tam zachodziłem – mówił Austerlitz – poniekąd z racji swoich zainteresowań historią budownictwa, poniekąd z innych, niepojętych dla mnie powodów, fotografowałem szczątki zmarłych i przypominam sobie, jak jeden z archeologów, z którym wdałem się w rozmowę, powiedział mi, że w każdym metrze sześciennym usuwanego z wykopu rumowiska znaleźć można kości przeciętnie ośmiu ludzi.

Na podłożu ziemi wymieszanej z prochami i kośćmi pogrzebanych tu ciał wyrosło w ciągu XVII i XVIII wieku całe miasto z coraz bardziej zawiłą plątaniną cuchnących zaułków i domów, sklecone z desek, gliny i wszystkiego, co akurat było pod ręką, dla najpośledniejszej ludności Londynu. W latach 1860–‒1870, nim rozpoczęto budowę obu północno-wschodnich dworców, te dzielnice nędzy gwałtem zburzono, zryto i poruszono z miejsca kolosalne masy ziemi wraz z tymi, którzy byli w niej pochowani, ażeby trakcję kolejową, która na sporządzonych przez inżynierów planach wyglądała jak wiązki mięśni i nerwów w atlasie anatomicznym, podciągnąć aż do obrzeży City. Przedpole Bishopsgate zmieniło się niebawem w jedno wielkie szarobure mokradło, ziemię niczyją, na której nie uświadczyłoby się już żywej duszy. Strumień Well, rowy melioracyjne i stawy, derkacze, bekasy i czaple, wiązy i morwy, zwierzyniec Paula Pindara, chorzy umysłowo z Bedlam i nędzarze z Angel Alley, Peter Street, Sweet Apple Court i Swan Yard – wszystko to znikło, a dzisiaj znikły też te milionowe hordy ludzkie, które dzień w dzień przez całe stulecie przewalały się przez stacje Broadgate i Liverpool Street. Ale dla mnie – mówił Austerlitz – wyglądało to wtedy tak, jak gdyby zmarli powracali z niebytu i wypełniali otaczający mnie półmrok swoją dziwnie powolną, niestrudzoną krzątaniną. Przypominam sobie na przykład, że kiedyś, w cichy niedzielny poranek, siedziałem na ławce na wyjątkowo ponurym peronie, na który wjeżdżały pociągi z portu Harwich, i długo przyglądałem się człowiekowi, który do wytartego uniformu kolejarza nosił śnieżnobiały turban i to tu, to tam zgarniał miotłą jakieś śmieci z podłogi.

Austerlitz, W.G. Sebald
Wydawnictwo: Ossolineum, 2008