
I po to wszystkie obowiązki względem przestrzeni
i po fajrancie niepewność puszczać na najwyższe obroty
żeby tak skończyć? Świt mnie dopadł nad ranem,
letnie noce są obrzydliwie krótkie i nie zdołałem
z powrotem nabrać pewności. Mogę patrzeć przez okno:
miasto jak miasto. Ruiny jeszcze trzymają się nieźle,
wiesz, o co mi chodzi. Trzymam wciąż pod łóżkiem
te pyłki, drobiny, gdzie białe, a gdzie czerwone pudełko
i przekładam ciągle świetlną smużkę. Ale kłamał lektor
reklamując swoje usługi: nie nauczymy się tego języka.
Nie w sześć tygodni, znów jesteśmy w plecy jedną próbę
porozumienia, już pal diabli tę krew i czystą białą ranę.
Co ja teraz zrobię w nieoswojonym ubraniu, zgiełku,
obcierających butach? Z tymi brzęczącymi w kieszeni
niepasującymi kluczami? Świt mnie dopadł nad ranem.
W którymś pudełku trzymam ciągle niepotrzebne światło.
Krzysztof Joniak
30.08.2016
