Już za młodu  chodzi  człowiek  za  ładnymi  ciałami  i  jeśli  go  tylko  dobrze  przewodnik  prowadzi, kocha jedno z tych ciał i tam płodzi myśli piękne; niedługo jednak spostrzega, że piękność jakiegokolwiek ciała i piękność innych ciał,  to  niby  siostry  rodzone,  i  że  jeśli  ma  gonić  za istotą piękną, to musi dobrze oczy otworzyć i widzieć, że we wszystkich ciałach jedna i ta sama  piękność  tkwi.  A  kiedy  to  zobaczy,  zaczyna  wszystkie  piękne  ciała  kochać;  tamten gwałtowny żar ku jednemu ciału przygasać w nim zaczyna, wydaje mu się lichy i mały. A potem więcej zaczyna cenić piękność ukrytą w duszach niż tę, która w ciele mieszka; toteż jeśli w kim duszę zdrową znajdzie, choćby nawet jej ciało nieszczególnie kwitło, wystarcza mu  to,  i  kochać  zaczyna,  i  troszczy  się,  i  znowu  takie  myśli  płodzi,  i  szuka,  kto  by  też młodego  człowieka  rozwinąć  potrafił;  z  czasem  musi  zobaczyć  piękno  ukryte  w  czynach  i prawach i znowu pozna, że i ono w każdym jest jedno i to samo. Wtedy mu się piękno ciał zacznie wydawać czymś małym i znikomym. Od czynów przejdzie do nauk, a kiedy całą ich piękność zobaczy, kiedy na takie skarby piękna spojrzy, nie będzie już niewolniczo wisiał u jednostkowej  formy  jego,  nie  będzie  ślepo  kochał  piękności  jednego  tylko  chłopaka  albo człowieka jednego, albo dążenia; nie, on na pełne morze piękna już wpłynął i kiedy się na nim  rozglądnie,  płodzić  zacznie  słowa  i  myśli  wielkie  i  wspaniałe,  gnany  nienasyconym dążeniem do prawdy; aż kiedy sił w tej pracy nabierze i hartu, jedyna mu się wiedza ukaże, która naprawdę mówi o tym, co piękne.


Uczta, Platon