Frank BrangwynKocioł polityczny naszych czasów jest dziwnie niespokojny. Co chwila podnosi się na nim pokrywa, z pod której wydobywają się gęste, złowróżbne kłęby pary. Z wielkich środowisk życia, stamtąd, gdzie wiążą się skrzyżowane nici interesów wszechświatowych, nieustannie biegną po drutach telegraficznych wiadomości, podniecające niepokój powszechny.


Nie jest to już zwykła febra przedwiosenna, której paroksyzmom od niepamiętnych czasów ulegają politycy kawiarniani. Skroś powikłaną plątaninę rewelacyi dziennikarskich, inspirowanych i nie inspirowanych, przebija się coś więcej, niż gra wyobraźni, stwarzającej widmo wojny europejskiej. Z poza manewrów giełdowych, obliczonych na spekulacyę, ukazują także oblicze swoje porachunki, które nic wspólnego ze spekulacyą nie mają. Na świecie całym rodzi się przekonanie, że zegar dziejowy dobiega godziny, która przyniesie rozwiązanie najdonioślejszych zagadnień, nabrzmiałych oddawna, jak wrzody, do przecięcia.


Takimi wrzodami okryła jest przedewszystkiem Europa, chora na „złą przemianę materyi”. Ale, jak człowiek chory niełatwo decyduje się na operacyę, uczuwa lęk przed ostrym lancetem chirurga i obawia się, żeby cięcie nie było zbyt głębokie i zbyt bolesne, podobnie i mocarstwa współczesne nie mogą zdecydować się na tak ciężki i niepewny w wynikach zabieg chirurgiczny, jakim jest wojna - najstraszniejszy wyraz w słowniku ludzkości cywilizowanej.


Radzą więc zgromadzeni dokoła chorego lekarze - dyplomaci i usiłują rozpędzić wrzody za pomocą plastrów i frykcyi. Ale po każdorazowem przyłożeniu takiego plastra, po każdorazowej doraźnej frykcyi staje się to, co się zawsze stać musi - ropa ucieka w wewnątrz, aby po niejakim czasie nowy wrzód uformować. W końcu więc przyjść musi chwila, w której nie będzie wyboru innego nad operacyę, albo powolną śmierć zakażonego organizmu.


Na śmierć taką godzić się mogą rządy, które myślą tylko o teraźniejszości i o swojej władzy w granicach tej teraźniejszości, ale nie zgodzą się na nią ludy, posiadające zdolność biologiczną do trwania, obliczonego jeszcze na stulecia.


Głos tych ludów, prędzej czy później, zaważyć musi na szali i stanie się czynnikiem rozstrzygającym.


Wojny ludy nie chcą. Przeciwnie, chcą jak najtrwalszych jak najdłuższych błogosławieństw pokoju, umożliwiającego wytężoną pracę gospodarczą i kulturalną, niezbędną do zapewnienia sobie istnienia na przyszłość. Ale ten pokój nie może być „pokojem zbrojnym”.


Stara zasada: si vis pacem, para bellum zaczyna w opinii ludów bankrutować. Trzymają się jej dotychczas rządy i zaciskają coraz silniej dławiącą śrubę podatków „na zbrojenia“. Zbliża się jednak dzień, kiedy ta śruba prysnąć musi, bo stan ekonomiczny wielu państw już dzisiaj z trudem wytrzymuje dławiący jej nacisk. A wówczas „chora Europa“ zdecyduje się nawet za cenę wojny kupić sobie prawdziwy pokój, który jedynie może ją uchronić od moralnego i materyalnego bankructwa.


Wyobraźnia ludzka wyprzedza zazwyczaj rzeczywistość. Rysuje ona często zgoła nieprawdopodobne obrazy i nasyca swój dzisiejszy głód prawa i sprawiedliwości rajskiem marzeniem o szczęśliwości jutra. Trzeźwa myśl polityczna tak daleko iść nie może. Musi ona zatrzymać się u granic rzeczywistości. Niepodobna jednak, aby polityk naszych czasów nie uznał za objaw znamienny tych napół fantastycznych, napół realnych wróżb i przywidzeń, od jakich roi się prasa całej Europy.


Takiego ruchu myśli w kierunku przebudowania Europy, zmiany granic politycznych, uporządkowania kwestyi narodowościowych, rozstrzygnięcia sporów o przewagę na Bałtyku, na morzu Śródziemnem, w Azyi Mniejszej, gdzie coraz jaskrawiej krzyżują się interesy Rosyi i Niemiec, takiego wreszcie jednogłośnego sarkania na Niemcy, jako na „twierdzę reakcyi“, która wstrzymuje rozwój wolnej myśli politycznej w całej Europie - nie było oddawna.


Ta obfita literatura, aczkolwiek nie można jej nazwać ściśle polityczną, jest jednak niezawodnym wykładnikiem usposobień i nastrojów powszechnych.


Niema dymu bez ognia. Pod pokrywą istniejącego stanu rzeczy i pozornej zgody z tem, co jest, tlą się iskry. Pod osłoną codziennego krzątania się dokoła spraw materyalnych rozprostowuje skrzydła coraz wyraźniejsza tęsknota do zmiany. Głód ideału staje się głodem nie państw, ale ludów.


W Europie, jak w pokoju chorego, trzeba otworzyć okna, trzeba wpuścić do jej salonów i zakamarków prąd świeżego powietrza.


Są kraje, w których okna te działają sprawnie i z łatwością dadzą się uchylić.


Gdzieindziej ramy tak wrosły w mur, że gdy przyjdzie chwila stanowcza i ludom zbraknie tlenu do oddychania, trzeba będzie wybić szyby uderzeniem pięści. Przezorna też polityka, chcąc uniknąć tej ostateczności, będzie zapewne wolała, aby szyby te pękły od detonacyi, wywołanej strzałami armat.


W takim momencie wojna stanie się koniecznością. A że konieczność ta nie jest od nas odległa, to wyczuć i zrozumieć nie trudno. Niespokojne tętno, którem bije polityka zagraniczna wszystkich państw, brak wzajemnego zaufania i poczucie bezsilności wobec zbliżających się faktów - mówią tu wiele więcej od zdyskredytowanego już przedwiosennego pobrzękiwania szablą, którego nikt nie bierze na seryo.


Poza tą wrzawą bowiem, w ciszy i w tajemnicy dojrzewają rzeczy naprawdę wielkie. Tylko - dojrzewają powoli.


T. I.

Tygodnik Illustrowany
Nr 11/2014 r.
14 marca 2014r.