Share

Codziennie około piątej - lato było pogodne, bardzo ciepłe - przychodził stary przyjaciel Troosta, Abraham Anslo, niegdyś sławny na całą Holandię kaznodzieja, dziś milczący staruszek z siwą, rzadką brodą i wiecznie załzawionymi oczami. Siadał w nogach łóżka; uśmiechali się do siebie; ich dialog toczył się po za słowami i czasem. Chory miał ogromną potrzebę zwierzyć się ze swoich wątpliwości, duchowych rozterek i niepokojów. Nie mógł zupełnie pojąć Tamtego Świata. Puste błękity napawały go przerażeniem. Była to zapewne bezbożna rewolta wyobraźni, a nade wszystko pogańskich zmysłów. Absolutnie nie był w stanie zrozumieć, jak można istnieć bez domu, bez skrzypiących schodów i poręczy, bez zasłon i świeczników. A także bez tkanin, wśród których spędził całe życie. Jaka nieubłagana siła zabiera nam chłód szorstkiego jedwabiu, czarną wełnę przelewającą się przez ręce jak łagodna fala, płótno przypominające tafle stawu ściętego lodem, welur łaskoczący jak mech, koronki, które zdają się szeptać kobiece sekrety?
Anslo odchodził przed zapadnięciem zmroku i na pożegnanie dotykał zimnymi palcami ręki przyjaciela.


Niewiele zostało czasu.
Jutro, pojutrze wejdzie służąca ze śniadaniem i wyda krótki okrzyk.
I wtedy zasłonią wszystkie lustra w domu i odwrócą wszystkie obrazy do ścian, aby wizerunek dziewczyny piszącej list, okrętów na pełnym morzu, wieśniaków tańczących pod wysokim dębem nie zatrzymywał w drodze tego, który wędruje ku światom niewyobrażalnym.


Martwa natura z wędzidłem, Zbigniew Herbert