Akropol
Akropol, jaki miałem przed oczami, sprowadzony do szkieletu, odarty z ciała, był dla mnie zarówno dziełem woli, ładu, jak i chaosu, artystów i historii, Peryklesa i Morosiniego, Iktinosa i grabieżców. I dotykając wzrokiem jego ran i okaleczeń, doznawałem uczucia, w którym podziw mieszał się z litością.
Jeśli czerpałem osobliwe uczucie szczęścia zagrożonych, to wypływało ono chyba z uświadomienia sobie tego niezwykłego faktu, że „udało mi się jeszcze zdążyć”, zanim on i ja podzielimy los wszystkich tworów ludzkich na ciemnym przylądku czasu, przed niewiadomą przyszłością.
Labirynt nad morzem, Zbigniew Herbert
Syn
Dzisiaj w ogrodzie przyszedł Tadzio [Zieliński]. Nie widziałem go wiele miesięcy. Ale wygląda lepiej, ślady żółtaczki przeszły, nawet jakby odmłodniał. Urodził mu się przed sześciu tygodniami syn, Marcin. Zatem dobiegł do pewnej granicy. Już te wszystkie dawne rzeczy związane z pierwszą młodością minęły, już nie będzie się kochał w Kasi, nie będzie przychodził do mnie przez balkon, stał się dorosły, już! Jak prędko, teraz zacznie się dla jego syna Marcina, za czternaście lat będzie wódka i kobiety i znowu to samo w kółko. A potem się postarzeje, przyjdzie do kogoś (do kogo?) i powie: „Urodził mi się syn”. Ta niezmienność przerażająca i pocieszająca zarazem, to wszystko, co jest tak nieuniknione, pomimo kółek, guziczków, mechanizmów, które niby to zmieniają nasze życie. Przed chwilą Marocco w telewizji. Jacyż oni piękni i młodzi i też już koniec. Urodził im się syn…
26.01.1974
Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, T. III