Share

Witold Gombrowicz

Hitlera rozbito w puch i proch, a na dobitek (w strachu aby nie zmartwychwstał) ucharakteryzowano go post mortem na szatańską mierność, wrzaskliwego sierżanta-megalomana z piekła rodem. Spaskudziliście mu legendę. Zrobiliście to ze strachu. Ale strach też bywa hołdem. Ja raczej głosowałbym za tym aby post mortem nie bać się Hitlera - on na strachu cudzym rósł, oby przeto i na waszym nie urósł.

 

Co uderza w tym bohaterze (dlaczegóż nie miałbym go zwać bohaterem?) to niesamowita śmiałość w osiąganiu krańca, ostateczności, maksimum. Sądził, że wygrywa ten kto mniej się boi - że sekretem mocy jest posunąć się o krok dalej, o ten jeden jedyny krok, już nie do zrobienia dla innych - że ten, kto śmiałością przeraża, jest nie do wytrzymania, a więc druzgoczący - i stosował to tyleż do ludzi, co do narodów. Taktyka jego na tym polegała: posunąć się o krok dalej w okrucieństwie, cynizmie kłamstwie, chytrości, odwadze, o ten jeden krok oszałamiający, wytrącający z normy, fantastyczny, niemożliwy, nie do przyjęcia... wytrzymać tam gdzie inni, przerażeni, wołają: pas! Dlatego wtrącił naród niemiecki w okrucieństwo, i w okrucieństwo wtrącił Europę - on pragnął najokrutniejszego życia jako ostatecznego sprawdzianu zdolności do życia.

Nie byłby bohaterem, gdyby nie był tchórzem. Jego gwałt najwyższy to ten, który sobie samemu zadał przekształcając siebie na Moc - uniemożliwiając sobie słabość - odcinając sobie odwrót. Najwyższą jego rezygnacją była rezygnacja z innych możliwości istnienia. Ciekawe zagadnienie: jak wyskoczył on na boga narodu niemieckiego? Należy przypuścić, że naprzód „związał się” z kilkoma zaledwie Niemcami - „związał”, to znaczy podsunął im siebie jako wodza - i tego dokonała jego osobista wybitność, gdyż w tej skali, w gronie kilku ludzi, osobiste zalety mają jeszcze coś do powiedzenia. I w tej pierwszej fazie procesu, gdy związek był jeszcze luźny, Hitler nieustannie musiał odwoływać się do argumentów, przekonywać, perswadować, szermować ideą - gdyż miał do czynienia z ludźmi, którzy dobrowolnie mu się poddawali. Ale to wszystko było jeszcze bardzo ludzkie i bardzo zwyczajne; istniała też zawsze, dla Hitlera i jego podwładnych, możność wycofania się; każdy z nich mógł zerwać, wybrać co innego, związać się z innymi i inaczej. Tu jednak zaznaczyło się powoli działanie czynnika, prawie niedostrzegalnego, mianowicie ilości - stopniowo wzrastającej ilości ludzi. W miarę tego wzrastania ilości grupa jęła wkraczać w inny wymiar, już prawie niedostępny pojedynczemu człowiekowi. Zbyt ciężka, zbyt masywna, zaczynała już żyć własnym życiem. Być może, każdy z jej członków tylko trochę ufał wodzowi, jednakże ta odrobina pomnożona przez ilość, stawała się groźnym ładunkiem wiary. I oto w pewnej chwili każdy z nich poczuł, może nie bez niepokoju, że już nie wie co by zrobili z nim tamci, inni (ci których jest tylu, których on nie zna) gdyby mu przyszło do głowy powiedzieć pas i dać drapaka. Z chwilą gdy to sobie uprzytomnił, zatrzasnęły się drzwi...

To jednak nie mogło wystarczyć Hitlerowi. On, zasilony tą ilością ludzi, już urósł - ale nie był bynajmniej pewny ani swoich ludzi, ani siebie. Nie było gwarancji, że jego prywatna natura, jego zwykła ludzkość, nie odezwie się nagle - jeszcze nie stracił w zupełności panowania nad własnym losem i mógł jeszcze powiedzieć „nie” własnej wielkości. Tu więc powstała konieczność przeniesienia wszystkiego w sferę wyższą i już niedostępną indywidualnej jaźni. Aby tego dokazać, Hitler musiał działać nie własną swoją energią, ale tą, którą zasiliła go masa - czyli siłą która własną jego siłę przewyższała. Tak się stało. Z pomocą swoich podwładnych i wyznawców, wyzyskując te napięcia, które między nim a nimi powstawały, wydobywając z nich maksymalną śmiałość, aby samemu stać się jeszcze śmielszym i do większej jeszcze pobudzić śmiałości, Hitler wprowadza całą grupę swoją w stan wrzenia, czyni ją, jako zespół, straszniejszą, przewyższającą pojemność każdego z tych ludzi. Każdy, nie wyłączając wodza, jest przerażony. Grupa wchodzi w wymiar nadnaturalny. Ludzie ją stanowiący tracą panowanie nad sobą. Teraz już nikt nie może się cofnąć, bo nie są już w „ludzkim”, tylko „międzyludzkim”, czyli w „nadludzkim”.

Zauważmy, że to wszystko bardzo jest podobne do teatru... do udawania... Hitler udawał odważniejszego, niż był, aby innych zmusić do zespolenia się w tej grze - ale gra wywołała rzeczywistość i stworzyła fakty. Masy narodu, rzecz jasna, nie chwytają tej mistyfikacji, one sądzą Hitlera według czynów jego - i oto wielomilionowy naród cofa się w lęku przed druzgoczącą wolą wodza. Wódz staje się wielki. Dziwna to wielkość. Jest to spotężnienie do niewiarygodnych rozmiarów, nieskończenie zdumiewające – gdy słowo, czyn, uśmiech, gniew, przekracza zasięg normalny człowieka, rozlegając się jak grom, ratując inne istnienia, same, przecież zasadniczo nie mniej ważne... Ale najdziwniejszą cechą tego spotężnienia jest, że ono tworzy się od zewnątrz - Hitlerowi wszystko urasta w rękach, ale on sam jest taki, jaki był, zwykły, ze wszystkimi swymi słabościami; to karzeł, który objawia się, jak Goliat; to pospolity człowiek, który od zewnątrz  jest Bogiem; to miękka dłoń ludzka, uderzająca jak maczugą. I Hitler jest teraz w szponach tego Wielkiego Hitlera - nie dlatego, aby nie zachował zwykłych, prywatnych, uczuć czy myśli, prywatnego rozsądku, ale ponieważ one są zbyt drobne, i za słabe, i nic nie mogą przeciw Olbrzymowi, który od zewnątrz go przenika.

Zauważmy jeszcze, że z chwilą gdy proces wkroczył w sferę nadludzką, idea już nie jest potrzebna. Była ona nieodzowna na początku, gdy należało przekonywać, zjednywać sobie popleczników - teraz jest prawie zbędna albowiem człowiek, jako taki, niewiele ma do powiedzenia w tym nowym, nadludzkim, wymiarze. Ludzie się spiętrzyli. Wytworzyły się ciśnienia. Powstał kształt, mający własną rację i własną logikę. Idea służy już tylko jako pozór; to fasada, za którą dokonuje się opętanie człowieka człowiekiem, stwarzające się naprzód, a dopiero potem pytające o sens..

Sobota

Żegnaj, Tandilu! Wyjeżdżam. Już spakowana walizka.
Wywalam na papier mój kryzys myślenia demokratycznego i czucia uniwersalnego, bo nie mnie jednego - wiedzcie - nie mnie jednego, jeśli nie dzisiaj, to za dziesięć lat, napadnie chętka żeby mieć świat ograniczony i Boga ograniczonego. Proroctwo: demokracja, powszechność, równość nie będą w stanie was zaspokoić. Coraz silniejsze będzie w was pragnienie dwoistości - podwójnego świata - podwójnego myślenia - podwójnej mitologii - będziemy hołdowali w przyszłości dwu odmiennym systemom jednocześnie i świat magiczny znajdzie sobie miejsce obok świata racjonalnego.

Dziennik 1959-1969, Witold Gombrowicz
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013