Karł Briułłow, Ostatni dzień Pompei (1827-1833)

- Córeczko, ja tu dwie zimy przeżyłam. Ludzie tu nie zaglądali... A zwierzęta i owszem... Kiedyś zajrzał do środka lis, zobaczył mnie i się zdziwił. Zimą i dzień się ciągnie, i noc dłuży, jak życie. Zaśpiewałabym ci i bajek naopowiadała. Staremu człowiekowi smutno się żyje, a gadanie to jego praca. Kiedyś studenci ze stolicy przyjechali i nagrali mnie na magnetofon. Ale to dawno było... Przed Czarnobylem...

 

Co ci opowiedzieć? Czy aby zdążę... Niedawno tu wróżyłam z wody i wywróżyłam sobie drogę... Wyrywają z ziemi nasze korzenie. Dziadowie nasi, pradziadowie tutaj mieszkali. W lasach się rodzili i przez wieki jeden po drugim następował, a teraz takie czasy przyszły, że nieszczęście wypędza nas z naszej ziemi. Nie wiem, takiego nieszczęścia nawet w bajkach nie ma. Nieee...

A opowiem ci, córeczko, że jak dziewczyną jeszcze byłam, to wróżyłam... O dobrych rzeczach ci opowiem... O wesołych... Jak tu się moje życie zaczynało... Do siedemnastu lat wesoło u mamy i taty, a potem trzeba się zbierać za mąż. Wywróżyć sobie tego wybranego jedynego, czyli po naszemu „hukać”. Latem z wody wróżyłyśmy, a zimą z dymu. W którą stronę dym z komina skręci, w tamtą stronę za mąż się pójdzie. Lubiłam wróżyć z wody... Nad rzeką... Woda pierwsza była na ziemi, woda wszystko wie, to może powiedzieć. Puszczałyśmy na wodę świeczki, lały wosk. Jak świeczka popłynie, to znaczy, że miłość rychło nadejdzie, a jak utonie, to tego roku w panienkach się zostanie. Gdzie mój los? Gdzie moje szczęście? Na różneśmy sposoby sobie wróżyły...

Brałyśmy lustro i szły do łaźni, siedziały tam przez noc, a jeśli się w lustrze co pojawiło, to od razu trzeba je było położyć na stole, żeby diabeł z niego nie wyskoczył. Diabeł lubi przez lustro przychodzić... Stamtąd... Było też wróżenie z cienia... Nad szklanką wody spalało się papier i patrzyło na ścianę. Jak się w cieniu krzyż pokaże, to na pogrzeb, a jak kopuła cerkwi, to na ślub. Jednej do płaczu, drugiej do śmiechu... Której jaki los pisany... Na noc, kiedy się zdejmowało buty, to jeden kładło się pod poduszkę. Jak przyjdzie w nocy ten wybrany i rozzuwać się zacznie, to popatrzysz na niego i zapamiętasz, jak wygląda. Do mnie inny jakiś przychodził, nie mój Andriej, ale taki wysoki, biały na twarzy. Bo mój Andriej był niewysoki, brwi miał czarne i śmiał się ciągle: „Ej, paniusiu ty moja..." (Śmieje się). Przeżyliśmy razem sześćdziesiąt lat... Trójkę dzieci na świat wydali... Nie ma dziadka... Na cmentarz synowie go zanieśli... Przed śmiercią ostatni raz mnie pocałował: „Ej, paniusiu ty moja, sama tu zostaniesz...”. Co jeszcze wiem? Jak się długo żyje, to życie zaciera się w pamięci, i miłość także. Taak... Dalibóg! Jeszcze dziewczyny grzebyk pod poduszkę wsuwały. Włosy się rozpuszczało i tak spało. Przyjdzie we śnie ten jedyny. Poprosi, żeby mu dać się napić albo konia napoić...

Sypało się i mak przy studni... Dokolutka... A pod wieczór zbierałyśmy się i wołały do studni: „Hej, doloo ty mojaa, uuu!”. Echo odpowiadało i po dźwięku odgadywałyśmy, której co pisane. Nawet teraz chciałam pójść do studni... Spytać swojej doli... Chociaż mało już mi jej zostało. Odrobinka. Jak to ziarenko suche. Ale u nas wszystkie studnie żołnierze zamknęli. Zabili deskami. Martwe studnie... Zabite... Został jeden żelazny hydrant przed biurem kołchozu. Była we wsi znachorka, ona potrafiła dolę wywróżyć, ale wyjechała do córki, do miasta. Worki... Dwa worki po ziemniakach napełniła ziołami i zabrała ze sobą... Dalibóg! Taaak... Stare skorupy, w których warzyła nalewki... Białe płótna... Komu one tam w mieście potrzebne? W mieście ludzie siedzą i oglądają telewizję albo czytają książki. To my tutaj... Jak te ptaki... Z ziemiśmy, z trawy, z drzew czytali. Jak ziemia wiosną długo się odsłania, nie chce tajać, to w lecie trzeba się spodziewać suszy. Jeśli księżyc świeci słaby, ciemny, to bydło nie będzie się rodziło. Jak żurawie wcześnie odleciały, to na mróz... (Opowiadając, cicho kiwa się w takt własnych słów).

Mam synów dobrych, i synowe grzeczne. I wnuki. Ale z kim w mieście na ulicy się pogada? Wszystko obcy. Puste miejsce dla serca. Co tu wspominać z obcymi? Lubiłam do lasu chodzić, z lasu żyliśmy, tam zawsze w towarzystwie, z ludźmi. Teraz do lasu nawet nie puszczają... Milicja stoi i tych promieni pilnuje...

Dwa lata... Dalibóg! Dwa lata prosili mnie synowie: „Mamo, zbieraj się do miasta". Koniec końców uprosili... A takie ładne u nas okolice, lasy dookoła, jeziora. Jeziora są czyste, żyją w nich rusałki. Starzy ludzie opowiadali, że dziewczęta, które wcześnie pomarły zmieniają się w rusałki. Ludzie im zostawiali ubrania, babskie koszuliny. Wieszali na krzakach i w żytku na sznurze. A te wychodzą z wody i po żytku biegają. Wierzysz ty mi czy nie? Kiedyś ludzie we wszystko wierzyli... Słuchali... Wtedy telewizji nie było, jeszcze jej nie wymyślili (Śmieje się). Taaak... Piękna jest u nas ziemia! Żyliśmy na niej, a nasze dzieci już nie będą. Nieee... Lubię ten czas... Słonko wysoko na niebo weszło, przyleciały ptaki. Już się zima sprzykrzyła. Ale wieczorem z chaty się nie wyjdzie. Dzikie świnie po wsi biegają jak po lesie. Przebrałam kartofelki... Chciałam cebulę posadzić... Trzeba coś robić, nie ma co siedzieć z założonymi rękami i czekać na śmierć. Bo ona wtedy nigdy nie przyjdzie...

A jeszcze ci opowiem, córeczko... O domowym skrzacie... Od dawna u mnie żyje, gdzie żyje, to ci nie powiem, ale wyłazi spod pieca. Czarno ubrany, w czarnej czapce, a guziki na kubraczku się świecą. Ciała nie ma, a przecie chodzi. Kiedyś myślałam, że to mój chłop mnie odwiedza. Taaak... Ale nie, to duszek... Sama mieszkam, nie ma do kogo zagadać, to mu w nocy o całym dniu opowiadam: „Wyszłam raniutko... A słonko tak błyszczało, że stałam i spozierałam na ziemię. Radowałam się. I takie szczęście czułam w sercu...”. A tu trzeba jechać... Porzucić swoje strony... W Palmową Niedzielę zawsze zrywałam palmy... Ojczulka nie ma, to chodziłam nad rzekę i sama święciłam. We wrota wtykałam. Przynosiłam, chałupę pięknie przystrajałam. Wtykałam w ściany, drzwi, pod sufitem, kładłam pod dachem. Chodziłam i mówiłam: „Żebyś ty, palemko, mojej krówki strzegła. Żeby żytko obrodziło i jabłka. Żeby się kury niosły i gęsi”. Trzeba tak długo chodzić i powtarzać.

Kiedyś wiosnę witaliśmy radośnie... Bawiliśmy się. Śpiewali. Zaczynaliśmy w ten dzień, kiedy pierwszy raz gospodynie na łąkę krowy wyganiały. Trzeba wtedy odpędzić wiedźmy... Żeby krów nie psuły, mleka im nie odbierały, bo tak to krowy przyjdą do zagrody wydojone i wystraszone. Zapamiętaj, może to wszystko się jeszcze wróci, o tym w księgach cerkiewnych pisze. Kiedy u nas ojczulek służył, to nam czytał. Życie może się skończyć, a potem zacznie się od nowa. Słuchaj dalej... Mało kto już to pamięta, mało kto ci opowie. Przed pierwszym stadem... Trzeba rozścielić na drodze biały obrus, niech bydło po nim przebiegnie, a pastuchy niech idą za stadem. I niech mówią: „Gryź teraz kamień, wiedźmo niedobra. Gryź ziemię... A wy, krówki, spokojnie chodźcie po łąkach i błotach. Nikogo się nie bójcie, ani złych ludzi, ani zwierza srogiego”. Wiosną nie sama trawa po ziemi się ściele, wszystko po niej pełza. Wszelakie paskudztwo też. A chowa się toto w ciemnym miejscu, w domu po kątach. W chlewie, gdzie jest ciepło. Na podwórze z jeziora przypełznie, rano pełza po rosie. Człowiek musi się bronić. Dobrze jest koło furtki zakopać ziemię z mrowiska, a najpewniej - stary zamek przed wrotami. Żeby zamknąć pyski wszystkim gadom... A ziemia? Ona nie tylko pługa i brony potrzebuje, jej też potrzebna ochrona. Od złych duchów. Pole trzeba obejść dwa razy, trzeba chodzić i powtarzać: „Sieję, sieję, aż posieję;.. Urodzaju czekam. I żeby myszy dużo ziarna nie zjadły...”.

Co ci jeszcze opowiedzieć? Bocianowi, czyli po prostu boćkowi, też trzeba się wiosną pokłonić. Powiedzieć dziękuję za to, że wrócił na stare miejsce. Bociek broni od pożaru, dzieci małe przynosi. Wołają do niego „Bociek - kle, kle, kle! Do nas, do nas!” A młodzi, którzy niedawno się pożenili, proszą inaczej... „Kle, kle, kle... Żeby się nam kochanie udało, a dziatki rosły jako ta palma".

Na Wielkanoc wszyscy krasili jajka... Czerwone, niebieskie, żółte. A jeśli w czyjej chacie kto pomarł, to było jedno czarne, żałobne. Na smutek. A czerwone na miłość, sine, żeby żyć długo. Oj tak! Kiedyż ja... Żyję i żyję. Wszystko już wiem: i co będzie na wiosnę, i co w lecie... jesienią i w zimie... A po co żyję? Patrzę na ten świat... I nie powiem, żebym mu rada nie była. Córeczko... A jeszcze posłuchaj... Jak na Wielkanoc włożysz czerwone jajko do wody, niech ono tam sobie w wodzie leży, a ty wtedy się umyj. Twarz urodziwa się zrobi. Czysta. A jak chcesz, żeby ci się przyśnił ktoś bliski, kto pomarł, idź na cmentarz i turlaj to jajko po mogiłce. I mów tak: „Matusiu moja, przyjdź do mnie. Pożalić ci się chciałam”. Wtedy wszystko jej powiesz. O swoim życiu. Jeśli mąż cię krzywdzi, to ona ci coś poradzi. Ale zanim poturlasz jajko, potrzymaj je w ręku. Zamknij oczy i pomyśl... A grobów się nie bój, bo strasznie jest tylko wtedy, gdy wiozą nieboszczyka. Ludzie zamykają wtedy okna i drzwi, żeby śmierć nie wleciała. Ona zawsze jest w bieli, cała w bieli i z kosą. Sama nie widziałam, ale ludzie mówili... Byli tacy, co ją spotkali... Lepiej się jej nie pchać przed oczy. Śmieje się: „Cha, cha”.

Jak idę na groby, to niosę wtedy dwa jajka, czerwone i czarne. Jedno żałobne. Siadam koło męża. Tam na pomniku jest jego zdjęcie, ani młody, ani stary, taki w sam raz. „Przyszłam, Andrieju. Pogadajmy sobie”. I wszystko mu opowiem. Wtedy ktoś mnie woła... Skądsiś głos dolatuje: „Ej, paniusiu ty moja...” Jak nawiedzę Andrieja, to idę do córki... Córka umarła, kiedy jej ledwie czterdziestka stuknęła, rak ją dopadł... Do kogośmy jej nie wozili, nic nie pomogło. Młoda poszła do ziemi... Ładna była... Na tamtym świecie też różni potrzebni: i starzy, i młodzi. I ładni, i brzydcy. Nawet ci najmniejsi. Ale kto tych małych tam wzywa? No, co oni tam mogą o tym świecie opowiedzieć? Tego nie wyrozumiem... Ja nie wyrozumiem, ale i mądrzy ludzie nie wiedzą. Profesorowie z miasta. Może tylko ojczulek w cerkwi wie. Jak go spotkam, to zapytam. Taaak... Z córką tak rozmawiam: „Córeczko! Śliczności moje! Z jakimi to ptaszętami przylecisz z dalekiego kraju? Czy ze słowikami, czy z kukułkami? Z której cię strony mam wypatrywać?...”. Tak śpiewam jej i czekam. A nuż się pojawi... Da mi znak... Ale na grobach zostawać do nocy nie wolno. O piątej, po obiedzie trzeba odejść... Słońce powinno jeszcze stać wysoko, ale jak zacznie się toczyć w dół... Wtedy trzeba się pożegnać... Oni tam wolą pobyć sami... Podobnie jak my. Tak samo... Nieboszczycy mają swoje życie tak jak my swoje. Nie wiem, ale tak myślę... Domyślam się... Bo... Jeszcze ci powiem... Kiedy człowiek umiera i długo się męczy, a w chałupie zebrało się dużo ludzi, to wszyscy powinni wyjść na dwór, żeby został sam. Nawet mama z tatą wyjść muszą, i dzieci też.

Od świtu chodzę dzisiaj po podwórzu, po ogrodzie i wspominam swoje życie. Synowie mi wyrośli jak te dęby. Miałam i szczęście, ale mało go było, całe życie tylko pracowałam. Ile te moje ręce samych kartofli przebrały? Przeniosły? Orałam, siałam... (Powtarza). Orałam, siałam... Teraz też... Wyniosę sito z ziarnami. Zostały mi ziarna bobu, słonecznika, buraka... I rzucę je tak, na gołą ziemię. Niech żyją. I kwiatki po podwórzu rozrzucę... Kwiaty, po prostu kwiatuszki... A wiesz, jak pachną ponętki jesienną nocą? Zwłaszcza przed deszczem mocno pachną. I groszek... Ale taki czas nastał, że próżno brać nasiona do ręki i rzucać w ziemię. Nasionko wyrasta, siły nabiera, ale nie dla człowieka. Taki czas... Pan Bóg daje nam znak... A tamtego dnia, kiedy ten przeklęty Czarnobyl się stał, śniły mi się pszczoły, dużo, dużo pszczół. Lecą dokądś i lecą. Rój za rojem. A pszczoły to na pożar. Ziemia się zapali... Pan Bóg dał znak, że gościem jest człowiek na ziemi, nie u siebie żyje, ale w gości przyszedł. Tylko w gości... (Płacze).

- Mamo! - woła nagle któryś z synów. - Mamo! Samochód przyjechał...

Swietłana Aleksijewicz, Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości
Wydawnictwo Czarne, 2012

Karł Briułłow, Ostatni dzień Pompei (1827-1833)

Karł Briułłow, Ostatni dzień Pompei (1827-1833)