Stopniowe oddalanie się moje od natury, a także od ludzi, w ostatnich latach - proces narastającego wieku mojego - czyni te stany duchowe coraz groźniejszymi. Życie człowieka staje się, z wiekiem, stalową pułapką. Na początku miękkość i giętkość, brnie się w to łatwo - ale teraz miękka dłoń życia staje się żelazna, chłód nieubłagany metalu i straszne okrucieństwo kostniejącej arterii.
Wiedziałem o tym od dawna. Ale nie przejmowałem się... gdyż byłem przeświadczony, że i ja będę się zmieniał wraz z moim losem, że, po latach, będę kimś innym i zdolnym sprostać sytuacji w jej narastającej grozie. Nie wyrabiałem w sobie żadnych uczuć na tę porę mojej egzystencji, mniemając, że one same powstaną we mnie, w czasie właściwym. Ale, jak dotąd, nie ma ich. Ja tylko jestem i jakże mało zmieniony - z tą różnicą, że zamknęły mi się wszystkie drzwi.
Myśl tę wynoszę z domu na brzeg, oprowadzam ją po piaskach, usiłując zgubić ją w ruchu powietrza i wody - lecz tu właśnie widzę okropność, która się we mnie dokonała - bo jeśli dawniej przestrzenie te mnie wyzwalały, dziś one mnie więżą, tak, przestrzeń nawet stała się więzieniem i chodzę po brzegu jak ktoś przyparty do muru. Ta świadomość - że już się stałem. Już jestem. Witold Gombrowicz, te dwa słowa, które nosiłem na sobie, już dokonane. Jestem. Zanadto jestem. I choć mógłbym jeszcze popełnić coś nie przewidzianego dla mnie samego, już mi się nie chce - nie mogę chcieć, bo zanadto jestem. Pośród tej nieokreśloności, zmienności, płynności, pod niebem nieuchwytnym jestem, już zrobiony, wykończony, określony... jestem i jestem tak bardzo, że to mnie wyrzuca poza obręb natury.
Dziennik 1959-1969, Witold Gombrowicz
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
