Na szosach, wychodzących z La Falda, istnieje granica, na której kończą się światła domków i hoteli a zaczyna ciemność przestrzeni, łamiącej się we wzgórza i zarośniętej karłowatymi drzewkami, przestrzeń karłowata, połamana, jakby kaleka i skażona. Nazwałem za Conradem tę granicę „smugą cienia” i gdy nocami przekraczałem ją, udając się do Valle Hermoso, wiedziałem że wchodzę w śmierć, o, śmierć nieznaczną, delikatną i powolną, jeśli chcecie, ale w konanie... że ja sam jestem starzeniem się i żywą śmiercią, która udaje życie, która jeszcze chodzi, mówi, nawet zabawia się, nawet używa, a jednak jest naprawdę żywotna już tylko jako stopniowe urzeczywistnianie śmierci.
Jak Adam wygnany z raju, tak ja zapuszczałem się w ciemność, poza smugą cienia, wyzuty z życia, które tam, poza mną rozkoszowało się sobą w promieniach łaski. Tak, mistyfikacja musiała się wydać, pewnego dnia musiało się urwać to nieprawne i spóźnione przebywanie w życiu rozkwitającym i oto teraz jestem starzeniem się, ja, zatruty, ja, wstrętny, ja - dorosły! A to napełniało mnie okropnym przerażeniem, gdyż rozumiałem, że już ostatecznie jestem wyrzucony z czaru i że nie mogę się podobać naturze, tak, jeżeli młodość mniej lęka się życia to dlatego, że sama jest życiem pociągającym, zniewalającym, czarującym i wie ona, że jest sympatyczna i może liczyć na życzliwość... To więc był powód, dla którego tak garnąłem się do rozkwitania, ale teraz, na tej ziemi nagle oschłej i pod sklepieniem bezlitosnym gwiazd, musiałem wytrzymać napór bytu, sam będąc bytem skażonym, nie mogąc zjednać sobie niczego - niepociągający!
Dziennik 1959-1969, Witold Gombrowicz
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
