Share

Balzac dłuta Auguste Rodina

HUGO VON HOFMANNSTHAL
BALZAK

Kto zna jedno czy drugie jego dzieło, ten nie zna tego wielkiego autora. Inaczej niż w „Fauście” czy wierszach Goethego, istota poetyckiego żywiołu Balzaka nie zawiera się w jakiejś jednej jego książce. Balzaka należy czytać szeroko i nie wymaga to osobliwego kunsztu. To najzwyklejsza lektura dla ludzi w najogólniejszym znaczeniu tego słowa obytych w świecie, od kancelisty adwokackiego czy subiekta do wielkiego pana. Dla ludzi w świecie obytych (mam tu na myśli mężczyzn wszelkiego stanu, polityków, wojskowych, komiwojażerów, kobiety z wyższej sfery i kobiety proste, duchownych, tych, co nie są ani literatami, ani pięknoduchami, i tych wszystkich, którzy czytają nie po to, aby się kształcić, lecz dla rozrywki) czytanie Goethego za każdym razem stanowi chyba pewien wysiłek, swojego rodzaju wydarzenie. W trudnych, zawiłych chwilach ich żywota Goethe najprawdopodobniej ich zawiedzie; Balzak zawsze okaże się przystępny.

Nie mówię tu o stronie literackiej, każdy bowiem wiersz Goethego, na który padłoby ich spojrzenie, zawsze będzie czymś olśniewającym, jakąś muzyką duchów, jakimś czarodziejskim zaklęciem, gdy tymczasem, biorąc do ręki Balzaka, łatwo natkną się na trzy, cztery nudne, męczące kartki i to nie tylko na początku jakieś opowieści, lecz najpewniej tam, gdzie właśnie otworzyliby książkę. Ale gdy tak będą machinalnie przebiegać wzrokiem te nic nie znaczące i raczej rozwlekłe stronice, zacznie działać na nich coś, czemu zawsze ulega prawdziwy czytelnik, czytelnik ożywiony ludzkim uczuciem, a mianowicie ogromna wyobraźnia autora, niezwykle konkretna, najbardziej twórcza i konkretna od czasów Szekspira. Na którejkolwiek stronicy otworzą książkę, trafiając na jakąś dygresję dotyczącą prawa wekslowego i praktyk lichwiarzy, na jakiś wywód o rządach legitymistycznych czy liberalnych, na opis wnętrza kuchni, sceny małżeńskiej, jakiejś twarzy lub spelunki, wszędzie poczują świat, substancję, tę samą, z której jest ukształtowane ich życie wewnętrzne. Do tych książek mogą przejść prosto ze swojego życia, od własnych trosk i kłopotów, awanturek miłosnych i spraw pieniężnych, interesów i pospolitych ambicji. Spotkałem finansistę, który po posiedzeniach i konferencjach natychmiast brał do ręki swojego Balzaka z tkwiącą w nim jako zakładka ostatnią cedułą giełdową, a także panią z towarzystwa, która, chcąc znów poczuć się sobą, wieczorem, po powrocie z przyjęcia lub pożegnawszy swoich gości, czytała „Stracone złudzenia” albo „Starą pannę”, twierdząc, że to jedyna lektura tak mocna i czysta, że można nią leczyć wyobraźnię z gwałtownej i wyniszczającej gorączki próżności i wszystko, co światowe, sprowadzić do właściwego wymiaru ludzkiego. I zadaję sobie pytanie, czy jakikolwiek inny wielki autor spośród tych, co liczą się w naszym życiu duchowym, choćby nawet Szekspir, mógłby współzawodniczyć z Balzakiem w umiejętności wnikania w życie ludzkie, leczenia podobnego podobnym, pokonywania rzeczywistości wyższą od niej rzeczywistością demoniczną. Nie każdy jednak potrafi tak czytać Szekspira, jak dawne pokolenia czytały starożytnych, czytać go tak, aby wyczytać z niego pełnię życia, czytać go z perspektywy życia, zaspokajając swoją żądzę wiedzy. Nie każdy potrafi tak wysilić swoją wyobraźnię, aby pokonać odległość trzech stuleci, przeniknąć wszystkie zasłony wspaniałej, ale z gruntu obcej epoki i dostrzec za nimi jedynie odwieczny kołowrót ludzkich uczynków i cierpień. Nie każdy, bez pomocy aktora, bez szczególnego daru naśladowczej wyobraźni, potrafi z najbardziej zwartego skrótu, jakiego kiedykolwiek dokonano, ponownie odtworzyć obraz świata tak rozległy, że odnajduje w nim siebie i owe po wielekroć splątane nici istnienia, z którym zetknięcie kształtuje jego własną rzeczywistość.

W pewnym sensie Goethe jest łatwiejszy do czytania, a któż go nie czyta? Chociaż mówiąc, że jego dzieła nie są przeznaczone dla szerokiej publiczności i że prawdziwą ich treść pojmą tylko ci nieliczni, co doznali podobnych doświadczeń, Goethe wypowiedział jedno ze swoich najgłębszych i najsubtelniejszych zdań, to tych nielicznych wydaje się być dziś tak wielu, że jak gdyby zaprzeczają prawdziwości jego słów. Ale kto na nowo zechce przyswoić sobie któreś z jego dzieł, kto zechce napawać się „Hermanem i Dorotą”, „Wilhelmem Meistrem”, „Pokrewieństwami z wyboru”, ten musi przystąpić do tych książek z umysłem już oczyszczonym. Musi wyrzec się niejednego z siebie, ze swojego życia. Musi zapomnieć o wielkich miastach. Musi przeciąć tysięczne nici uczuć, myśli i chwilowych pragnień. Musi sobie przypomnieć o swoim „ciele chwalebnym”, czyli o tym, co w nim jest wieczne, na wskroś człowiecze, absolutne. Musi myśleć o wiecznych gwiazdach i przez nie się uświęcać. Wtedy na pewno bez względu na to, które z dzieł Goethego gdziekolwiek otworzy, ogarnie go jednakowo wzniosła i przemieniona rzeczywistość. W istocie otoczy go świat, duch, który jest światem. Sentencje i postaci, jakaś myśl albo opis jakiegoś zjawiska przyrodniczego, jakiś wiersz, Mignon albo Otylia, wszystko jest z tej samej boskiej, promienistej materii. Za każdą linijką wyczuje związek z jakąś całością, z jakimś wzniosłym porządkiem. Nieskończony spokój nieskończonego bogactwa niemal ciężarem przygniecie jego duszę, aby po chwili znów unieść ją ku nieskończonej szczęśliwości. Ale owo ramię, co unosi ku gwiazdom, nie ogarnia każdego. Podobnie Goethe za życia udzielał się tylko nielicznym i to nie o każdej porze. Kto sięga niespokojną dłonią, przed tym takie dzieło jak „Pokrewieństwa z wyboru” zamknie się niby zwierająca się muszla. Takim czytelnikom Goethe wydaje się zimny, obcy, dziwaczny. Raczej budzi respekt niż pociąga. Odkładają więc jego lekturę do dni spokojniejszych lub na czas podróży. Albo sprawia, że tęsknią do młodości, że chcieliby być bardziej wrażliwi. On, co był uosobieniem natury, co ciepłem miłosnego spojrzenia przenikał nawet twardą pierwotną skałę, wydaje się im sztuczny i zimny. Aby się nim napawać, starają się do tego przygotować. Szukają pomocy u któregoś z komentatorów albo w niezwykłych rozmowach i listach, w których Goethe sam siebie komentuje, i dopiero tą okrężną drogą wracają do jego dzieł. Trudno wprost sobie wyobrazić czytelnika, który taką drogą dochodziłby do dzieł Balzaka. Tylko niewielu spośród jego niezliczonych czytelników wie coś o jego życiu. Literaci znają kilka o nim anegdotek, które nie byłyby dla nikogo zajmujące, gdyby nie dotyczyły autora „Komedii ludzkiej”, a jego korespondencja z pewną osobą nie zawiera właściwie nic poza sprawozdaniami z nieustannej gigantycznej pracy, nie mającej sobie równej w dziedzinie literatury. To, że owe nie kończące się sprawozdania potrafimy czytać z takim samym zainteresowaniem jak jakiś komunikat z kampanii napoleońskiej, w którym mowa o Austerlitz, Wagram czy Jenie, najdobitniej świadczy o przemożnej mocy jego dzieł. Czytelnicy nie znają Balzaka, znają tylko jego dzieła. Mówią: „Jaszczur” i przypominają sobie jakiś sen na jawie, jakieś fantastyczne zdarzenie, a nie dzieło poety, myślą o ojcu Goriot i jego córkach i nie pamiętają, jak nazywa się autor. Skoro raz weszli w jego świat, dziewięćdziesięciu na stu będzie tam wciąż wracać po pięciu, dziesięciu czy dwudziestu latach. Walter Scott, którego niegdyś z zachwytem czytali mężczyźni, stał się lekturą dla chłopców. Balzak zawsze (albo przez dłuższy czas, kto bowiem może powiedzieć: zawsze) będzie czytany bez względu na wiek zarówno przez mężczyzn, jak kobiety. Opowieści o wojnach i przygodach, „Szuanie”, „Czerwona oberża”, „El Verdugo”, zajmą w wyobraźni szesnastolatków to samo miejsce, co historie o Indianach lub przygody kapitana Cooka; przeżycia Lucjana de Rubempre i Rastignaka to lektura młodych mężczyzn; „Lilia w dolinie”, „Savarus”, „Modesta Mignon” - młodych kobiet; mężczyźni i kobiety koło czterdziestki, dojrzali, a jeszcze nie dotknięci ubóstwem, zatrzymają się przy tym, co najdojrzalsze, a mianowicie przy „Kuzynce Bietce”, książce wspaniałej, której, choć mowa w niej niemal tylko o sprawach haniebnych, żałosnych i okropnych, nie sposób nazwać ponurą, tryska bowiem ogniem, życiem i mądrością, przy „Starej pannie”, gdzie wyższa nad wszelkie pochwały wyrazistość postaci łączy się z najgłębszą mądrością życiową, a wszystko to cechuje zwięzłość, jasność, słodycz i pogoda, książce pod każdym względem niezrównanej i gdyby jej autor nic prócz niej nie napisał, już by nią sobie zasłużył na sławę u wielu następnych pokoleń. Słyszałem, jak pewien starszy pan wychwalał „Powiastki ucieszne” i jak inny starszy pan mówił z przejęciem o historii Cezara Birotteau, dzielnego człowieka, który z roku na rok, od bilansu do bilansu, od zaszczytu do zaszczytu, nieustannie pnie się ku górze. A jeśli byli tacy, co z „Wilhelma Meistra” wycinali „Wyznania pięknej duszy” i resztę rzucali w ogień, musiał też być z pewnością ktoś, kto, szukając książki, w której mógłby znaleźć pocieszenie, z całej „Komedii ludzkiej” wybrał „Serafitę” i był to może ów nieznajomy, co przecisnął się do Balzaka w jednej z wiedeńskich sal koncertowych, aby ucałować dłoń, która napisała „Serafitę”.

Z całości życia każdy znajdzie tu tyle, ile ma go w sobie. Im bogatsze ma doświadczenie, im śmielszą wyobraźnię, tym bliższe staną mu się te książki. Tu nikt niczego nie musi się wyrzekać. Tu w grę wchodzą wszystkie jego wzruszenia, choćby były nieczyste. Tu każdy znajduje swój własny świat wewnętrzny i zewnętrzny, tyle że bardziej zwarty, niezwykły, rozświetlony od środka. Tu są moce, które nim powodują, i hamulce, które go powstrzymują. Są tu choroby duszy, żądze, niemal absurdalne pragnienia, pożerająca próżność; są tu wszystkie demony, które się w nas kłębią. Przede wszystkim jest tu wielkie miasto, do którego przywykliśmy, albo prowincja z jej szczególnym stosunkiem względem wielkiego miasta. Jest tu pieniądz, przerażająca potęga pieniądza, filozofia pieniądza uosobiona w postaciach, mit pieniądza. Są tu rozmaite warstwy społeczne, ugrupowania polityczne, które mniej lub bardziej są takie same jak nasze dzisiejsze, jest tu gorączka kariery, gorączka zysku, upojenie pracą, samotne tajemnice artysty, wynalazcy, wszystko aż do żałosnych niedoli małomieszczańskiego życia, kłopotów finansowych, zniszczonych ciągłym czyszczeniem rękawiczek i plotek służby.

Prawda zewnętrzna tych rzeczy jest tak wielka, że mogłaby przetrwać niezależnie od nich i przenosić się z miejsca na miejsce niczym powietrze; Paryż Ludwika Filipa znikł, ale niektóre konstelacje towarzyskie, prowincjonalny salon, gdzie Lucjan de Rubempre stawiał pierwsze kroki w świecie albo salon pani de Bargeton w Paryżu, wydają się dziś zdumiewająco prawdziwe w Austrii, której stan społeczny i polityczny bardzo chyba przypomina monarchię lipcową, zaś pewne rysy z życia Rastignaka i de Marsaya są dziś bardziej oczywiste w Anglii niż we Francji. A choć blichtr tej widocznej dla nas, podniecającej „prawdy”, owa otaczająca to dzieło pierwsza wielka aureola „nowoczesności” zblakła, prawda wewnętrzna tego świata wybuchającego z wyobraźni (i tylko przez ułamek chwili w tysiącu nieistotnych punktów stykającego się z ulotną rzeczywistością) jest dziś bardziej niż kiedykolwiek wyrazista i żywa. Ów świat, najpełniejsze i najbardziej rozczłonkowane złudzenie, jakie kiedykolwiek istniało, jest jak gdyby naładowany prawdą. Baczne oko dostrzeże, jak jego materia rozpada się na współistniejące obok siebie niezliczone ośrodki siły, na monady, których istotą jest najżywsza, najistotniejsza prawda. W zmiennych kolejach tych żywotów, historii miłosnych, zabiegów o pieniądze i o władzę, w wydarzeniach wiejskich lub małomiasteczkowych, w anegdotach, opisach jakiejś namiętności, choroby psychicznej lub instytucji społecznej, w gmatwaninie blisko trzech tysięcy istnień ludzkich, poruszono niemal wszystko, co istnieje w naszej zawiłej, chaotycznej cywilizacji. I prawie ze wszystkiego, co tu powiedziano o owym bezmiarze spraw, stosunków i zjawisk, wprost bije prawda. Nie wiem, czy próbowano już (choć można by to zrobić każdego dnia) ułożyć słownik, którego całą zawartość zaczerpnięto by z dzieł Balzaka. Taki słownik objąłby niemal wszystkie materialne i wszystkie duchowe realia naszego istnienia. Nie zabrakłoby w nim ani przepisów kucharskich, ani teorii chemicznych; szczegóły dotyczące obrotu pieniądzem i artykułami spożywczymi, najdokładniejsze i najbardziej użyteczne, zapełniłyby całe szpalty; można by niejednego dowiedzieć się o handlu i o transporcie, o tym, co w nich jest przestarzałe, i sporo o tym, co od wieków się nie zmienia i jest najbardziej korzystne, a obok, pod odpowiednimi hasłami, znalazłyby się najśmielsze domysły i przewidywania w dziedzinie nauk przyrodniczych, które miały się sprawdzić w późniejszych dziesięcioleciach; artykuły pod hasłami: „małżeństwo”, „towarzystwo”, „polityka” mogłyby stanowić odrębne książki, a żadna z nich nie znalazłaby sobie równej wśród publikacji filozoficznych dziewiętnastego stulecia. Książka, która zawierałaby artykuł o „miłości” i od najbardziej niesamowitych, nieprzeniknionych tajemnic („Namiętność na pustyni”) poprzez chaos pełen wszelkich uczuć ludzkich śmiałym łukiem sięgałaby aż po najwznioślejszą miłość anielską, świetnością swojej koncepcji i rozległością zakresu mogłaby zaćmić pewną słynną, napisaną przez innego mistrza książkę pod tym właśnie tytułem. W końcu jednak taki słownik istnieje. To świat postaci wplecionych w labirynt zdarzeń; kartkujemy jego stronice, śledząc nić jakiejś niezwykle pomysłowej opowieści. Człowiek światowy znajdzie w tych tomach całe mnóstwo złudnych, a przecież tak rzeczywistych sytuacji, które stanowią o życiu towarzyskim. Tysiączne odcienie złego i dobrego traktowania się mężczyzn i kobiet; niedostrzegalne zmiany; nieubłagane stopniowanie; cały zakres prawdziwej wytworności, od półwykwintu do prostactwa, a wszystko w najprzeróżniejszych odmianach, cudownym sposobem przepojone żywiołowym człowieczeństwem i namiętnością, i chwilami sprowadzone do swojej nicości. Człowiek, który goni za zyskiem (a któż nie ma nic do zyskania, zachowania lub stracenia?), znajdzie tu cały swój świat. Wielki gracz giełdowy, lekarz, który zdobył uznanie, wynalazca, co głoduje i wynalazca, co odnosi triumf, wielki i mały szalbierz, zbogacony kupiec, dostawca wojskowy, notariusz pośredniczący w interesach, lichwiarz, figurant, fanciarz udzielający pożyczek pod zastaw, każdy z nich jest tu przedstawiony nie w jednej, lecz w pięciu, dziesięciu rozmaitych odmianach, i to jakich! ze wszystkimi fortelami swojego zawodu, z wszystkimi sekretami i najgłębszą o sobie prawdą. Wśród malarzy utrzymuje się legenda, że to, co w „Nieznanym arcydziele” z niezwykłą subtelnością i znawstwem mówi się o modelowaniu światłem i cieniem, pochodzi od Delacroix; prawda tych wypowiedzi wydaje się im zbyt istotna, aby mógł ją odkryć ktoś, kto nie był malarzem, i to wielkim malarzem. Myśliciel, któremu dano by do ręki „Ludwika Lamberta” jako monografię myśliciela, może uznać, że część biograficzna tej książki jest słaba, a realność postaci bohatera raczej wątpliwa, ale gdy zapozna się z materiałem myślowym, który przynoszą jego listy i notatki, wówczas spoistość tych myśli, żywiołowa siła tego myśliciela okażą się tak przekonujące, że wszelka wątpliwość dotycząca postaci rozwieje się w mgnieniu oka. Bez względu na to czy uznamy, czy też odrzucimy owe myśli, ową filozofię marzycielskiego idealisty, są to myśli istoty ludzkiej, ten mózg działał naprawdę. Człowiek zaś żonaty, któremu w chwili refleksji wpadnie do ręki „Fizjologia małżeństwa”, natknie się w tej osobliwej książce, skutkiem jej na poły frywolnego tonu może nieco mniej cenionej niż inne dzieła Balzaka, na kilka stronic głoszących prawdy zarówno subtelne, jak głębokie, które warto wziąć sobie do serca, prawdy prawdziwe, prawdy, co, raz przyswojone, jak gdyby w nas się rozrastają i nie przestają działać swoją łagodną, promieniującą siłą. I nie są to bynajmniej jakieś prawdy tajemne. Wypowiada się je tonem światowym, czasem nawet płochym. Wplecione w wydarzenia i opisy, stanowią najbardziej uduchowione elementy w tworzywie jakiegoś opowiadania czy powieści. Podane są tak, jak gdyby samo życie podawało nam swoją treść: w spotkaniach, w klęskach, w narastających namiętnościach, w nagle budzących się nadziejach i olśnieniach, w przesiekach niespodziewanie przebłyskujących w gęstym lesie zjawisk. Mamy tu zarazem najbardziej namiętny i pełny obraz życia i najbardziej zdumiewającą, najwnikliwszą filozofią, gotową wziąć za punkt wyjścia wszelki, choćby z pozoru najmniej tego godzien przejaw życia. Tak dzieje się w całym wielkim dziele Balzaka, gdzie wizja świata jest nie mniej mroczna niż u Szekspira, a zarazem o tyle bardziej przygnębiająca, posępniejsza, cięższa skutkiem swojego ogromu, choć zarazem wylewa się z niej duchowa żywotność, nawet duchowa pogoda, i głęboki spokój, bo jak inaczej można by nazwać to, co sprawia, że gdy któryś z tych tomów wpada nam w ręce, zaczynamy kartkować go od początku lub od końca, nie czytać, lecz właśnie kartkować, co świadczy o miłości subtelniejszej, pełnej wspomnień, albo to, że już samo wyliczenie tytułów tych stu książek czy spis występujących w nich postaci skłania nas do swojego rodzaju pobieżnej lektury, która budzi w nas tak złożone i dojmujące uczucie rozkoszy, jak lektura jakiegoś ulubionego wiersza?

Nagromadzenie tak ogromnego mnóstwa prawdy materialnej nie jest możliwe bez organizacji. Siła porządkująca jest nie mniej twórcza niż siła produkująca. To raczej rozmaite przejawy jednej i tej samej siły. Z prawdy nieprzeliczonych kroci pojedynczych zjawisk powstaje prawda o ich wzajemnych związkach: tak tworzy się świat. Jak u Goethego, czuję, że trwamy tu w niezawodnym związku ze wszystkim. Oto mam tutaj niewidoczny system współrzędnych, którymi mogę się kierować. Cokolwiek bym czytał, jedną z wielkich powieści, któreś z opowiadań, jakąś rapsodię fantastyczno-filozoficzną, czy zgłębiam tajemnice czyjejś duszy, czy wnikam w jakąś dygresję polityczną, w opis jakiejś kancelarii lub sklepiku, nigdy nie tracę poczucia owego związku. Czuję, że wokół mnie trwa świat zorganizowany. Wielka to tajemnica, że ów tak szczelnie otaczający mnie świat, ta druga, gęstsza, silniej napierająca na nas rzeczywistość nie przygniata nas, nie dusi jak zmora. Nie takie jest jej działanie: nie sprawia, że zastygamy z wlepionym w nią wzrokiem, przeciwnie, na jej widok krew szybciej krąży nam w żyłach. Owa rzeczywistość bowiem nie zastyga, lecz trwa w nieustannym ruchu. Porusza się infinitis modis, aby użyć wyrażenia średniowiecznych myślicieli. W tej najpełniejszej wizji, jaka od czasów Dantego powstała w umyśle ludzkim, świat jest ujęty nie statycznie, lecz dynamicznie. Wszystko tu widać tak wyraźnie, że tworzy to nieprzerwaną gamę barw, pełną, co do nitki, tkaninę życia, w górę i w dół. Ale wszystko to widać w ruchu. Jeszcze nigdy prastara mądrość panta rhei nie została ujęta wspanialej i ukazana w postaciach. Wszystko jest zmienne. Wydaje się, że tu, za tymi książkami, które razem wzięte, stanowią obok „Don Kiszota” największą epicką koncepcję nowoczesnego świata, budzi się pojęcie epiki. Myśl, by ukazywać ludzi, którzy zakwitają i znikają niby ziemskie kwiaty. Nie inaczej czynił Homer. Świat Dantego jest nieruchomy. To nie rzeczy się poruszają, lecz on wędruje i przechodzi obok nich. Balzaka nie widzimy. Ale widzimy jego oczyma, jak wszystko się zmienia. Bogaci biednieją, a biedni się bogacą. Cezar Birotteau pnie się ku górze, a baron Hulot zstępuje w dół. Dusza Lucjana de Rubempre była niby nietknięty owoc, lecz przemienia się w naszych oczach i widzimy jak Lucjan sięga po stryczek i kładzie kres swojemu zbrukanemu życiu. Serafita wyzwala się i ulatuje ku niebu. Nikt nie jest tym, kim był i nie będzie tym, kim jest. Jesteśmy tu u samego sedna epickiej wizji świata, podobnie jak u Szekspira - u sedna wizji dramatycznej. Wszystko jest płynne, wszystko jest w drodze. Pieniądz to tylko genialnie ujęty symbol owego infinitis modis kroczącego przed siebie ruchu, a zarazem jego wehikuł. Poprzez pieniądz wszystko zespala się ze wszystkim. A widziana na ową epicką, majestatyczną modłę natura świata na tym właśnie polega, że wszystko zespala się ze wszystkim. Wszędzie wszystko się zmienia, wszystko wciąż się przekształca, zarówno w dziedzinie moralności, jak w dziedzinie stosunków społecznych. Stopniowa przemiana cnoty w grzech - dwóch mitycznych pojęć, których nikt nie potrafi należycie zrozumieć - dokonuje się z taką samą subtelnością i ciągłością, z jaką bogacz przemienia się w biedaka. To, co najbardziej od siebie odległe i najbardziej sprzeczne, łączą tajemne pokrewieństwa, które sprawiają, że wszystko wiąże się ze wszystkim. Między jakimś odźwiernym w jego piwnicznym mieszkaniu i Napoleonem w Saint-Cloud może w jednej chwili zabłysnąć owo tajemne pokrewieństwo, które jest czymś nieskończenie więcej niż zwykłym żartem. W świecie wszystko działa na wszystko: czemu zatem nie mogłyby istnieć takie tajemne podobieństwa? Wszystko płynie; nigdzie, ani w dziedzinie duchowej, ani w życiu zewnętrznym, nic nie trwa jako jakaś zastygła bryła; „miłość” i „nienawiść” dzieli chyba wyraźna, ściśle wytyczona granica, a przecież znam takie postaci balzakowskie, w których sercu owe uczucia przemieniają się stopniowo jedno w drugie niczym barwy rozpalonego żelaza. Czy Filomena kocha Alberta Savarusa, czy też go nienawidzi? Z początku go kocha, pod koniec zdaje się go nienawidzić; działa pod wpływem opętania, które jest może i nienawiścią, i miłością i gdyby ją zapytać, nie potrafiłaby powiedzieć, które z tych dwóch uczuć ją nęka. Cała przepaść dzieli nas tu od świata osiemnastego stulecia z takimi jego pojęciami jak „cnota”, które są stałe, ostateczne i dogmatyczne i doskonale się nadają, aby nimi zastąpić stałe pojęcia teologiczne. Tu wszelka mitologia, także mitologia słowa, znika. I nigdzie nie jesteśmy bliżej Goethego. Tu, całkiem blisko, nawet tym samym korytem, płynie, hucząc, głęboki nurt jego wizji. Ale jego zasadnicza postawa duchowa sprawiła, że zwrócił się w przeciwną stronę. Niestałe moce jego natury były tak potężne, że groziły mu klęską. Musiał więc przeciwstawić im to, co stałe: przyrodę, prawa, idee. Spojrzenie duszy utkwił w tym, co pośród zmian się nie zmienia. I takie właśnie ukazuje nam oblicze, tak ukształtowała się maska rozmyślającego maga. Twarzy Balzaka nie widzimy jako olimpijskiej maski górującej nad jego dziełami. Czasem tylko zdaje się nam, że wynurza się z jego dzieł, prorocza, pośród chaotycznych ciemności kłębiących się mas. Ale nie możemy utrwalić jej widoku. Każde pokolenie zobaczy tę twarz inaczej, każde ujrzy ją jako twarz tytaniczną i na swój sposób uczyni z niej symbol niewyrażalnych procesów duchowych. To dziwne, że nie mamy podobizny Balzaka namalowanej przez twórcę Rzezi na Chios i Łodzi Dantego. Ukazałby trzydziestoletniego pisarza jako tytana, którym ów był, jako demona życia, albo potraktowałby jego twarz jak pole bitwy. Zaskakujące, że gdy Balzac zmarł, mając lat pięćdziesiąt, Daumier nie zostawił nam jego maski pośmiertnej. Jego czarodziejski ołówek i nie mniej czarodziejski pędzel wydobyłyby z ciemności fauniczną świetność człowieka i uszlachetniłyby ją szorstką samotnością geniusza. Ale może tamte pokolenia były zbyt bliskie Balzaka i dopiero odległość, jaka stała się naszym udziałem, mogła sprawić, że powstała rzecz taka, jak dzieło Rodina, owo na wskroś symboliczne, nadludzkie oblicze, w którym straszliwe brzemię materii łączy się z czymś niewyrażalnym, z jakąś posępną, pełną powagi demonicznością nie z tego świata, oblicze, w którym dopełniła się synteza całkiem odmiennych światów, przypominające upadłego anioła, a zarazem głuchy, bezgraniczny smutek pradawnych greckich demonów ziemi i morza.

Każde pokolenie, które, obcując z dziełami Balzaka, stworzy sobie obraz tego oblicza, dokona podobnej syntezy całego doznawanego przez nie ciężaru życia i najtajniejszego dążenia do pokonania owego ciężaru, do zbawienia, do wzlotu. Związek z ciemną, ciężką masą życia, która wiecznie sama się zapładnia, a zarazem wola wydobycia się z niej, głębokie pragnienie ducha, aby złączyć się tym, co duchowe, oto znamię owego wielkiego, tragicznego oblicza, które, inaczej niż maska Goethego, nie zdaje się spoglądać ponad nami w wieczność, lecz skroś nas, skroś sam ciężar życia.

Ten ogromny świat, zbudowany z naszego życia, pełnego żądz, samolubstwa, błędów, groteskowych, wzniosłych i śmiesznych namiętności, ten świat, w którego zamęcie zacierają się pojęcia „komedii” i „tragedii”, a także „cnoty” i „grzechy”, ten świat w swojej istocie cały jest ruchem, dążeniem, miłością, tajemnicą. Ów rzekomy materialista to namiętny wizjoner, ekstatyk. Główna cecha jego bohaterów to pragnienie osiągnięcia zamierzonego celu. Wytrwałość, miłość, zapał artystów, monomanie, owe moce tytaniczne, wielkie motory jego świata, to pragnienie skierowane ku temu, co najwyższe, nienazwane. Vautrin, genialny jako przestępca, i Stenbock, genialny jako artysta, Goriot ojciec, Eugenia Grandet młoda panna, Frenhofer twórca, wszyscy dążą do jakiegoś absolutu, który dopiero ma się objawić, podobnie jak nocną burzą miotane statki zwracają się ku Gwieździe Polarnej, choć przesłania ją ciemność. W głębiach swojego cynizmu, w odmętach swoich utrapień, w otchłaniach wyrzeczeń szukają i znajdują Boga, choćby Go nawet nie wzywali tym imieniem.

Wszystkie te tak materialne postaci są w istocie przemijającymi wcieleniami jakiejś nienazwanej siły. Poprzez te niezliczone względności przebija to, co absolutne: z tych ludzi wyzierają anioły i demony. Wszelka mitologia, nawet skrajna, najtrwalsza, mitologia słowa, tutaj się rozpada, ale jej miejsce zajmuje mitologia nowa, tajemnicza, na wskroś osobowa. Jej koncepcja jest imponująca i na swój sposób ścisła, a przecież tak ogólna, że mogą ją uznać setki tysięcy ludzi, tworząc z niej sobie jak gdyby mit życia nowoczesnego. Wszystkie te postaci, które tak bardzo narzucają się naszej wyobraźni jako „rzeczywiste”, pojawiają się w jakimś padającym ze szczytów tego dzieła widmowym blasku jako złe i dobre duchy, jako istoty chwilowo ucieleśniające ziemskie popędy. Ale nic w tej koncepcji nie ma schematycznego. Ustanowiono tu nie dogmaty, lecz wizje. Taine, który dokładnie przed pół wiekiem napisał swoje wielkie studium o Balzaku, do tych przeczuć, do tych nietrwałych prawd, co sprawdzają się tylko przez chwilę i tylko w tym jednym jedynym miejscu, w którym się znajdują, przykłada miarę niewłaściwą. Z dzieła poety nie sposób wyrywać poszczególnych elementów. Wszystko, co w obrębie danego świata jest prawdą, a nawet więcej niż prawdą, bo niczym nie ograniczoną wizją, wyrwane ze spójnej całości, stanie się jakimś dziwacznym przywidzeniem. Chodzi tu o kształt wizji. Gdzie poeta widzi postać, człowieka, demona, tam myśliciel dostrzega idee, abstrakcje, formuły.

W każdym razie, również gdy na to spojrzeć chłodnym okiem, dokonano tu najwspanialszej z syntez. Tu czarodziej Novalis naprawdę spotyka się z tytanicznymi zaczątkami prawdziwego naturalizmu. Tu Swedenborg łączy się z Goethem czy Lamarckiem. Tu, ściśle mówiąc, pada ostatnie słowo katolicyzmu, a zarazem, niczym gwiazda zza mgły, przeziera już przeczucie odkryć Roberta Mayera. Siła, która ujarzmi jeszcze niejedno pokolenie, bierze się stąd, że w niezwykły sposób przepaja duchem to, co stanowi rzeczywistość życia, la vraie vérité, aż po jego najpospolitsze niedole. Materia życia jest nasycona duchowością wieku dziewiętnastego, ową ogromną duchowością syntetyczną, niczym gorącą parą, która przenika wszystkie jej włókna. Gdzie skroplenia owej pary krystalizują się jasno i wyraźnie, jak w „Ludwiku Lambercie”, w „Poszukiwaniu absolutu", w „Nieznanym arcydziele”, tam powstają łańcuchy myśli, pojęć, zdań, porównywalne chyba tylko z „Fragmentami” Novalisa. Ale owe krystalizacje, które u Novalisa są niemal wszystkim, co nam zostaje w ręku, tu stanowią ledwo produkt uboczny tych organiczno-duchowych procesów. Jeszcze bardziej godne podziwu jest zjawisko, które następuje, gdy sprężona siła owej duchowości wprawia w ruch żywą materię, gdy rodzą się postaci, których opętanie sprawia, że odczuwamy obecność tej duchowości w samym sercu życia: taki jest Claes, niestrudzony poszukiwacz absolutu, taki jest Ludwik Lambert, taki jest Serafïta. I taka jest, niezależnie od wszelkich poszczególnych wydarzeń, balzakowska koncepcja miłości. Jego „miłość” to twór na wskroś indywidualny, którego z niczym nie da się porównać. Cała jest pragnieniem, a zarazem pośredniczką najtajniejszych zespoleń tego, co duchowe, z tym, co zmysłowe. To zjawisko tajemnicze, którego nie potrafię wyrazić słowami. Nie zajmuje zbyt wiele wymiernego miejsca w ogromnym dziele Balzaka, lecz myślę, że je ogrzewa i oświeca i że bez niej cała ta ciężka bryła, cały ów posępny ludzki świat, wydałby mi się straszny.

Oto świat, gdzie roi się od postaci. Nie ma wśród nich ani jednej, która, choć zakrojona na tak wielką miarę i sama w sobie tak doskonała, mogłaby, oddzielona od swojego tła, istnieć sama przez się w nieprzemijającej doskonałości swojego gestu jak Don Kiszot, król Lear czy Odyseusz. Materia jest tu bardziej krucha, a wizja nie ma owej promiennej jasności, aby mogły z nich powstać postaci modelowane w na wskroś czystym, mocnym blasku, jak Achilles Homera, Nauzykaja, lub w najsubtelniejszym półcieniu, jak Mignon czy Otylia. Wszystko się z sobą łączy, wszystko jest współzależne. Z dzieła Balzaka, podobnie jak z obrazu Rembrandta czy Delacroix, nie sposób wyrwać jakiegoś pojedynczego szczegółu. Tu, jak tam, wspaniałość polega na zdumiewającym bogactwie wartości tonalnych, które ku górze i ku dołowi, infinitis modis jak sama natura, tworzą pełną ich skalę. Tamte postaci zdają się stąpać swobodnie niczym bogowie: jak mogły się zrodzić, to nieprzenikniona tajemnica; te, tutaj, są pojedynczymi nutami jakiejś tytanicznej symfonii. Ich narodziny wydają się nam bardziej zrozumiałe, sądzimy, że mamy we krwi i wraz z powietrzem wielkich miast wessaliśmy te elementy, z których są stworzone ich posępne serca. Ale i tu rządzi coś, co jest ostateczne, najwyższe. Podobnie jak skala odcieni dzielących ciemność od światła na obrazie Rembrandta tym tylko przypomina ziemskie światło i ziemską ciemność, że jest pełna, przekonująca, absolutnie prawdziwa, a zarazem ożywiona czymś nienazwanym, obecnością jakiejś wielkiej duszy, która w owych wizjach sama ofiaruje się jakiejś wyższej istocie, tak i tu, wśród nieprzebranego mnóstwa drobnych pociągnięć pędzla, składających się na obraz owego świata rojącego się od postaci, przebłyskuje coś najwyższego, czego nazwać nie sposób; plastyczność owego świata staje się aż ciężka od nadmiaru, jego posępność sięga nihilizmu, panująca w nim wykwitna niedbałość w obejściu graniczy z cynizmem, ale kolory, którym go odmalowano, są czyste. Postaci w „Kuzynce Bietce” są namalowane pędzlem tak czystym jak ten, którym Fra Angelico malował chóry anielskie. Do tych barw, swoistych, podstawowych elementów życia psychicznego, nie przylega nic, co byłoby chorobliwe, bluźniercze lub nikczemne. Nie podlegają zepsuciu, nie mają do nich przystępu żadne niezdrowe powiewy. Drży w nich absolutna radość, nie tknięta posępnością tematu, podobnie jak groza muzycznego wyrazu ani przez chwilę nie może zmącić boskiej radości dźwięków w symfonii Beethovena.

HUGO VON HOFMANNSTHAL
Tłumaczył: Paweł Hertz
Źródło: Zeszyty Literackie Nr 50

Zeszyty Literackie Nr 50