Share

tuwim mariusz urbanekWreszcie zebrał się na odwagę i posłał Staffowi własne wiersze, prosząc o wyrok: czy warto pisać. „Co przeżyłem, wyczekując odpowiedzi, tego nie opiszę” - wspominał. Potrafił w czasie dużej pauzy biec z Mikołajewskiej, gdzie mieściło się gimnazjum, do domu na Świętego Andrzeja, sprawdzić, czy jest list ze Lwowa. Długo nie było. Gdy po wielu tygodniach wreszcie nadszedł, „Jeszcze go nie przeczytałem, a już wiedziałem, że «jest dobrze», skoro poeta tak się rozpisał”, wspominał. Cztery stronice zapisane drobnym maczkiem nie mogły zawierać zdawkowego zniechęcenia do dalszego pisania. Staff pisał, że dostrzega talent, że młody autor powinien pisać i nawet „rzeź bezlitosna” wobec niektórych wierszy nie powinna go od tego odstręczyć. „Właśnie to, że stanąłem wobec talentu, kazało mi być dla jego dobra surowym” - ocenił Staff utwory gimnazjalisty. Bo są wśród nich wiersze „ładne”, ale ich ładność polega jedynie na braku wad. Są przez to poprawne, jest w nich rym i rytm, ale w prawdziwej poezji chodzi o coś więcej. Niektóre wiersze sprawiają wrażenie, jakby przerwano im oddech, dlatego Staff radził „pisać mniej, a dać rzeczy zjędrnieć, nabrać soku”. Utworów naprawdę skończonych jest jeszcze wśród wierszy Tuwima niewiele, ale nawet wśród tych niegotowych są zwrotki i ustępy „dużej piękności”. Jednak najbardziej z listów Staffa zapamiętał dwa zdania: „Kto się w siedemnastym roku życia nie burzył, ten nie był nigdy morzem, chyba miską wody”. I drugie, że takie miotanie się, rozterki i ciągła gotowość, by się wspinać, gdy tylko pojawi się na horyzoncie szczyt, to jest jak „czyhanie na swego Boga”. Te słowa kilka lat później stały się tytułem pierwszego tomu wierszy Juliana Tuwima, a list Staffa do końca życia przechowywał on jak największą relikwię. Tymczasem zachęcony pisał coraz więcej. A rozpoczęta w 1911 roku korespondencja trwała czterdzieści dwa lata, aż do śmierci - paradoksalnie - młodszego z poetów. Najpierw łączył ich stosunek mistrza i adepta, potem dwu równoprawnych gwiazd na poetyckim niebie, wreszcie przyjaźń.

 

Osobiście Tuwim poznał swego mistrza latem 1913 roku. Podczas wakacji spędzanych tradycyjnie w Inowłodzu dowiedział się, że Staff przyjechał ze Lwowa (włączonego jak cała Galicja do Austro-Węgier) do zaboru rosyjskiego, i mieszka u brata w Rudzie Malenieckiej pod Końskimi. „Dzisiaj samochodem po dobrej szosie trwałaby ta podróż niespełna godzinę” - pisał Tuwim po II wojnie światowej; wtedy jazda z przesiadkami rozklekotaną ciuchcią, a przede wszystkim wynajmowanymi bryczkami trwała dobę. Jednak warto było! Na początku rozmowa się nie kleiła, wydawało się, że długa droga nie miała jednak sensu, ale po obiedzie było już lepiej. Długo rozmawiali, spacerując po niewielkim ogrodzie. Staff dzielił się z gimnazjalistą swoimi poetyckimi rozterkami, jak z równym sobie. „Wracałem do Inowłodza wysoki, skrzydlaty, śpiewający”.

Leopold Staff przeżył swego ucznia. Podczas spotkania grupy pisarzy w przeddzień pogrzebu Tuwima wspominał wizytę rozemocjonowanego sztubaka sprzed czterdziestu lat.

- Ten młody chłopak mówił o Whitmanie, o Rimbaudzie. Oczy mu płonęły. Nikt inny nie mógł być tym przyszłym wielkim poetą, tylko on, ten chudy chłopaczek w gimnazjalnej bluzie z paskiem rzemiennym o mosiężnej klamrze... - zapamiętał opowieść Staffa Józef Brodzki.

„Miało się wrażenie, że ani przez chwilę nie przyjął do wiadomości faktu śmierci Tuwima” - zanotował po tym spotkaniu Anatol Stern.

Mariusz Urbanek, „Tuwim. Wylękniony bluźnierca
Wydawnictwo Iskry, 2013

tuwim mariusz urbanek