nic sie nie dzialo"Trud­no by­ło­by sobie z tym wszyst­kim po­ra­dzić, gdyby nie pomoc in­nych miesz­kań­ców. Ogrom pracy wią­zał się z tym, że w go­spo­dar­stwie cią­gle ktoś go­ścił. W cza­sie żniw przy ma­szy­nie do młó­ce­nia uwi­ja­ło się nawet do dwu­dzie­stu osób. Nie­wie­le mniej­szy tłum gro­ma­dził się wcze­sną jesienią, gdy przy­cho­dzi­ła pora na zbie­ra­nie ziem­nia­ków. Z jed­nej stro­ny ozna­cza­ło to jesz­cze wię­cej obo­wiąz­ków dla Anny. Jeśli są­siad przychodził do cie­bie robić, trze­ba było go na­kar­mić, to ro­zu­mia­ło się samo przez się, bez żad­nych wstęp­nych usta­leń. Po­rząd­ny obiad dla wszyst­kich uważano za mi­ni­mum uprzej­mo­ści. Z dru­giej stro­ny – Anna była w swoim ży­wio­le, bo wokół cią­gle się coś dzia­ło, za­wsze można było do kogoś za­ga­dać, cze­goś się do­wie­dzieć.
Wspól­no­to­wy wy­miar tam­tej pracy cią­gle po­wra­ca w opo­wie­ściach nie tylko mojej babki, ale też in­nych osób, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łem. Za­wsze mimo­cho­dem, bo oni sami nie trak­tu­ją tego jako cze­goś szcze­gól­ne­go. Tak się kie­dyś ro­bi­ło – kwi­tu­ją, gdy zwra­cam im uwagę na ten wątek. Wspól­no­to­wość do­ty­czy­ła zresz­tą nie tylko organiza­cji pracy, ale także re­la­cji eko­no­micz­nych. Czę­sto­wa­nie gości obia­dem to tylko część szerszego zja­wi­ska, na które skła­da­ło się także „pła­ce­nie” za po­mo­cą jajek, sło­ni­ny czy ka­czek. Nie­wie­le się zmie­ni­ło, odkąd młoda Ania bie­ga­ła do pie­ka­rza wy­mie­nić skar­pet­ki na chleb. W je­dy­nym skle­pie w Lisz­ko­wie ku­po­wa­ło się produk­ty za pie­nią­dze, ale w są­siedz­twie wy­mie­nia­no się to­wa­ra­mi albo opie­ra­no się na „go­spo­dar­ce długu”, na za­sa­dzie: „ty mi latem po­ma­ga­łeś przy żni­wach, ja ci je­sie­nią po­ma­gam przy wy­kop­kach”. Po­dob­nie jak w Ujsołach klu­czem było wza­jem­ne za­ufa­nie i utrzy­my­wa­nie sta­łych re­la­cji. Kiedy wiesz, że twój są­siad ni­gdzie się nie wy­bie­ra i prędzej czy póź­niej bę­dzie po­trze­bo­wał two­jej po­mo­cy, nie mu­sisz się oba­wiać, że nie do­trzy­ma obiet­ni­cy.


To prze­kła­da­ło się także na sto­su­nek do gości. Każdy, kto pod­pa­dał pod ogól­ną ka­te­go­rię „są­sia­da”, mógł się zja­wić w do­wol­nej chwi­li bez zapowie­dzi. Cza­sem z ja­kimś in­te­re­sem, cza­sem po pro­stu po­ga­dać. To nie mu­siał być szcze­gól­ny przy­ja­ciel ro­dzi­ny. Na przy­kład dom Anny i Józe­fa la­ta­mi od­wie­dzał „stary Grusz­ka”, jak na­zy­wa­no go we wsi. Wy­wo­dził się z oko­lic Ujsoł, z Jó­ze­fem łą­czy­ły go nawet więzy krwi – byli odległy­mi kuzy­na­mi. Po­cząt­ko­wo przy­cho­dził w gości do te­ścio­wej, a gdy ta zmar­ła, mło­dzi nie­ja­ko odzie­dzi­czy­li po niej tę zna­jo­mość. Sam pamię­tam go jesz­cze z po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Był to wie­ko­wy już męż­czy­zna, rocz­nik 1906, z twa­rzą po­kry­tą bruz­da­mi, nie­mal za­wsze w wiel­kiej czap­ce na gło­wie, tak zwa­nej ba­ra­ni­cy. Miał lekko przy­gar­bio­ną po­sta­wę z po­wo­du pro­ble­mów z ple­ca­mi. Wpa­dał co­dzien­nie i za­wsze zaj­mo­wał to samo miej­sce – ta­bo­ret pod oknem w kuch­ni. Po­tra­fił dłu­gi­mi mi­nu­ta­mi sie­dzieć nie­ru­cho­my ni­czym posąg. Miał aurę czło­wie­ka noszą­ce­go w sobie pra­daw­ną mą­drość, który za­miast się nią dzie­lić, po­wo­li ta­su­je w gło­wie bie­żą­ce te­ma­ty, za­sta­na­wia­jąc się, od czego za­cząć roz­mo­wę. Kiedy tylko miał oka­zję, skwa­pli­wie na­kie­ro­wy­wał wy­mia­nę zdań na to, o czym piszą w ga­ze­tach, pro­sząc Jó­ze­fa i Annę, by stre­ści­li mu naj­nowsze wy­da­rze­nia. Sam nie umiał czy­tać i pisać, na­uczył się je­dy­nie skła­dać pod­pis, żeby uła­twić za­ła­twia­nie spraw urzę­do­wych sobie i rodzinie. „Józef, Anka, jo się chcioł po­in­for­mo­wać” – po­wta­rzał czę­sto pod­czas ta­kich wizyt.
Nawet jed­nak ci, któ­rzy nie ucho­dzi­li za „są­sia­dów”, mieli swoje spo­so­by, by się wpro­sić. W Lisz­ko­wie miesz­ka­ło wielu Jó­ze­fów, więc co roku w ich imie­ni­ny for­mo­wa­ła się jed­no­dnio­wa or­kie­stra. Jej człon­ko­wie zbie­ra­li się pod okna­mi ko­lej­nych so­le­ni­zan­tów i przy­gry­wa­li im na trąb­ce oraz akor­de­onie. Li­czy­li na to, że w na­gro­dę zo­sta­ną za­pro­sze­ni na po­czę­stu­nek i po­pit­kę. Rzad­ko kiedy mu­sie­li się obejść sma­kiem.
Dla ja­sno­ści, Lisz­ko­wo nie było baj­ko­wą kra­iną, w któ­rej miesz­kań­cy tań­czy­li wokół ogni­ska, trzy­ma­jąc się za ręce i śpie­wa­jąc ra­do­sne pie­śni o wiecz­nej zgo­dzie i mi­ło­ści. Lu­dzie się kłó­ci­li, ob­ga­dy­wa­li, pa­trzy­li jeden na dru­gie­go spode łba, a także – co tu dużo mówić – prali się po py­skach, cza­sem w naj­mniej spo­dzie­wa­nych oko­licz­no­ściach. Kie­dyś Anna po po­wro­cie z po­tań­ców­ki za­sta­ła w kuch­ni te­ścia i jego kum­pli, któ­rzy mocowa­li się z ja­kimś nie­bo­ra­kiem. Z prze­ra­że­niem od­kry­ła, że pró­bu­ją ści­snąć mu szyję roz­grza­ny­mi szczyp­ca­mi do węgla. Za­ata­ko­wa­ny mężczy­zna na co dzień też był kum­plem, ale chwi­lo­wo pod­padł resz­cie przy grze w karty. Do­pie­ro te­ścio­wa, obu­dzo­na ha­ła­sa­mi, ka­za­ła się mężo­wi opa­mię­tać. Niby ro­bi­li to dla żartu, ale po­dob­ne dow­ci­py koń­czy­ły się za­wsze si­nia­ka­mi. A nie­kie­dy czymś gor­szym. Józef ru­szył pewnego razu na za­ba­wę z oka­zji Zie­lo­nych Świą­tek – wró­cił po dwóch dniach, z naj­lep­szej ko­szu­li osta­ły mu się tylko man­kie­ty i koł­nierz. Cała resz­ta zo­sta­ła zdar­ta w trak­cie „wy­ja­śnia­nia sobie pew­nych kwe­stii”. Kiedy in­dziej po­tłukł ze zna­jom­ka­mi okna, które stały pod świe­tli­cą w oczekiwa­niu na mon­taż. Tak za­koń­czy­ło się jedno z po­sie­dzeń po­li­tycz­nych w Lisz­ko­wie. Wbrew po­zo­rom bo­ha­te­ra­mi ta­kich hi­sto­rii nie byli tylko męż­czyź­ni – ko­bie­ty, gdy coś je roz­sier­dzi­ło, także po­tra­fi­ły przejść do rę­ko­czy­nów."

Tomasz Szymon Markiewka, Nic się nie działo. Historia życia mojej babki
Wydawnictwo Czarne, 2022

2019lip2