Namiastka śnieżnej bieli pokrywa chodnik. Staram się nie upaść. Wiem, że on zna nasze myśli. Każdego świtania drepcząc po chleb i mleko zastanawiam się, o czym myśli moje miasto. Dachy pełne anten, głowy pełne słów niewypowiedzianych.

 

Jestem człowiekiem, który stara się nie pamiętać dni złych. Czasami dopada mnie szara codzienność, w której nie sposób jest odnaleźć to coś, co jest siłą napędową, motorem trwania. Zwykle wyjście po mleko i chleb potrafi boleć bez przyczyn tego stanu, całkiem bez powodu. Marne ochłapy naszego istnienia zamknięte w czterech ścianach. Niedoskonała całość zostaje okraszona pilotem TV.

 

Za oknem betonowe chodniki miasta. Epopeje naszych wspólnych kroków.

Każdego dnia mieszkańcy szurają swoje mantry. Tak wiele wysłuchały. Wyobrażasz to sobie? Znają nas fragmenty betonu, po których o mglistym poranku depczemy po mleko i chleb.

 

Uśmiecham się na ludzi, nie trzeba inaczej. Wiesz o czym piszę. Niepohamowana złość i bezradność nas młodych jako nas, promienieje i bez tego wokół naszej postaci. Bądźmy. Być trzeba dla oddechu, dla błękitu nieba. Ono też czasami jest szare, dla przyszłych darów i uśmiechu. Radość nie żałuje nam samej siebie. My, marne istoty, oszukujemy siebie twierdząc, ze dobra nie ma.

 

Jeszcze sen zrzucam z powiek. W autobusie MZK młoda kobieta ustępuje z uśmiechem miejsca starszemu panu. Ten trzęsie się. Tak trudno już opanować własne ciało. Walczy z niemocą i też się uśmiecha. On jest. Słowa wiszą w powietrzu.

 

Gdy stać mnie na czas i siły, drepczę chodnikiem. Omijam zegary. Autobusy pędzą ile sił w silniku. Wiozą na wyścigi starość jutra i obłędny pęd donikąd.

 

Teraz już wiem, że wiosna jest zawsze, a starość mija. Dlatego chciałbym zawsze dreptać chodnikami. Takie są moje ciche marzenia.