Zbliżały się dwudzieste urodziny Isidory, która nie znosiła sztampy i nie chciała typowej imprezy z kanapkami, alkoholem i seksem w łazience. Uznała, że najlepszy będzie artystyczny performance. Wahała się pomiędzy „fourierystyczną orgią” (ja popierałem ten pomysł) a nazistowskim cocktail party opartym na wzorcach podsuwanych przez patriotyczne i prawomyślne filmy kręcone w socjalistycznej Jugosławii: naziści, aroganckie, dekadenckie dranie w nieskazitelnych mundurach, gdzieś koło 1943 roku urządzają ostrą imprezę, na której zabawiają się z liżącymi ich oficerki miejscowymi kurwami i kolaborantami. Ale pewien młody komunistyczny szpieg przeniknął do ich wewnętrznego kręgu i na koniec ze wszystkimi się policzy. Z jakiegoś niefortunnego dla mnie powodu Isidora wybrała nazistowską imprezę, a nie orgię.

Urodziny odbyły się 13 grudnia 1986 roku. Młodzi mężczyźni włożyli czarne koszule i wysmarowali włosy brylantyną. Młode kobiety wygrzebały z szaf sukienki, które od biedy mogły uchodzić za suknie wieczorowe, a moja nastoletnia siostra, obsadzona w roli małej komunistki, wystąpiła w stroju pionierki. Jak się rzekło, fabuła była osadzona w pierwszej połowie lat czterdziestych, we wczesnej fazie okupacji niemieckiej. Stworzyliśmy całe dekadenckie tło, które znaliśmy z filmów, i dołożyliśmy trochę pseudo-nihilistycznych smaczków. Kanapki ozdobiliśmy swastykami z majonezu, a na ścianie powiesiliśmy hasło „In Cock We Trust”. Zainscenizowaliśmy rytualne spalenie Ecce homo Nietzschego w ubikacji, a moją siostrę zamknęliśmy w jednym z pokojów, który udawał więzienie. Guśa i ja wyrywaliśmy sobie pejcz; w duecie z Devą (który mieszka dzisiaj w Montrealu) śpiewaliśmy piękne, smutne komunistyczne pieśni o pomordowanych podczas strajku robotnikach, co zresztą robiliśmy na każdej imprezie. Piłem wódkę z kubka i miałem na nogach oficerki, ponieważ kazano mi zagrać ukraińskiego kolaboranta. W kuchni (na każdej imprezie należy mnie szukać właśnie tam) dyskutowaliśmy o likwidacji kultu Tity i związanych z nim rytuałów państwowych. Zastanawialiśmy się nad zorganizowaniem demonstracji: ja zakomunikowałem, że chętnie porozbijam trochę witryn sklepowych, ponieważ wyglądają okropnie, a poza tym lubię odłamki szkła. W kuchni byli nieznani mi ludzie, którzy bardzo uważnie przysłuchiwali się dyskusji. Nazajutrz obudziłem się z poczuciem wstydu, które zawsze pojawia się na kacu i na które najlepszym lekarstwem jest duża dawka kwasku cytrynowego i snu. Tym razem jednak kuracja nie przyniosła rezultatu i wstyd tli się we mnie do dzisiaj.

W następnym tygodniu zadzwonił pracownik Urzędu Bezpieczeństwa i uprzejmym tonem zaprosił mnie do siebie - zaproszenie z gatunku tych, których się nie odrzuca. Przesłuchanie trwało trzynaście godzin bez przerwy. Zdążyłem się przez ten czas dowiedzieć, że wszyscy inni goście imprezy urodzinowej odwiedzili albo odwiedzą przytulne biura Urzędu Bezpieczeństwa. Nie będę was zanudzał szczegółami. Ograniczę się do stwierdzenia, że taktyka „dobry policjant, zły policjant” jest uniwersalna, że ubecy wszystko wiedzieli (kuchenni szpicle rzeczywiście uważnie słuchali) i że koncepcja nazistowskiej imprezy wzbudziła w ubekach głębokie zatroskanie. Jeśli im wyjaśnię, sądziłem w swojej naiwności, że to był artystyczny performance, a w najgorszym razie kiepski żart, i jeżeli zdystansuję się od moich fantazji o demonstracjach, to dadzą nam wszystkim po łapach, polecą naszym rodzicom sprać nam tyłki i puszczą nas do domu, do naszych nihilistycznych pieleszy. Dobry policjant poprosił mnie o opinię na temat wzrostu nastrojów faszystowskich wśród jugosłowiańskiej młodzieży. Nie miałem pojęcia, o czym mówi, ale stanowczo zaprotestowałem, twierdząc, że nic takiego nie istnieje. Nie sprawiał wrażenia przekonanego. Ponieważ miałem grypę, często wychodziłem do ubikacji - brak możliwości zamknięcia się od wewnątrz, w oknach kraty - a dobry policjant zawsze czekał za drzwiami, żebym nie podciął sobie żył lub nie zaczął walić łbem o muszlę klozetową. Obejrzałem się w lustrze (które mogłem stłuc, żeby poderżnąć sobie gardło) i pomyślałem: „Popatrz na tę tępą pryszczatą twarz, na tę rozkojarzoną minę - czy ktoś może mnie uznać za niebezpiecznego, a tym bardziej za nazistę?” W końcu nas puścili, a wcześniej tak mocno dali nam po łapach, że nam spuchły. Mama wyjechała do rodziny, a ojciec był w Etiopii („Wysłaliśmy go do Etiopii - powiedział do mnie zły policjant - a ty w ten sposób nam się odwdzięczasz?”). Nie zawiadomiłem ich, że Urząd Bezpieczeństwa mnie przesłuchiwał, bo wierzyłem, że sprawa rozejdzie się po kościach.

Figa z makiem. Kilka tygodni później sarajewski korespondent stołecznego dziennika „Politika”, stającego się już histerycznym głosem nacjonalistycznego reżimu Slobodana Milośevicia, dostał anonimowy list. Jego autor opisywał przyjęcie urodzinowe w domu prominentnej sarajewskiej rodziny, na którym posłużono się nazistowskimi symbolami i gloryfikowano wartości charakterystyczne dla najmroczniejszego okresu w historii ojczyzny, bezczeszcząc największe świętości czczone przez nasze społeczeństwo. Po Sarajewie, światowej stolicy plotek, zaczęły krążyć pogłoski i spekulacje na temat tego, w czyim to domu doszło do skandalu. Bośniackie władze komunistyczne, które z reguły tańczyły tak, jak im zagrał Belgrad, poufnie informowały o tym członków partii na zamkniętych zebraniach. W jednym z nich wzięła udział moja mama. Bez podawania nazwisk opisano przebieg imprezy, przy czym większości szczegółów dostarczył jak zawsze pomocny Urząd Bezpieczeństwa. Mama o mało nie dostała zawału, kiedy przypomniała sobie, że poszedłem na imprezę w pożyczonych oficerkach (nie pofatygowałem się jej wyjaśnić, skąd ten pomysł), i już wiedziała, że jej dzieci tam były. Wróciła do domu roztrzęsiona, a ja do wszystkiego się przyznałem. Cały czas się bałem, że mama wykituje. W stosunkowo młodym wieku całkiem posiwiała i obawiam się, że moje eskapady odegrały w tym zasadniczą rolę.

Do sarajewskich redakcji natychmiast zaczęły przychodzić listy od zatroskanych obywateli, z których część niewątpliwie była zatrudniona na drugim etacie w Urzędzie Bezpieczeństwa. Wielu zgodnie żądało ujawnienia oburzonemu społeczeństwu nazwisk ludzi uwikłanych w organizację nazistowskiej imprezy w Sarajewie, żeby można było szybko i bezlitośnie usunąć ten wrzód na zdrowym ciele socjalizmu. Pod presją zdyscyplinowanego społeczeństwa w styczniu 1987 roku radośnie ogłoszono nazwiska „nazistowskiej dziewiętnastki”. W telewizji i radiu odczytano pełną listę, którą nazajutrz opublikowano w gazetach, na wypadek gdyby ktoś się na nią nie załapał poprzedniego dnia. Obywatele zaczęli spontanicznie organizować zebrania, które zaowocowały lawiną żądań surowej kary. Równie spontaniczne akcje podjęli studenci, z których część pamiętała nasze dekadenckie spektakle w klubie Volens-Nolens. Na spotkaniach tych formułowano pytania typu „dokąd zmierza nasza młodzież” i dochodzono do wniosku, że zmierza w niewłaściwym kierunku, a rozwiązania problemu upatrywano w surowych karach. Spontanicznie spotykali się także weterani wojny wyzwoleńczej, wyrażali stanowczy pogląd, że w naszych rodzinach zagubił się gdzieś etos socjalistycznej pracy, i również konkludowali, że nie może się obejść bez surowej kary. Sąsiedzi odwracali głowy, kiedy mnie mijali, a koledzy ze studiów bojkotowali zajęcia z angielskiego, ponieważ ja na nie chodziłem (lektorka szlochała cicho w kącie). Rodzice naszych znajomych zabronili im widywać się z nami. Czułem się tak, jakbym czytał powieść, w której jedna z postaci - lekkomyślny nihilistyczny debil - nosi moje nazwisko. Nasze biografie się przecięły, a nawet dramatycznie utożsamiły. W końcu zacząłem wątpić we własne istnienie. A jeżeli moja rzeczywistość została wymyślona przez kogoś innego? A jeżeli tylko ja nie widzę, jaki naprawdę jest świat? A jeżeli wszystko, co widzę, jest tylko moją projekcją? A jeżeli jestem po prostu głupi?

Isidora, której mieszkanie przeszukano i Urząd Bezpieczeństwa zabrał wszystkie jej papiery, uciekła z rodziną do Belgradu i już nigdy nie wróciła. Ci z nas, którzy zostali, trzymali się razem. Goga miała operację wyrostka i leżała w szpitalu, gdzie pielęgniarki się z niej naśmiewały, a Guśa, Deva i ja bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Braliśmy udział we wszystkich spontanicznych zebraniach, mając płonną nadzieję, że nasza obecność w jakiś sposób przywróci wszystkim poczucie proporcji i uda nam się wyjaśnić, że to był tylko kiepski performance/żart, a może przekonamy zgromadzonych, że nikomu nic do tego, co robiliśmy na prywatnej imprezie. Obecni na tych spotkaniach przeróżni patrioci i wyznawcy socjalistycznych wartości również odgrywali numer z dobrym i złym policjantem. Na zebraniu uniwersyteckiej organizacji partyjnej (wszedłem na nie na krzywy ryj, ponieważ ani wcześniej, ani potem nie byłem jej członkiem) rolę złego policjanta odgrywał niejaki Tihomir (w dosłownym tłumaczeniu jego imię to „cichy pokój”). „Naplułeś na kości mojego dziadka!”, wrzeszczał na mnie bez przerwy i prychał z niedowierzaniem, kiedy mówiłem, że to wszystko jest po prostu absurdalne, a sekretarz organizacji partyjnej, sympatyczna młoda kobieta, bezskutecznie próbowała go uspokoić.

Od tej pory partia czujnie nas obserwowała. Tak w każdym razie powiedział pewien mężczyzna wysłany przez Komitet Wojewódzki partii komunistycznej na inspekcję do naszego domu. „Uważaj - powiedział tonem dobrego wuja - oni mają na ciebie oko”, dzięki czemu w jednej chwili zrozumiałem Kafkę. (Zaledwie kilka lat później ten sam człowiek przychodził do nas kupować miód od mojego ojca, który handlował tym towarem. Wydarzenia związane z nieszczęsną imprezą urodzinową kwitował następująco: „Takie były czasy”. Któregoś razu powiedział mi, że jego dziesięcioletnia córka chce zostać pisarką, i pokazał mi jeden z jej wierszy, który z dumą nosił w portfelu. Wiersz przypominał szkic listu pożegnalnego samobójcy, ponieważ zaczynał się od słów: „Nie chcę żyć, bo nikt mnie nie kocha”. Człowiek ten powiedział mi, że córka jest za bardzo nieśmiała, żeby pokazać mu swoje wiersze, toteż upuszcza je niby niechcący na podłogę, żeby mógł je znaleźć. Pamiętam, że kiedy wychodził, zawsze uginał się pod ciężarem miodu Hemonów. Mam nadzieję, że jego córka nadal żyje).

Wrzawa wokół skandalu w końcu ucichła. Mnóstwo ludzi uświadomiło sobie, że cały raban jest odwrotnie proporcjonalny do poziomu szkodliwości naszych poczynań. Zrobili z nas kozły ofiarne, ponieważ bośniaccy komuniści chcieli pokazać, że tłumią w zarodku wszelkie podejmowane przez młodych ludzi próby kwestionowania świętych socjalistycznych wartości. A reżim komunistyczny miał teraz na głowie znacznie poważniejsze skandale. Kilka miesięcy później władze nie były już dłużej w stanie zatuszować sprawy upadku przedsiębiorstwa państwowego Agrokomerc, którego szef miał układy w Komitecie Centralnym i zbudował miniimperium na nieistniejących obligacjach czy też ich socjalistycznej wersji. Poza tym zaczęto aresztować i publicznie potępiać ludzi, którzy krytykowali niedemokratyczne rządy komunistyczne i religijny wręcz kult Tity. W przeciwieństwie do nas ludzie ci wiedzieli, o czym mówią. Mieli ukształtowane poglądy, zajmowali określoną postawę ideową i polityczną, a ich zasady należały do innej kategorii niż nasze pogmatwane nastoletnie emocje. Dopiero później zrozumiałem, że to my byliśmy bezpańskimi psami z latarkami na czołach, a potem przyszedł sanepid i w pamięci ludzi z tych wydarzeń zostały tylko psie kupy.

Jeszcze przez wiele lat spotykałem ludzi, którzy nadal uważali, że przyjęcie urodzinowe było faszystowskim spotkaniem, i najchętniej wysłaliby nas na szubienicę. Rzecz jasna, nie zawsze afiszowałem się ze swoim udziałem w tym skandalu. Pewnego razu, kiedy wezwano mnie na ćwiczenia rezerwy w górskiej głuszy niedaleko Sarajewa, siedziałem przy ognisku z pijanymi rezerwistami, którzy mieli jednomyślny pogląd na całą sprawę: wszystkim balangowiczom należałoby co najmniej spuścić ostre manto. Entuzjastycznie ich poparłem - perwersyjnie stwierdziłem nawet, że należałoby ich powywieszać, i dałem się ponieść rewanżystowskim emocjom. Takich ludzi, perorowałem, trzeba długo torturować, a moi dalecy towarzysze broni kiwali głowami z pełnym przekonaniem. Na chwilę stałem się kimś innym, wcieliłem się we własnego wroga, co było zarazem przerażające i wyzwalające. Wypijmy za to, zawołali rezerwiści, no i wypiliśmy.

Wątpliwości, czy to wszystko dzieje się naprawdę, gnębiły mnie bardzo długo. Nie ułatwiało sprawy to, że Isidora, która teraz mieszkała w Belgradzie, w końcu rzeczywiście została zdeklarowaną faszystką. W latach dziewięćdziesiątych Belgrad stanowił żyzny grunt dla agresywnego faszyzmu i ona doskonale się czuła w takiej atmosferze. Organizowała spektakle, które sławiły bogatą tradycję serbskiego faszyzmu, i chodziła z późniejszym przywódcą serbskich jednostek paramilitarnych, morderców i gwałcicieli zwanych Białymi Orłami, którzy podczas wojny walczyli w Chorwacji i Bośni. Isidora napisała potem powieść zatytułowaną Narzeczona zbrodniarza wojennego (Verenica ratnog zloćinca). Dużo wcześniej przestaliśmy być przyjaciółmi, ale mimo to zadawałem sobie pytanie, co się stało - czy Isidora przystąpiła do faszystów ze względu na jakiś faszystowski element swojej osobowości, który przeoczyłem? Może tak naprawdę jej nie znałem, zaślepiony bezkresnymi możliwościami poezji nieistotnej, może byłem pionkiem w jej musicalu szachowym. Może jestem jak jedno z tych objawień Maryi Dziewicy, które pokazują się w dziale garmażeryjnym hipermarketu w Nowym Meksyku czy w jakimś innym miejscu - widoczny tylko dla wierzących, śmieszny dla wszystkich innych.

Dwa razy życie, Aleksander Hemon
Wyd. Dowody na istnienie, Warszawa, 2015