Najpierwszą jest świątynia słowa. Macierz niespożyta, do ołtarza której podążają cisi. Obśmiewani furkotem bezrozumnej przyczyny licznego przecież istnienia. Tumult straganów. Przypalane na ruszcie mięsiwa. Wybroczyny skwierczące jadem cholesterolu do rytmu pochłanianego kaganami piwa. Skowyt biesiadnej muzyki powracającej echem w sezonie burz, niesie się sponad tafli jeziora pod same góry po czeskiej stronie. Drga cały tłum w fecie wielkiej, a niespożytej radości istnienia. Każden zachłanny, każden chce do syta. Świątynie hojnie zaopatrzone, pełne wyznawców, którzy w pradawnym obyczaju, zapewne nieświadomie, dzielą się wódką rozcieńczoną, chlebem, mięsiwem – rzucając owe dary na szczerą ziemię. Ta, wdzięczna, chłonie do syta. Rosną w siłę dotąd niepamiętani bogowie.
Jakiż spokój otoczenia. Każdy szmer staje się pieśnią. Noce pełne wilgoci, szmerów i trzasków. To już cała symfonia, która z codzienności przygłuszonej rykiem miasta, tutaj wybrzmiewa w pełni. Można się zasłuchać i oszaleć w pięknie. Dorodne krzyżaki wychodzą na nocne łowy, a opowieści swoich pajęczyn w girlandy rozwiesiwszy, trwają uporczywie w oczekiwaniu na niechybną ucztę. Na poły oswojone koty wynizują z każdej szczeliny i już zupełnie nie wiadomo, kto bardziej przestraszony spotkaniem na drożynach nocy. Stalowe Ikary na granatowym nieboskłonie pewnie, majestatycznie kreślą swoje Odyseje. Iluż przebudzonych i w pełnej świadomości odbywa ową podróż, gdy tu, na przyziemiu trwa cała symfonia okrucieństw przyrody. Zjadający, zjadani, zapomniani, niezauważeni. Ruch materii, szarpanie tkanek, walka.
Na trzy dni senne miasteczko ożywa fetując święto kwiatów. Jest niezwyczajnie. Goście z całego obszaru śląska przybywają na ucztę, która za każdym razem przeciąga się do bladego świtu. Najdosadniejszym smutkiem napawają te krążowniki szos, które na zachodnich rejestracjach niosą do macierzy tutaj urodzonych. Teraz, już jako mieszkańcy Holandii, Niemiec, Norwegii, Wielkiej Bytanii, wiedzeni sentymentem, wracają w swojski obrządek. Jest intensywnie pod każdym względem. Rozmowy i gawędy nie mają końca, z każdym trzeba przepić za zdrowie, szczęście, powodzenie. Szczerze i do dna kieliszka snują się opowieści codziennych radości i smutków.
Niemalże nikt z przybyłych i wciąż miejscowych nie ma wątpliwości, że liczyć można tylko na siebie. Państwo w państwie z własnym obiegiem alkoholu, tytoniu, powszechnego ziela, bezrobocia, lewizny, bezpodatkowości, trwania w doczesności na obrzeżach kraju nie kraju. Centralne awantury polityczne, łoskot miast, mody, kultury – tu, mając przystęp znikomy, pozostają jak dwa ogniste bieguny bez własnego siebie zrozumienia. Nie potrzebujące swojej obecności. Obok siebie, lecz w zupełnie innej mentalnie przestrzeni. Struktura państwa jest tu co najwyżej obojętną, o ile nie wrogą. Najcięższym tego przykładem, gdy rozochocony tłum młodych, tuż przed świtem dopijając nocne eskapady chmielne, wódczane, wyzywa na pojedynek słowny kontrolujących taksówkarza policjantów. Słowo „pies” odmieniane w każdym z możliwych przypadków, zdobione najwyszukańszym przekleństwem tworzy muzykę, która narasta niebezpiecznie. Wulkan wciąż tylko drzemie, mruczy, potężnieje. Szkło, jeżeli już leci, to, póki co, tylko na ziemię pod nogi. Jesteśmy częścią tego wołania w duszy, której trudno jest się nie solidaryzować z duchem młodych. Oszukani, zostawieni, potężnieją w muzyce nasączonej bólem, jadem, żalem. Wynaturzenie państwa, które nie rozumie, nie zapobiega narodzinom tej siły, z której nie raz rodził się chaos. W tych dniach przeczytaliśmy „Złote okulary” Giorgio Bassaniego - ta sama muzyka, która wciąż potężnieje, jak owi bogowie, jak owo polowanie.
(mr)
07.07.2014
