Osoby, których miłość zdobywa się dzięki oszustwu, nie są nigdy kochane naprawdę. Pamiętam, że pewien umierający nie chciał nawet rozmawiać z osobami, które go kochały, bo pozwolił im wierzyć, że je kocha.
Svevo
Gdyby nazwać podnoszącym na duchu rozległy kompleks architektoniczny Cmentarza Komunalnego w Ferrarze, tak jak się prezentuje oczom kogoś, kto z wąskiej via Borso wychodzi na ogromny plac della Certosa, ryzykowałoby się oczywiście, że nas wyśmieją. Nigdzie we Włoszech, a już na pewno w Emilii, śmierć nie cieszyła się nigdy dobrą opinią. A jednak, gdy dotrzemy do końca via Borso - wąskiej kiszki tranzytowej długości mniej więcej stu metrów, nad którą z obu stron ciąży listowie wylewające się z dwóch wielkich, patrycjuszowskich ogrodów, z zakładami kamieniarskimi i kwiaciarniami stłoczonymi na początku i u wylotu - nagły widok cmentarza sprawia zawsze pogodne, niemal wesołe wrażenie.
Aby uświadomić sobie, jak wygląda piazza della Certosa, wystarczy pomyśleć o rozległej, prawie pustej łące, z rozrzuconymi na niej z rzadka pomnikami nagrobnymi sławnych niekatolików ubiegłego wieku: słowem, o czymś w rodzaju placu broni. Na prawo surowa, nieukończona fasada kościoła San Cristoforo oraz zataczający obszerne półkole sięgające murów miejskich czerwony portyk z początku XVI wieku, który w niektóre popołudnia zalewa prawdziwa gloria słońca. Na lewo tylko niskie domki w typie wiejskim, tylko murki rozdzielające wielkie ogrody warzywne, w które jeszcze dzisiaj jest dość bogata ta najdalsza dzielnica miasta: domki i murki, które w przeciwieństwie do tego, co mają naprzeciwko, nie stanowią żadnej przeszkody dla wydłużonych popołudniowych i podwieczornych promieni światła słonecznego. W obrębie przestrzeni zawartej w tych granicach mało co mówi o śmierci. Nawet dwie pary aniołów z terakoty stojących na obu krańcach portyku i przedstawionych w pozie oczekiwania na sygnał z nieba, by zadąć w długie trąby z brązu, które przytknęły już do ust, nie mają w sobie, jeśli dobrze popatrzeć, nic strasznego. Nadymają na próbę czerwone policzki, niecierpliwie czekając, by zagrać, spragnione zabawy jak tamtych czterech rosłych chłopaków, bez wątpienia z okolic Ferrary, pod postacią których przedstawił ich barokowy artysta.
Z tego to może powodu, z powodu łagodnej aury tego miejsca, a także, rozumie się, dla jego doskonałej, niezmiennej pustki, piazza della Certosa była zawsze miejscem spotkań zakochanych. Gdzie chodzi się w Ferrarze, także i dziś, gdy chce się porozmawiać z kimś nieco na uboczu? Na piazza della Certosa; przede wszystkim. Jeśli sprawy potoczą się tak, jak chcemy, łatwo będzie potem dotrzeć na pobliskie bastiony, gdzie miejsc ustronnych, z dala od niedyskretnych spojrzeń nianiek, które także dość regularnie odwiedzają w godzinach przedwieczornych piazza della Certosa, jest ile dusza zapragnie; a jeśli, przeciwnie, idylla nie będzie miała dalszego ciągu, rzeczą równie łatwą i zgoła nie kompromitującą będzie wrócić w towarzystwie do centrum miasta. Jest to dawny obyczaj, rodzaj rytuału, równie stary prawdopodobnie, jak stara jest sama Ferrara. Istniał wczoraj, istnieje dzisiaj, istnieć będzie także i jutro. To fakt, że dzwonnica kościoła San Cristoforo, ucięta w połowie wysokości angielskim pociskiem w kwietniu ’45 i niby krwawy kikut pozostawiona w takiej postaci, zdaje się mówić, że wszelka gwarancja wieczności jest złudzeniem; i że dlatego przekaz nadziei, jaki zdaje się wyrażać ciepła czerwień nietkniętych portyków w słońcu, nie jest też niczym innym, jak oszustwem, fortelem, pięknym i dobrym kłamstwem. Skończy się, to pewne, przestanie wcześniej czy później istnieć, krzepiąc i mamiąc dusze tych, którzy je podziwiają - tak jak tuż obok przestała już istnieć dzwonnica kościoła San Cristoforo - smukły szereg łuków wyciągających się jak dwoje rozpostartych ramion ku światłu. I to się skończy bez wątpienia wcześniej czy później, jak wszystko. Ale tymczasem o krok od tylu tysięcy zmarłych mieszkańców miasta leżących w długich rzędach na przyległym cmentarzu i gdy na rozległej, trawiastej przestrzeni usianej tu i tam obeliskami i kolumnami nagrobnymi niewzruszenie, spokojnie, obojętnie toczy się życie zdecydowane trwać, nie poddawać się, czyż jest proroctwo, które bardziej niż to zapowiadające nieuchronne końcowe Nic skazane by było na rozproszenie się w pełnym podniet powietrzu bliskiego już wieczoru, na pozostanie niewysłuchanym?
Giorgio Bassani, Między murami
Wyd. Zeszyty Literackie, 2017

