Edmund OsmańczykŚląsk Opolski wrócił do Rzeczypospolitej. Starostowie polscy objęli władzę nad powiatami, burmistrzowie nad osiedlami miejskimi. „Odrąbana gałązka wróciła do macierzy”.


Biało-czerwone chorągwie, orły piastowskie witają przedstawicieli Rzeczypospolitej. Jesteśmy na ziemi ojców.


Może przyszłe pokolenia znajdą wyrazy oddające wielkość przeżywanej przez nas chwili. Dla nas otępiałych w gigantycznej wojnie ta prostota samego faktu historycznego, dokonania się dziejowej sprawiedliwości jest onieśmielająca. Serce nie tłucze się w piersi, nie dławi gardła, ale zwyczajnie przystaje na sekundę, aby znów bić nerwowo troskami dni powszednich. Więc nie mogąc chwili powrotu rozdzwonić, rozburzyć, rozwichrzyć, uciekamy do spraw dotykalnych, uchwytnych, widocznych, do administracyjnego inwentaryzowania przeszłości i teraźniejszości Opolszczyzny w ramach Polskiego Państwa.


Widzimy miasta w większości zniszczone działaniami wojennymi, w granicach od dwudziestu do osiemdziesięciu procent. Wsie popalone i zburzone w stopniu daleko mniejszym. Cyfra ogólna trzydziestu procent może będzie za wysoka. Ludność w miastach niejednolicie utrzymała swój stan. W Bytomiu ze stu tysięcy mieszkańców pozostało pięćdziesiąt pięć tysięcy. W Gliwicach ze stu trzydziestu tysięcy - około osiemdziesięciu tysięcy. W Opolu z pięćdziesięciu dwóch tysięcy - nikogo. W Kluczborku z dwunastu tysięcy - siedemdziesiąt osób. W Oleśnie z siedmiu tysięcy - osiemset osób. W Gorzowie z trzech tysięcy - tysiąc. W Raciborzu, jak w Opolu - nikogo.


Życie gospodarcze miast zamarło zupełnie. Między szkieletami wypalonych domów wyróżniają się domy całe, wyróżniają się zabitymi deskami sklepy, w których nic nie ma. Totalna gospodarka opróżniła je już przed rokiem. Ze zwieszonych nad wypalonymi i pustymi sklepami szyldów o barwach czarno-białych lub czarno-czerwonych spoglądają na nas melancholijnie gotykiem pisane nazwiska: Kosmalla, Bogatz, Jendretzki, Komar, Przewloką, Wiescholleks-Erben... Statystyk powiatowy oblicza, że na szyldach co czwarte nazwisko jest niemieckie, to znaczy Müller, Schmidt czy Mayer.


Na zachód od Odry, położone pięknie, kwitnące w zieleni miasto biskupie Nysa (na Śląsku są dwie rzeki Nysy - Kłodzka i Łużycka - oraz jedno miasto Nysa). W mieście tym jest wielka elektrownia, której prąd oświetla całą Opolszczyznę, wsie i miasta. Obecnie Nysa jest w ogniu walk. Opole, Olesno, Kluczbork, Strzelce toną w ciemnościach. Dalsza konsekwencja - brak wody i gazu.


W opustoszałych mieszkaniach tumany pierza wśród okaleczałych sprzętów. Bocznymi ulicami i polnymi drogami przemykają się kobiety, mężczyźni, wyrostki z tobołami łupów z Opolszczyzny. To kruki z częstochowskiego zagłębia, z Wieluńskiego, nawet z Łódzkiego, przybyłe tu na żer. Schwytani tłumaczą się powrotem... z obozów koncentracyjnych, gdzie „szlachetni” esesmani dali im złote i w kartach rozpoznawczych przybili pieczątkę „Wymiany dokonano”. Polska milicja ma wiele pracy, by zabezpieczyć polski dobytek przed rodzimym ptactwem.
Po wsiach nie ma koni, bydła i trzody. Niemcy uprowadzili większość za Odrę. Pola obsiane w połowie. Wiosenne prace rolne wykonują przeważnie kobiety i dzieci. Nie jest to obraz nowy. Po powstaniach śląskich, pamiętam, było to samo. Kobiety orały i siały. Gospodarstwo musiało być utrzymane.


Tyle zaciętości w kobietach spotkać niełatwo. Jesteśmy w kraju, który ma najdorodniejsze i najpracowitsze niewiasty. Wszystkie mówią po polsku i modlą się po polsku. Im zawdzięczamy, że Śląsk po dziś dzień zachował polski charakter.


Na sto trzydzieści tysięcy gospodarstw Opolszczyzna posiada osiemdziesiąt osiem tysięcy gospodarstw karłowatych i małorolnych. Nie trzeba dodawać, że właścicielami są Polacy. Niemiec nie ma miłości do ziemi, nie potrafi trzymać się pazurami kilku juterek, jak na Śląsku zwą morgi.


Rzeczpospolita upełnorolni chłopstwo opolskie, lecz przedtem w starostwie przeprowadzą narodowościowy kataster, oddzielając ludzi polskiej krwi od przybyszów z Prus, Bawarii i Westfalii, których usunie się bezpowrotnie.


II


W Opolu, mieście drzew i ogródków, kwitną wśród zgliszcz krokusy. W kalendarzu sprawdzamy datę: 21 marca. Zgadza się. Wiosna.


Przez pontonowy most na Odrze idą kolumny niemieckich jeńców. Z Wrocławia, z Nysy, Grodkowa, Niemodlina. Patrzą zdumieni na sztandar polski powiewający z ratusza i zamkowej wieży.


- Ihr seid in Polen - tłumaczymy uprzejmie.
- Aber, das ist doćh Oppeln?-pada głos z szeregów.
- Nein, das ist Opole.


Nie rozumieją pruscy żołnierze, którzy przeszli dwukrotnie przestrzeń Odra-Wołga i nie widzieli Polski, której miało już przecież nigdy nie być, zwieszają pochmurnie głowy. Kłamstwo pruskiego Lebensraumu budzi w nich uczucie krzywdy. Trzeba będzie stosować ostre metody wychowawcze wobec Niemców, aby pojęli wreszcie, że to, co jest sprawiedliwe, może być dla nich „niedobre”, że między sprawiedliwością ludzką a „dobrem niemieckiej nacji” jest przepaść.


Opodal pontonowego mostu, na wyspie w rozwidleniu Odry stoi szczęt piastowskiego zamku - wieża, z rozczapierzonym ogromnym krukiem na szczycie. Zamek zburzono w 1930 roku. Zburzono nawet fundamenty, aby już nie pozostał ślad polskiego budownictwa. Ziemia opolska jest jednak nieustępliwa. Pod fundamentami zamku odkryto biskupińskie osiedle. Propaganda ostbundowych2 nieuków uderzyła w wielki dzwon: germańskie osiedle prehistoryczne pod piastowskim zamkiem. Zjechali się uczeni z Berlina, Pragi, Poznania i Sztokholmu. Nie było wątpliwości - osiedle ma wszystkie cechy słowiańskie. Roboty wykopaliskowe wstrzymano, propaganda umilkła.


Decyzją prezydenta rejencji zrównano ziemię i wybudowano na miejscu piastowego zamku, wzniesionego na słowiańskim osiedlu, nowoczesny koszarowy gmach pruskiej administracji ziemi opolskiej.


Z biurka prezydenta rejencji wyjmuję papier listowy. Przekreślam tytuł „Der Regierungspräsident Oppeln den... 194…”, piszę „Opole, w marcu 1945” i rozpoczynam artykuł do „Odrodzenia”. Jest w tym dużo dziecinnej satysfakcji. Dosłownie dziecinnej. Pamiętam, w 1923 roku szedłem z matką przez Opole (miałem wówczas lat dziesięć) i zadawałem matce tysiące pytań po polsku. Idące za nami brzuchate niemczysko krzyknęło nagle: „Hier wird deutsch gesprochen!”. A ja właśnie gapiłem się na wieżę zamkową, na której wówczas trwał jeszcze piastowski orzeł. Struchlałem, gdy mi wieżę przysłonił pruski kloc. Matka nerwowo schwyciła mnie za rękę. Skręciliśmy w boczną ulicę.


Teraz w Opolu nie spotkam Niemców. Nawet tu, w niedostępnej dla Polaka rejencji, jedynym śladem gburowatego „Hier wird deutsch gesprochen" jest cudowny napis przy wejściu:


Du bist in einem deutschen Haus.
HEIL HITLER gruss.
Sonst fliegst du raus.


Widocznie wszyscy Niemcy w Opolu przestali pozdrawiać się „Heil Hitler’’, bo wylecieli i nie ma ani jednego.


III


W kościele na Górce (przypomina Sacré Cœur na Montmartre) ostatni spis poległych parafian, przybity do drzwi zakrystii: Obracaj, Gusko, Olschenka, Rusitzka, Cebulla, Dziwissek, Gogolok, Barteczko, Gruschka, Kulik, Chluba, Kowohl i Krajan.


Przed kościołem, na kamienicy muzeum polskie plakaty z granicami Odry i Nysy oraz napisy: „Nie będą Matki Polki rodziły więcej żołnierzy germańskich”. „Śląsk Opolski był, jest i będzie polskim”.


W muzeum orły piastowskie i polskie chorągwie. Pruska omyłka. W trumnie muzeum nie wolno zamykać godeł żywego narodu. Wpierw trzeba zabić naród, potem można mumifikować ślady.


Przed kościółkiem Świętego Sebastiana, gdzie jeszcze w sierpniu 1939 roku odbywały się polskie nabożeństwa, stoi Boża Męka z odłupanym napisem polskim: „Od ognia, głodu i wojny zachowaj nas, Panie”.


Nie zachował. Mamy pobojowisko.


IV


W Kluczborku mieście i powiecie była większość Polaków wyznania ewangelickiego. Podobnie jak na Mazurach nastąpiło tu rozszczepienie z narodem polskim, na skutek mądrego jadu germanizatorów, że Polska to katolicki naród, w którym nie ma miejsca dla protestantów. Hasła „polsko-katolickie” na Śląsku odepchnęły Polactwo kluczborskie, sycowskie, namysłowskie, tak jak Warmię i Poznańskie myślą parafialną, nie państwową, pogrążyły w prusacyzm Mazury.


W zborze kluczborskim, wzniesionym, jak napis głosi, w 1745 roku przez Daniela Mietłę, jest tablica ze spisem pastorów miejscowych od roku 1707 do 1907. Oto nazwiska: Tyrnka, Schlossarek, Russke, Chmura, Czuda, Piechatschek, Jurczek, Neumann, Kalama, Nowak, Swientek, Cichon, Kokott, Wościech, Ulitzka, Stener, Pixa, Moschek.


Na ławkach w zborze tabliczki, oznaczające nazwiskami opłacone miejsca w roku 1845. Wśród nazwisk niemieckich znajdujemy i takie: Kantor, von Borkowski, Opolka, Bragulla, Fabianek, Michalik, Koschinski, Wolnik...


W mieście nie ma ludzi. To samo po wsiach. Z pięćdziesięciu siedmiu tysięcy mieszkańców powiatu i miasta pozostało trzy tysiące. Reszta odeszła za Odrę wraz z cofającą się armią niemiecką. Ile było przymusu (że był, stwierdziliśmy na pewno), a ile obawy - określić trudno. Faktem jest, że katolicka ludność polska powiatu opolskiego czy oleskiego ukryła się przed ewakuacją i w większości pozostała, natomiast polskiej ludności ewangelickiej w kluczborskim oglądamy garstkę.


W latach przedwojennych Polacy Nadodrza i Prus Wschodnich świadomie usunęli z mowy potocznej i pism pojęcia Polak katolik i Polak ewangelik. Przyjęte na Kongresie Polaków w Niemczech 6 marca 1938 roku  Prawdy Polaków rozcinały raz na zawsze problemy polskich sumień. Oto prawdy Polaków:


Prawda pierwsza: Jesteśmy Polakami.
Prawda druga: Wiara ojców naszych jest wiarą naszych dzieci.
Prawda trzecia: Polak Polakowi bratem.
Prawda czwarta: Co dzień Polak narodowi służy.
Prawda piąta: Polska Matką naszą, o Matce nie wolno mówić źle.


v


W Gorzowie, małym miasteczku w powiecie oleskim, spotykam przy kościele starowinę, pamiętającą moich rodziców i mnie pędraka, któremu gorzowskie barokowe kamieniczki wydawały się olbrzymimi zamkami. Dopytuję się o znajomych. Nie ma. Umarli. Zginęli. Wyjechali. Śladów polskości, poza nazwiskami, nie ma tu już żadnych, oczywiście nie licząc mowy polskiej pozostałych w Gorzowie mieszkańców. Z trzech tysięcy pozostał tysiąc, trzecia część.


- Trzecina się aby ostała, synku, ale dobre Polactwo, rządzą wszyscy po naszemu - opowiada mi starowinka („rządzić” znaczy mówić).


W kościele usunięto polskie napisy. Szukamy więc polskich chorągwi. Są. Na jednej napis: „Hl. Franziskus bitte fur uns!”. Ten napis jest naszyty na oddzielnym skrawku jedwabiu. Odpruwamy go i oto mamy spłowiały napis: „Św. Franciszku, módl się za nami!”.


Jedna z chorągwi z Matką Boską ma materię starą bardzo, zetlałą już i jakby poplamioną. Napisu nie ma. Z boku tylko wyhaftowana data: 1733. Zdumieni oglądamy chorągiew pod słońce i - odczytujemy wyprute litery:


„Bractwo różańcowe założone w Gorzowie w r. 1733 od ks. proboszcza Dubiela - Święta Królowo Różańcowa, módl się za nami!”


Litery wypruto „łońskiego roku, jak gestapo robiło rewizję w kościele...”


W zakrystii Modlitwy po Mszy Świętej w języku polskim i niemieckim. Wśród ewangelii i mszałów dwie polskie książki: Katolicki katechizm dla diecezji wrocławskiej, Wrocław 1871, drukarnia Nischkowskiego, oraz Lekcje i ewangelie ks. Tomanka, Cieszyn 1930 rok.


Proboszcza nie ma. Zabrali go hitlerowcy, pobiwszy wprzód za chęć pozostania na miejscu.


VI


W Oleśnie na uroczyste przejęcie władzy przez starostę polskiego 25 marca 1945 roku zeszła się z wiosek gromada Polaków.


Edmund Osmanczyk grob wOpoluStarosta, sam opolanin, trafił swą mową do serc. Ludzie płakali, a śpiew Boże, coś Polskę załamywał się w krtaniach. Dawni działacze Związku Polaków, mający w czasie wojny za sobą lata obozów koncentracyjnych, gdy przyszło im przemawiać, z trudem dobywali głosu.


Na cmentarzu Olesna są groby powstańców. W sercach oleskich ludzi jest pamięć powstania. Łzy, które płynęły w Oleśnie, były łzami żołnierzy, którzy dotrwali do zwycięstwa.


W Kluczborku, opustoszałym mieście, w jednym z domów przy trakcie wrocławskim, w wyrabowanej całkowicie izbie, na obdartej z obicia kanapce leży młoda kobieta o siwych włosach i promiennym uśmiechu. Drewniane buty, czarna sukienczyna i pasiasta kurtka na zgrzebnej koszuli. To wszystko. Żadnych dokumentów, żadnego tobołka. Na kurtce w dziwaczne pasy - zielony trójkącik. „Dobry człowiek. Więzień polityczny”. Szła widać z jakiegoś koncentracyjnego obozu do swoich, do Polski. W opustoszałym mieście, czekającym na przybycie polskiego starosty, weszła do przydrożnego domu, by odpocząć. Serce przystanęło i nie poruszyło się więcej.


Żołnierz nieznany?


Zarządzeniem władz polskich znajdzie grób obok śląskich powstańców. Zmarła na polskiej ziemi, która już wielu przygarnęła ukrzywdzonych do śmierci.


VII


W marcu 1945 roku rozpoczęliśmy odbudowę państwa polskiego nad Odrą i Nysą.

 

Ludzie idący tam pracować nie zastają kraju, który się „obejmuje i rządzi”, lecz kraj, który trzeba ożywić pracą, usunąć zgliszcza i gruzy, oczyścić budowle, a ziemię zaorać i obsiać. Kraj jest bogaty. Tylko trzeba bogactwo wydobyć własną pracą. Za kilka lat będzie to jedna z najbogatszych dzielnic środkowej Polski. Tak, środkowej, bo z Opola do granicy z Niemcami, do łużyckiej Nysy jest dwieście kilometrów.


Chodzę po Opolszczyźnie, przejeżdżam opustoszałe ziemie wrocławskie i myślę o przeludnionym Krakowie, o kretowiskach bohaterskiej Warszawy, o zduszonej w chłopskich izdebkach wsi polskiej. Po cóż ci ludzie się gnieżdżą, po cóż zużywają tyle sił na zdobycie suchotniczej klatki, kiedy tu na zachodzie jest ziemi i pracy, i mieszkań dla wszystkich...


Oddycham zielenią, wiosennym krajobrazem. Jakżeż tu pięknie nad Odrą! Cóż, że dziś pobojowisko? Ale nasze! Możemy tu cuda zrobić. Każdy, kto ma myśli jasne i silne ręce, wyrośnie tu na swoją miarę.


A znasz, bracie, swoją miarę? Myślę, że nie. Bo miarę ludzką poznaje się tylko tam, gdzie jest pracy bez miary.


Takim krajem jest polska ziemia nad Odrą i Nysą.


Edmund Osmańczyk

 

***

 

Reporter, czyli Polak


Gładko zaczesane do tyłu włosy, a pod szyją muszka. Elegancki pan, który w telewizji mówił o świecie, najczęściej o Niemczech i USA.


W latach 1945-1969 jako korespondent Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej był wszędzie tam, gdzie działa się historia. Pod koniec wojny dotarł do zbombardowanego Berlina, relacjonował konferencję w Poczdamie, pisał korespondencje z procesu norymberskiego. „Żadne większe wydarzenie w 1945 roku nie odbyło się bez Osmańczyka” - stwierdził „Przekrój”.


Przed wojną studiował w Warszawie, Bordeaux i Berlinie, był doktorem nauk politycznych, jako obserwator uczestniczył w wielu sesjach ONZ-etu, jego pobyt w Nowym Jorku zaowocował słynną Encyklopedię ONZ i stosunków międzynarodowych (1982). Pracował nad nią dwadzieścia pięć lat, najpierw w Polsce stworzył wersję zawierającą pięćset haseł, potem w Meksyku, gdzie był korespondentem pap -tysiąc. Przedmowę do angielskiego wydania encyklopedii napisał Javier Perez de Cuellar, sekretarz generalny ONZ-etu. W PRL-u była powiewem Zachodu.


Kiedy więc znalazłem reporterską książkę Osmańczyka Notatki korespondenta z 1951 roku i przeczytałem we wstępie, że „książeczka ta jest zbiorem dwudziestu krótkich reportaży z lat 1945-1950”, zapałałem chęcią natychmiastowego jej przeczytania. W tamtych czasach rzadko pisano oszczędnie. Poza tym ciekawiło mnie, co notował ówczesny korespondent światowiec, władający kilkoma językami politolog.


Obraz życia w Stanach według reportera Osmańczyka wyglądał tak, jak powinien wyglądać w Polsce stalinowskiej:


Ludzie zapracowani do kresu sił, żyją mitem, że kiedyś dorobią się takiej sumy dolarów, która pozwoli im na życie z trudu innych ludzi. Fakt, że liczba takich „szczęśliwców” od stu lat stanowi niezmiennie ułamek procenta ogółu ludności, nie burzy mitu. Wymagałoby to trudu myślenia. A tymczasem upalny i wilgotny klimat, ostre, słoneczne i barwne neonowe światło, chór milionów bez przerwy grających i gadających głośników, to wszystko utrudnia myślenie, rozprasza resztki energii, pozostałej po zawodowej pracy.


Otępieni pracą, oślepieni światłem, znarkotyzowani dźwiękiem obywatele imperium Trumana czytają nagłówki pism, drukowane olbrzymimi lite-rami, odpoczywają, przeglądając obrazkowe opowiastki o „amerykańskim nadczłowieku” (Superman - najpopularniejsza postać rysunkowych bzdur), ogłupiają się hollywoodzkimi filmami i powoli zaczynają wierzyć, że są narodem powołanym do rządzenia światem [...].


Pisał, że przeciętny Amerykanin nie ma świadomości, że jego kraj się faszyzuje. Przyznawał, że wyjechał z Ameryki wstrząśnięty, bo trzy lata po wojnie dojrzał znów wroga pokoju: „nadczłowieka”, tym razem amerykańskiego.


Recenzent „Dziennika Polskiego” podkreślał, że te małe reportażyki, posługując się jedynie obrazami, odsłaniają „podszewkę mokrej imperialistycznej roboty”.

 

Edmund Osmańczyk przez dwadzieścia cztery lata był posłem na Sejm PRL. Po śmierci Stalina głosował za przemianowaniem Katowic na Stalinogród.


Z mównicy tłumaczył, dlaczego należy wpisać do konstytucji zdanie dotyczące przewodniej roli PZPR („Ma do tego święte prawo klasa robotnicza”). Głosował za legalnością wprowadzenia stanu wojennego. Po trzydziestu siedmiu latach wierności i lojalności, jesienią 1982 roku, razem z jedenastoma posłami zagłosował jednak przeciwko delegalizacji Solidarności. Zaczął jeździć do kościoła Świętej Brygidy w Gdańsku, zafascynował się Wałęsą. „To nie naród jest chory, lecz nasze państwo zniewolone obcym systemem politycznym” - pisał w 1988 roku w podziemnym „Tygodniku Mazowsze”. A w trakcie obrad Okrągłego Stołu reprezentował już stronę solidarnościowo-opozycyjną.


„To kolaborant” - szeptano o Osmańczyku. Odpowiadał: „Nie można kolaborować z własnym państwem”.


W kapitalnym szkicu biograficznym Aleksandry Klich i Marka Bastera Z zawodu Polak, poświęconym Osmańczykowi, autorzy pytają, dlaczego, choć w prywatnych rozmowach deklarował niechęć do ustroju socjalistycznego, nie wyemigrował. Dlaczego, mimo że doskonale wiedział o zbrodniach władzy i drażniła go cenzura, postanowił zrobić w Polsce karierę?


Znajdują odpowiedź, a jej częścią jest reportaż zamieszczony w naszej antologii.


Edmund Osmańczyk urodził się w niemieckim Deutsch Jagel - dzisiejszym Jagielnie, wiosce pod Strzelinem na Dolnym Śląsku. Ojciec był śląskim Czechem, matka Polką. Wychowywała dzieci i pilnowała, żeby mówiły po polsku. Wysłała go do gimnazjum w Warszawie, ale kazała przysiąc, że po maturze wróci, żeby pracować dla Polaków w Niemczech.


W1933 roku ułożył tekst hymnu Związku Polaków w Niemczech.


Paszport mam niemiecki, serce polskie. Ani nacjonalsocjalistą, ani komunistą, ani faszystą, ani socjalistą, ani narodowcem, ani państwowcem, ani też żadnym „...istą” czy „...owcem” nie jestem. Jestem Polakiem - napisał w debiutanckim tomie wierszy, wydanym w niemieckim Opolu.


Grzegorz Strauchold, historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego, uważa, że Osmańczyk to postać tragiczna:


Przez długie lata był mniejszością narodową w samym środku państwa niemieckiego. Po wojnie znalazł się między młotem i kowadłem: Polska komunistyczna albo emigracja. Co mógł zrobić człowiek, który poświęcił młodość, by zostać obywatelem państwa polskiego?


W 1972 roku Stefan Kisielewski oglądał w telewizji program o konferencji w Poczdamie. Zdumiony przecierał oczy, kiedy usłyszał, że zaproszeni mówią o dobrym Stalinie broniącym Polski przed złymi Anglikami i Amerykanami. Wśród gości siedział Osmańczyk. Gdy kilka dni później spotkali się na ulicy, Kisiel krzyczał: „Janek, jak możesz opowiadać takie bzdury?! Ty, żołnierz AK?!”.


Osmańczyk był zdziwiony. Kisiel zanotował w dzienniku, że Osmańczykowi chodzi o Śląsk Opolski. „Tam się wychował, tam marzył o przyłączeniu do Polski i oto rzecz się stała. A w jakich warunkach ogólnych - to go już nie obchodzi”.


„Likwidacja elementu bezspornie niemieckiego musi być szybka i bezkompromisowa. Niemcy z Nadodrza muszą zniknąć bezpowrotnie. Jest to akt sprawiedliwości dziejowej, a nie zaborczej przemocy” - napisał w 1945 roku, gdy założył w Krakowie Komitet Obywatelski Polaków Śląska Opolskiego. Nawoływał nawet do usuwania niemieckich napisów z budynków, pomników, nagrobków. Bo „niemczyzna na Śląsku zawsze była tylko pokostem, ordynarną farbą na polskim drzewie”.


Możemy sobie wyobrazić, z jakimi uczuciami pisał swój reportaż Na pobojowisku, kiedy wędrował po uwolnionych od Niemców miastach Opolszczyzny.


Mariusz Szczygieł

 

Znalezione w: „100/XX Antologia polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła

 

100 xx antologia polskiego reportazu mariusz szczygiel