Pije się w Polsce wiele. Istnieje już jednak w społeczeństwie jak gdyby instynktowny odruch przeciwko temu rozpiciu, które jest nie tylko jednym z przyzwyczajeń okupacyjnych, ale nadal leży tym ludziom we krwi jako najtańszy dziś środek rozrywki, oszołomienia i ucieczki od codzienności, choć już także stanowi codzienność. Pije się w Polsce za pięćdziesiąt miliardów złotych rocznie. Czytam na słupach ogłoszeniowych afisze plebiscytu jednego z tygodników: „Czy pijaków należy leczyć?”, obok ogłoszeń sztuki Ladacznica z zasadami Sartre’a [...].
Trochę zabawnie brzmią rozwieszone w niektórych lokalach nocnych ogłoszenia jakiejś tam ligi do walki z alkoholizmem, mówiące, że ludzi w stanie nietrzeźwym nie wolno wpuszczać. Cóż, kiedy przeważnie wypuszcza się ich właśnie w takim stanie.
Ile razy mowa o polskim pijaństwie, nie mogę oprzeć się przypomnieniu rozmów z Karolem Szymanowskim, kiedy mu się marzyło, jaka wspaniała byłaby ta Polska, gdyby się w niej piło nie wódkę, ale wino. „Bo uważasz, złotko, wino to przecież słońce, ta wódka to jednak kartofle”. I już całą różnicę wypowiadał tym porównaniem, wyznaczającym na pewno granicę, która określa wcale istotną różnicę cech psychicznych narodów i ich cywilizacji.
Mówi mi pewna starsza dama, bardzo krytyczna wobec dzisiejszości:
- Każdy ma teraz swojego patrona, jeden znajomość w UB, drugi plecy w partii, trzeci protekcję u władz lokalnych. Ja mam świętego Antoniego. Nie twierdzę, że bardzo mi jest pomocny w tych czasach, gdzie łatwiej wszystko zgubić, niż cokolwiek znaleźć. Tyle mam tylko dobrego z świętym Antonim, że przynajmniej nie potrzebuję z nim chodzić na wódkę...
Chyli się Polska w trudne czasy
przed bóstwem wódki i kiełbasy
i przed płaczami i po płaczach
po prasłowiańsku się zatacza
i z czkawką licząc swe ubóstwo
racji do chluby widzi mnóstwo...
- pisze współczesny poeta Czesław Miłosz.
Wracam z Polski 1948, Aleksander Janta - Połczyński
Znalezione w: „100/XX Antologia polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła
