Ogarnia mnie popłoch wewnętrzny, kiedy wyobrażam sobie, że idę ulicą ateńską w czasach Peryklesa (każdy z nas ma jakąś ulubioną epokę) i napotykam kogo? - oczywiście Sokratesa, który łapie mnie za łokieć i zaczyna w ten oto podstępny sposób:
- Witaj! Dobrze, że cię spotykam. Wczoraj z przyjaciółmi rozmawialiśmy o poezji: jaka jest jej istota i czy mówi prawdę, czy kłamie. Ale żaden z nas, ani Sophron, ani Kriton, ani Platon nawet nie układają wierszy. Ty natomiast to robisz i chwalą cię za to, więc musisz posiadać wiedzę o tym, czym jest poezja.
Wiem teraz dobrze, że sprawa jest dla mnie przegrana. Otacza nas zwarte koło gapiów. Podzielę los generała Lachesa, który nie potrafi dać definicji odwagi, i Polosa - sofisty, który nie zna się na retoryce, a także kapłana Eutyphrona, który o pobożności nie potrafi powiedzieć nic mądrego.
Koniec będzie zapewne taki: zawstydzony będę uchodził, ścigany śmiechem, a za mną będzie dudnił głos dialektyka:
- Jak to, oddalasz się i zostawiasz nas w ciemnej niewiedzy, ty, ty jeden, który mógłbyś ją rozświetlić? Unosisz tajemnicę i czarodziejskim swoim słowem będziesz nas znowu mamił. A my nie wiemy, czy ulec twoim czarom, czy się przed nimi bronić?
Przy całym moim uwielbieniu dla wielkiego ateńczyka wydawało mi się zawsze, że w jego dialogach, w sposobie ich prowadzenia jest pewna doza intelektualnego szantażu; bo przecież można być odważnym, a nie potrafić dać definicji odwagi, a także pisać nie najgorsze wiersze, będąc zgoła mizernym teoretykiem.
Sam język poezji - niedyskursywny tok myślenia, metoda posługiwania się obrazem, przenośnią, parabolą, oscylowanie między tym, co jasne, a tym, co zaledwie intuicyjnie przeczute - dostarczają argumentów obrony.
Mistrz z Delft, Zbigniew Herbert
