...razy powtarzać? Nie mogę tego jeść. Chcę, ale nie mogę. Te puszki z pasztetem doprowadzają mnie do szału. Ostatnio dają mi je bez przerwy, myślą, że to zęby. Fakt, z zębami nie jest dobrze. Dwa mi wyrwali już jakiś czas temu, bo tak rozbolały, że wyłem pół nocy i w końcu zawieźli mnie rano do tego miejsca, którego nienawidzę od tamtego czasu, to znaczy od dwunastu albo trzynastu lat, dokładnie nie pamiętam, gdy cztery razy zakładali mi tam gips na złamaną tylną łapę.
Konkretnie gips zakładali tylko trzy razy, bo za każdym razem w nocy go zrywałem, ciężki był strasznie i bolało jeszcze bardziej z gipsem niż bez. Na szczęście za czwartym razem połapali się i założyli mi lekki sztywny opatrunek z jakiegoś plastiku czy czegoś tam, co za różnica, grunt że było do zniesienia. Łapa się zrosła, to najważniejsze, choć czasem mnie rwie na zmianę pogody.
Po co ja to mówię? Aha, zęby. Więc wyrwali mi te zęby i jakiś czas był spokój. A rok temu złamał się trzonowy, nawet nie zauważyli. Dopiero jak przestałem gryźć suche kulki, których swoją drogą nigdy specjalnie nie lubiłem, coś zrozumieli i zaczęli mi dawać pasztet. Okazał się wstrętny. Lepi się do zębów, skleja pysk, ohyda.
Zresztą nie chodzi o pasztet. Nie mogę jeść w ogóle. Odrzuca mnie. Coś jakby mi siedziało w przełyku i blokowało możliwość łykania.
Nie jem już dwa dni. Ci tam na górze chodzą koło mnie, wydziwiają i wciąż próbują coś we mnie wmusić. Mogę tylko pić. Kiedyś odkryli, że lubię mleko. Nigdy mi go nie dawali, tyle lat, tylko wodę. Mówili, że dorosłe koty nie piją mleka. Akurat mają pojęcie, co piją dorosłe koty. Ale się uczą. Raz dali mi spróbować i zobaczyli, że szybko wypiłem, i odtąd dają prawie codziennie. Kłócą się przy tym, bo mówią, że mam po mleku sraczkę. No mam. Czasem nie dobiegnę do kuwety i posram się na dywan. Ten w okularach wpadł na pomysł, żeby mleko rozcieńczać wodą. Smakuje gorzej, ale lepsze takie niż żadne.
Kiedyś ten młody z długimi włosami ulał mi na spodek trochę dziwnej cieczy z puszki. Powąchałem, ale pachniała dobrze. Spróbowałem, słodkawa. Całkiem niezła. Wypiłem wszystko. Długowłosy się ucieszył i dolał mi jeszcze, a sam wyjadł z tej puszki takie małe żółte kulki.
Coś mnie kłuje w lewym boku. Wczoraj nad ranem tak sieknęło, że wrzasnąłem na cały głos i musiałem chyba długo na zmianę miauczeć i wyć, bo ta w koszuli nocnej wstała wściekła, otworzyła drzwi do sypialni, gdzie nie wolno mi wchodzić, i trzepnęła mnie gazetą. To głupie i niepoważne, że zawsze mam wtedy odruch ucieczki, to jest silniejsze ode mnie, a przecież wcale się nie boję. Doskonale wiem, że nic mi nie zrobią. W życiu mnie nie uderzyli, no poza tymi gazetami. Chyba nie lubię szelestu papieru i smrodu druku, nie wiem.
Schowałem się pod biurko tego w okularach i udawałem, że się przestraszyłem. Tam w środku bolało jednak jak diabli i nie mogłem się powstrzymać od pomiaukiwania. Ta w koszuli zamknęła drzwi i poszła spać. Nic nie rozumieją.
Nareszcie kupili mi mięso. Przełyk się odblokował i pożarłem trzy porcje. Wciąż mi dokładali, ucieszeni, że jem. Brzuch mnie tak rozbolał, że musiałem pójść na balkon i pojeść tych cienkich liści na trawienie. Chwilę później tak się porzygałem, że leżałem jak szmata chyba ze dwie godziny.
Wciąż chce mi się pić. Piję wodę, jak już nie ma co innego. Najbardziej lubię taką prosto z kranu, bo przy okazji mam trochę zabawy. Przy okazji ich wkurzam, choć nie o to mi chodzi, bo ich lubię i nie jestem złośliwy. Ale wkurzają się, zwłaszcza gdy stoję pod zlewem w kuchni i głośno domagam się podsadzenia mnie pod kran. Jeszcze niedawno sam wskakiwałem, co to dla kota. Ale od jakiegoś czasu nie daję rady. Ta sztywna po złamaniu łapa i chyba wiek, no bo co? Mam w końcu piętnaście lat. Już nie jestem tak sprawny jak kiedyś. Przykra sprawa, ale trzeba to sobie głośno powiedzieć - dziadzieję.
Żeby się mnie pozbyć z kuchni, puszczają wodę w wannie. Wskakuję tam i chłepczę z cienkiej strużki. Może być.
Zauważyłem, że chudnę. Oni też zauważyli. Widać mi żebra. Jestem spory jak na kota, ważyłem kiedyś nawet sześć kilo, ale teraz czuję, że gwałtownie spadam na wadze. Zmuszam się do jedzenia. Z nowych paczek, gdzie kawałki mięsa polane są jakimś sosem, głównie wylizuję sos. Denerwują się, gdy odchodzę od miski do połowy wypełnionej oblizanymi z sosu kawałkami mięsa.
Zaczęło mnie pobolewać w drugim boku. Z trudem sikam. Czasem nie dobiegnę do kuwety i leję gdzie popadnie. To jest paskudne, wiem. Ale nic nie mogę poradzić, wycieka ze mnie poza kontrolą.
Trwa to już parę miesięcy. Widzę po pogodzie na balkonie. Jest coraz cieplej i dzień dłuższy. Nic mnie nie cieszy. Kiedyś wskakiwałem na dach i goniłem wróble. Bałem się tylko srok. Wiele lat temu, kiedy byłem mniejszy i młodszy, pobiłem się z jedna, którą przyłapałem w kącie, jak piła wodę z rynny. Dziobnęła mnie z całej siły tuż koło oka, o mało go nie straciłem. We łbie mi zawirowało i nie mogłem się powstrzymać od ucieczki do mieszkania. Wstyd mi do dzisiaj, ile razy sobie przypomnę. Na wszelki wypadek od srok trzymam się z daleka.
Co to ja mówiłem? Chyba zaczynam świrować, nie trzymam wątków. Coś o dachu? Nie mogę już na niego wskakiwać jak kiedyś. Półtora metra z balkonu to była pestka. Dzisiaj już nie wyrabiam. Patrzę w górę i wracam do kuchni. Znów do miski. Sam się sobą brzydzę za to nieustanne chodzenie do kąta z miskami. Kiedyś jadłem dwa razy dziennie, czymś tam popiłem i biegłem do swoich spraw. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w innym mieście, otwierali mi drzwi i mogłem iść na podwórze. Dachy, piwnice, inne mieszkania, do których mnie wpuszczano myśląc, że jestem biednym, bezpańskim kotem, i zawsze podłapałem coś do żarcia. Teraz od lat nie wychodzę, nie ma gdzie. Czwarte piętro, blokady, windy, na dole drzwi automatyczne. Tylko dach został, pusty i nudny.
Znów zgubiłem wątek. Miska. No więc kiedyś szedłem do miski, coś przegryzłem i na pole. To było dawno. Nawet oni zauważyli, że coś jest nie tak, bo chodzę do miski raz po raz, nie mogę się powstrzymać. Wciąż mnie do niej ciągnie, jakbym nie miał nic innego do roboty. Chyba po prostu nie mam. Oni mówią, że to na starość tak się robi. Nie wiem, czy oni też kiedyś będą bez przerwy tkwić przy misce, ale ja muszę, nic nie poradzę. Dziubnę coś, odchodzę i za godzinę, najdalej dwie wracam. Przekleństwo.
Dzisiaj o mało nie zwariowałem z bólu. Boli mnie już z obu stron gdzieś tam w środku. Miauczę i wyję o najdziwniejszych porach. Kiedyś potrafiłem przespać prawie całą noc i budziłem się razem z nimi. Od wielu tygodni, a może od wielu miesięcy, już czas mi się miesza, ból zrywa mnie jeszcze przed świtem, chodzę po ciemnym mieszkaniu i miauczę jak potępieniec. Oni mówią, że na stare lata charakter mi się popsuł i wpadam w starcze mękolenie. Któreś nie wytrzymuje, wstaje i dla świętego spokoju wywala mi żarcie na miskę, chociaż wcale nie o to mi chodzi. Po prostu boli jak cholera. Nie czują, nie rozumieją, co się dzieje. Przecież wciąż chudnę! Nie widzą tego?
Widzą. Nawet się martwią. Częściej dają mięso. Ale nie przybywam na wadze.
Kiedyś naprawdę zwariuję z tego bólu.
Od jakiegoś czasu jest gorąco, chyba lato. Okna pootwierane. Zawsze lubiłem ciepło, teraz nie. Kładę się pod stołem albo za kanapą. Przesypiam pół dnia, wstaję, idę do miski, wracam, znów zasypiam. Boli raz mniej, raz bardziej. Może tak ma już być.
Tych dwoje, którzy śpią razem tam, gdzie nie wolno mi wchodzić, wyjechało. Nie ma ich długo, dwa albo trzy tygodnie. Brakuje mi ich. Nie myślałem, że tak bardzo.
Dzisiaj wyłem prawie całą noc, strasznie mnie bolało. Rano tych dwoje, co zostali, ta starsza w okularach i młody długowłosy, wepchnęli mnie do zakratowanego pudła, w którym zawsze wyjeżdżam z domu, i zawieźli mnie do tego miejsca, którego nie cierpię. Kobieta na biało jeździła po mnie końcówką sznura przymocowanego do skrzynki z ekranem, na którym coś migało, i bez przerwy mówiła do drugiej zapisującej to na innym ekranie.
Potem ta w okularach zaczęła strasznie płakać, a młody bez przerwy głaskał mnie tam i z powrotem po grzbiecie, po łbie, po brzuchu, dwoma rękami, wszystkim palcami, i chociaż zwłaszcza po bokach mnie bolało, ani nie pisnąłem. W klinice nigdy nie miauczę ani nie piszczę, tylko biała piana czasem sama leci mi z pyska, kiedy bardzo się boję.
Chciałbym stąd wyjść. Próbuję się wyrwać, ale nie daję rady. Położyli mnie na boku. Niech im będzie, i tak z nimi nie wygram. Ta w kitlu zaczęła majstrować przy tylnej łapie. Poczułem coś jakby ukłucie, potem ciepło idące od łapy, i zaraz gorąco w środku. Powoli przestaje boleć, nie mogę zamknąć oczu, ta w okularach coraz głośniej płacze, długowłosy trzyma mój łeb w obu rękach, czuję jakbym odlatywał, widzę zieloną ścianę naprzeciwko i kolorowy obrazek na koszuli długowłosego, wszystko mi się zamazuje, tylko płacz wciąż słyszę i słyszę, a potem już nie.
TADEUSZ NYCZEK
Tekst pochodzi z miesięcznika poświęconego dramaturgiiwspółczesnej DIALOG Nr 1/2015 (styczeń)
Tego, co piękne, jest coraz mniej. Felietony Tadeusza Nyczka
Więcej tekstów pana Tadeusza Nyczka:
Nawozy sztuczne dla artystów i sprzątaczek, Wydawnictwo Literackie, Wyd. 2015

