Share


Intelektualiści, artyści i pisarze Europy Środkowo-Wschodniej przyczynili się niewątpliwie do upadku sowieckiego totalitaryzmu. Ich idee znane były w przestrzeni publicznej, ich odwaga bywała inspirująca. Zdarza się, że intelektualiści, chwiejni, posługujący się nieraz abstrakcyjnym językiem, stają się postaciami nieco karykaturalnymi, lecz ludzie tacy jak Václav Havel czy Leszek Kołakowski byli inni. Rzecz jasna, to nie idee same w sobie uwolniły nas od totalitarnej opresji, były jednak ważnym składnikiem pośród innych metod działania. Jaki to smutny paradoks, że teraz, w zjednoczonej Europie, w Unii Europejskiej przechodzącej co prawda poważny kryzys, lecz przecież kierującej się demokratycznymi zasadami, wierzącej w wolny rynek, w Europie, o której niegdyś marzyli tylko, a której parlament mogli teraz swobodnie wybierać, intelektualiści są, wydaje się, bardziej bezradni niż dawniej, w złych czasach. Najwyraźniej pod niektórymi względami łatwiej było występować przeciwko Komitetowi Centralnemu niż teraz przeciw wielkim, niemym liczbom, przeciw ciemnym stronom kapitalizmu czy ponurym nacjonalizmom.

 

W moim kraju - lecz podobne rzeczy mogą się wydarzyć lub nawet przygotowują się już w innych krajach - jesteśmy świadkami niebezpiecznego zjawiska. Oto do władzy doszło pewne nacjonalistyczne, ksenofobiczne ugrupowanie, głoszące potrzebę obrony „tradycyjnych wartości” wobec inwazji „nowoczesności” i także konieczność wzięcia pod ochronę tego, co „lokalne” i zagrożone przez wartości importowane z zagranicy (swojskość i cudzoziemszczyzna). Ugrupowanie to chciałoby zmienić bieg historii, nie bacząc na to, co gwarantują konstytucja, prawo i zwykła przyzwoitość. Społeczeństwo jest głęboko podzielone i coraz bardziej staje się więźniem w klatce policyjnej inwigilacji.

Ci, którzy się tym interesuj ą, wiedzą, od jak dawna już trwa walka przeciw „nowoczesności”. Niekiedy jest fascynująca, często szlachetna, dobrze podbudowana filozoficznie, nasycona żarem osobistego, głębokiego przekonania. Paradoksalnie, niezwykle wpływowy ruch artystyczny, europejski modernizm, ruch, który zmienił niemal wszystko w dziedzinie sztuki, w literaturze, w naszym podejściu do muzyki, który po prostu zmienił sposób, w jaki myślimy, był w gruncie rzeczy naznaczony nieufnością wobec zmieniającej się twarzy świata, wobec modyfikacji widzialnej i niewidzialnej rzeczywistości. Pionierzy tego ruchu na ogół krytycznie patrzyli na nową Europę wyłaniającą się z mgieł i dymów przemysłowej (i także liberalnej) rewolucji. Przykładów nie brakuje. Eugène Delacroix, malarz, który otworzył drogę do jeszcze innej rewolucji, tym razem estetycznej, do impresjonizmu i innych izmów, niewolny był od silnej nostalgii, od tęsknoty za odchodzącą Europą „dawnej piękności”. We wspaniałym Dzienniku, pokazującym, że był także i wielkim pisarzem, nie tylko malarzem, Delacroix zapisuje swój smutek i oburzenie na widok statków napędzanych parą i kolei żelaznych (co prawda nie posunął się do tego, by bojkotować kolej, korzystał z niej, co też było dość typowe dla krytyków nowoczesności). Najbardziej jednak podziwiał żaglowce z ich ogromnymi białymi skrzydłami, wolno przesuwające się po zielonym oceanie.

Podobnie widział współczesną sobie cywilizację John Ruskin. A dobrze u nas znany Paul Valéry (albo, jak mówiono przed wojną, Paweł Valéry) bronił desperacko tego świata, który został zabity przez rozwój przemysłu. Powtarzał: „Adieu, travaux infiniment lents”, żegnajcie prace nieskończenie powolne, tak jak prace budowniczych średniowiecznych katedr - i brzmiało to jak modlitwa. Rainer Maria Rilke z nienawiścią wypowiadał się o brzydocie nowego Paryża, tęskniąc za „starym Paryżem” zniszczonym przez barona Hausmanna. Mierziła go jednak nie tylko brzydota nowych kamienic (które dziś zresztą podobają nam się, bo już wcale nie są takie nowe), buntował się także przeciw pozbawionemu wszelkiej poezji życiu w wielkiej metropolii. A T. S. Eliot w pamiętnej Ziemi jałowej wystawił nagrobek nowoczesności, tyle że ona przetrwała już niejedną próbę pogrzebania jej żywcem.

Można też znaleźć stosunkowo nieliczną grupę wielkich pisarzy, którym nadejście nowej rzeczywistości się podobało. Pośród nich Marcel Proust, podziwiający samoloty, aeroplany, i zachwycający się tym sensacyjnym wynalazkiem, telefonem, dzięki któremu powieściowy Marcel mógł usłyszeć z daleka głos ukochanej babci. I James Joyce, któremu nowoczesność w niczym nie przeszkadzała. Przeszkadzała natomiast jego rodakowi Yeatsowi - ale jak, jak pięknie, jak interesująco!

Muszę wyznać, że wiele argumentów wysuwanych przez obrońców starej Europy przemawia do mnie - chociaż nie wszystkie. Chodzi tu o bardzo skomplikowaną wojnę ideową, której nie da się sprowadzić do prostej formuły w rodzaju „postęp przeciw reakcji” lub „oświecenie przeciw wiekom średnim”. Mamy do czynienia ze starciem postaw i idei, ze starciem, którego nie można ignorować choćby dlatego, że natchnęło ono wiele pokoleń pisarzy i artystów, ukształtowało naszą wrażliwość. Przemawiają do mnie racje tych, którzy opłakują słabnięcie impulsu religijnego, malejącą rolę wyobraźni w naszym życiu czy skłonność, by widzieć człowieka wyłącznie w świetle biologii (ciało ! ciało ! dusza to fikcja). Jednak za nic w świecie nie byłbym zwolennikiem całkowitego odrzucenia dziedzictwa oświecenia (gdyby takie odrzucenie było w ogóle możliwe). Wydaje się, że my, Europejczycy, nie możemy sobie poradzić z harmonizacją dwu głównych elementów naszego doświadczenia, części dnia i części nocy, zdrowego rozsądku, niezbędnego w działaniu, i ekstatycznego przeżycia sztuki czy losu.

Pamiętam, jak lata temu w jednym z esejów Czesława Miłosza znalazłem pochwałę książki Ericha Hellera The Disinherited Mind (Wydziedziczony umysł), jak potem odnalazłem tę książkę i jak ją czytałem, jak intensywnie. Erich Heller był emigrantem, uciekinierem z hitlerowskich Niemiec, profesorem germanistyki na Northwestern University w Evanston, w stanie Illinois. Wydziedziczony umysł to oczywiście niejedyna praca dyskutująca zanikanie impulsu metafizycznego w europejskiej literaturze (przykłady były tu wzięte głównie z tradycji niemieckiej), ale z pewnością jedna z najciekawszych. Zapewne trudno byłoby znaleźć poetę (może poza poetami bardzo młodymi, dla których istnieje tylko ironia), który nie przeżyłby głęboko lektury tej książki. Przy założeniu, że ktoś jeszcze czyta dzisiaj Wydziedziczony umysł...

Debaty te są już dość wiekowe, niekiedy patrzymy na nie tak, jakby należały do minionej epoki. A jednak uważny czytelnik, uważny miłośnik sztuki zgodzi się, że wciąż jeszcze utrzymuj e się przedziwne napięcie między tym, co nowe i racjonalne w naszej cywilizacji a, z drugiej strony, „dawnym pięknem”, żalem wypowiedzianym przez Delacroix, tęsknotą Rilkego, przywiązaniem Valéry’ego do starej, europejskiej tradycji.

W tym miejscu mogę sobie łatwo wyobrazić zarzuty: czymże jest ta elitarna nostalgia wobec powodzi nowych wynalazków, czym sentymentalna epifania wobec postępu w krainie komputerów czy też w obliczu fenomenalnych odkryć w medycynie. Istotnie, trudno się z tym nie zgodzić. A jednak. A jednak w świecie imponderabiliów - którego nie trzeba lekceważyć - brak pewnych odniesień, pewnych energii może prowadzić do nerwicy, do swego rodzaju anemii niedającej się uleczyć przez najlepszego nawet doktora.

Tu jednak trzeba wyraźnie powiedzieć: konwersacja między artystami i filozofami to jedna rzecz; pomogła ona w powstaniu wielu wybitnych dzieł sztuki i literatury. Czymś zupełnie innym jest moment, kiedy pewne ideologiczne punkty widzenia nabierają charakteru pragmatycznego, wykonawczego, kiedy próbują je wprowadzić w życie politycy, praktycy, funkcjonariusze partyjni, prokuratorzy - szczególnie prokuratorzy! - i na końcu tego łańcucha (łańcuch to tutaj niezła metafora) policjanci, ci mundurowi i ci niewidzialni. Przejście od idei do działania w realności jest czymś najbardziej delikatnym. Jest wielką raną Europy, i nie tylko Europy. Pewne idee, początkowo piękne, widzieliśmy to, prowadziły do gułagu. Moment wcielenia idei bywał też czasem wielkim tematem dla pisarzy. Tak jak dla Dostojewskiego, który w Braciach Karamazow ukazał przynajmniej dwa poziomy ludzkiego świata: z jednej strony przekonania kogoś takiego jak Iwan Karamazow, który czyta, myśli i wątpi, a z drugiej - prymitywna sfera działania Smierdiakowa; a jednak Smierdiakow egzystuje niesamodzielnie, porusza się w cieniu rzucanym przez myśli Iwana.

Ostatnio możemy obserwować, nie bez obrzydzenia, próby wprowadzenia w życie pewnych na pół przemyślanych idei w naszym kraju. Wydawałoby się, że jest to operacja dość niewinna: mówi się „nasza tradycja jest zagrożona” (czy naprawdę?). Przez co? Przez nowoczesność. Zagrożona jest nasza „narodowa tożsamość”. Przez co? Przez nowoczesność znowu. Przez różne ateistyczne machinacje, przez emancypację mniejszości społecznych (toleruje się tylko, a nawet chwali, nowoczesność czysto ekonomiczną, techniczną). Przez to, co „cudzoziemskie” - tak jakby prawie wszystko, co się teraz dzieje, nie było nieco „obce”. Przez Zachód. Jesteśmy przecież dobrym, pobożnym narodem, inne narody mogą nas zarazić bezbożnością.

Wiedzieliśmy od dawna, że takie tendencje istnieją i że były wyrażane w niektórych marginesowych publikacjach. Od jakiegoś czasu otwarte społeczeństwo, które wywalczyliśmy i w którym żyliśmy, atakowane było przez partię polityczną, która przegrała wielokrotnie w różnego rodzaju wyborach, przez księży (ale nie przez wszystkich!), przez niektórych dziennikarzy i może trzech filozofów. Teraz jednak, gdy owi ideolodzy zostali ministrami i ich prywatne, skrajnie prawicowe poglądy wyniesione zostały do rangi racji stanu, wszystko uległo dramatycznej przemianie. Nagle zobaczyliśmy inne oblicze demokracji, która zgubiła busolę. Co robić, kiedy populistyczna sekta zwycięża w wyborach poprzedzonych skutecznym praniem mózgu? Skutecznym także dlatego, że sprytnie nawiązującym do dawnych, przedwojennych podziałów na „socjalistyczne” i „nacjonalistyczne” połowy społeczeństwa. Wciąż jeszcze co prawda działają mechanizmy, które bronią naszej osobistej wolności, wolność słowa nie została jeszcze zniesiona, lecz natura naszego państwa ulega niebezpiecznej ewolucji.

Stoimy już nie naprzeciwko nowoczesnego państwa, elastycznego i niewolnego od pewnej dozy sceptycyzmu (uzasadnionego przez historię najnowszą), tylko wobec państwa mającego ambicje filozoficzne i teologiczne. A przecież państwo nie zna się na filozofii. To już przerabialiśmy. Państwo nie studiuje Kartezjusza, nie potrafi zrozumieć obosieczności filozofii Kanta. Byłoby czymś śmiesznym i tragicznym, gdyby sobie wyobrazić państwo przechodzące to, co w Niemczech nazywa się „die Kantkrise”, kryzys kantowski, czyli całkowite zwątpienie w jakąkolwiek stabilność świata (taki właśnie kryzys przeżył głęboko Heinrich von Kleist). Ale także i państwo w szponach spazmatycznej, mistycznej (albo i mesjanistycznej) rewolucji, która by dostarczyła odpowiedzi na wszystkie pytania i niepewności, byłoby czymś potwornym. Państwo to nie św. Teresa z Ávila ani św. Faustyna. Państwa nie myślą ani nie płaczą.

Wybitny kanadyjski filozof Charles Taylor w sławnej rozprawie Źródła podmiotowości poczynił następującą obserwację: w życiu zbiorowym, tam gdzie napotykamy reguły i siły społecznej czy administracyjnej organizacji, kierujemy się na ogół przesłankami wyprowadzonymi z oświecenia, natomiast po pracy, w naszej prywatności, w prywatnych godzinach naszego życia, w naszych monologach wewnętrznych, w snach i marzeniach, w twórczości, bardziej do nas przemawiają wzory romantyczne.

Tego porządku nie wolno odwracać.

POSTSCRIPTUM
Autor tego szkicu przeczytał go po dwu tygodniach i pomyślał, że powinien dopisać kilka zdań.
Wobec szalejącej teraz debaty politycznej, odwołującej się, często słusznie, do sytuacji ekonomicznej i do deficytu poczucia wspólnoty, wskazującej nie tylko na brutalność i zły humor nowej władzy, ale i na niedostatki poprzedniej, mój tekst wydał mi się dość abstrakcyjny, napisany przez pięknoducha, który mało wie o umowach śmieciowych i w dodatku jest, niestety, niepoprawnym indywidualistą.
Nie chodzi mi o samokrytykę, tylko o przyjazne ostrzeżenie czytelnika - niech pamięta, z kim ma do czynienia.

ADAM ZAGAJEWSKI
Zeszyty Literackie
wiosna, 2016

Adam Zagajewski