Share

Refleks tego dziecięcego punktu widzenia dostrzec można w późnym wierszu, jak wiele utworów powstających w ostatnich latach życia Zbigniewa Herberta - nieukończonym. Podczas lektury starszym z nas przypominają się jeśli nie dziewiętnastowieczne oleodruki, to w każdym razie nieco kiczowate wizerunki Anioła Stróża strzegącego dziatwę przed upadkiem w rwący strumień z chybotliwego mostku, obrazek, który mogliśmy otrzymać na pamiątkę Pierwszej Komunii i który ręka ojca przy mocowała nad naszym łóżkiem. Mając lat kilka, trudno było nie czuć się w takim towarzystwie bezpiecznie... „Mój Boże, / jak ja go strasznie kochałem / bardziej niż ojca i mamę / bardziej niż Wojsko Polskie i lody waniliowe / szedł zawsze / pół kroku za mną / czułem na plecach jego ciepły oddech / słyszałem jak jego skrzydła ocierają się o siebie / delikatnie i cicho” - pisze Herbert, podkreślając pewność dziecka, któremu urządzenie świata jawiło się jako niezmienne: „wierzyłem mocno że będziemy razem / całe życie od krzyku narodzin / do nagłej i niespodziewanej".


Warto tu się zatrzymać, nie po to, by dociekać, czy sześcioletni chłopiec w istocie żywił uczucia, które nakreślił w wierszu siedemdziesięcioletni poeta, choć - czemu nie - mogło tak być, ale by uprzytomnić sobie raz jeszcze, już po raz ostatni, fakt dla biografii tego poety niewątpliwie ważny. Pierwsze lata życia Herberta upłynęły w poczuciu bezpieczeństwa i spokoju. Jeśli coś budziło go w środku nocy, to był to jedynie zły sen, a nie brzęk tłuczonej szyby, huk armat, komendy wydane w obcym języku, czego doświadczyli pisarze starsi od niego o dekadę. Nie poznał niepokojów rodziny dotkniętej przedwczesną śmiercią ojca czy matki, ich rozwodem, biedę widywał jedynie na zewnątrz swego najbliższego świata. Nie zdążył stanąć przed żadnymi dylematami politycznymi, apokaliptyczne lęki końca lat trzydziestych, zapisywane przez poetów i towarzyszące także niejednemu „zwykłemu” obywatelowi, najprawdopodobniej do niego nie docierały. Przyszłość była łatwa do przewidzenia: może nieco humanistycznych pasji, rozmyślania o Akademii Sztuk Pięknych, ale ostatecznie wzorowo odbyte studia prawnicze czy handlowe, potem zaś egzystencja podobna do cokolwiek monotonnych i zapracowanych, ale przecież pełnych też przyjemności dni bankowca Bolesława Herberta. Nic nie wskazywało na to, by pakt z Aniołem Stróżem miał być rozwiązany. Tymczasem stało się inaczej, gdyż „zaraz na początku wojny / aniołowie - stróże / zostali wezwani / do centrali”. Bardzo to poruszający obraz, ów odwrót boskich wysłańców, którzy pozostawiają ludzi samym sobie, temu złu, którego czynienie przychodzi nam z imponującą łatwością. Wiersz ostatecznie domyka się postacią zgorzkniałego starca, który spełnia kielichy „wody zapomnienia”, a wtedy zda mu się, że Anioł raz jeszcze pozwoli się zobaczyć: „coś jednak / powraca / jawi się / majaczy”. Może zresztą wita on dawnego chłopczyka po drugiej stronie życia, jakby mu dawał „znak ręką / z ostatniego peronu wszechświata” (WR, 306).

Andrzej Franaszek, Herbert i niepokój. Biografia I
Wydawnictwo Znak, Kraków 2018