Share

„Tezeusz” - statek, który ma mnie przewieźć na Kretę, nie przypłynął jeszcze do portu w Pireusie i nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy to się stanie. Pospolite rozkłady jazdy nie obowiązują w ojczyźnie mitów, w kraju, gdzie zegary odmierzają tysiąclecia. Pozostaje mi wieśniacza cierpliwość lub wędrówka po portowych tawernach. Tak więc siedzę w Pireusie czekając na statek i nie mam nic do roboty, jak tylko przyglądanie się twarzom. Nie są to twarze znane z waz antycznych ani ciała - jak się domyślam - podobne do posągów Praksytelesa. Domieszka elementów albańskich, bułgarskich i tureckich jest uderzająca i zamazała zupełnie urodę helleńską, jaką podróżni spodziewają się tu spotkać.

Labirynt nad morzem, Zbigniew Herbert