Share

 

Listopadowego dnia o zmierzchu (chciało by się rzec roku pańskiego - o ironio), na deskach teatru dramatycznego w Opolu, z mgieł wyłoniły się współczesne wampiry polskie. Istne jądro ciemności pełzające skrycie, powoli, acz systematycznie, ukazując zapaść jakichkolwiek pozytywnych wartości. Z odrazą myślę o kraju, w którym żyję. Na scenie Kochanowskiego, pośród Essenbecków, na równych prawach zagościły współczesne wampiry polskie: dzieci dzierżące ważne zabawki - elity polityczne tego kraju. Patrzmy ku przestrodze. Nie pijmy tej krwi. Teatr to życie, nie śmierć - zdaje się mówić Kleczewska w swojej interpretacji Zmierzchu bogów Viscontiego, odżegnując się zresztą od jakichkolwiek politycznych konotacji, bo tego na scenie w sposób bezpośredni nie ma. Zobaczy to tylko ten, kto spogląda trzeźwo na kończący się właśnie krwisty, polski rok życia publicznego.

 

Essenbeck - studium zniszczenia. Nie pozostaje nic innego, jak sumptem społecznym zrobić zbiórkę funduszy pośród ludzi dobrej woli i wyekspediować to całe warszawskie bagno polityczne do opolskiego teatru dramatycznego na Zmierzch bogów w reżyserii Mai Kleczewskiej. Niech dobrze się przyjrzą, jakie grają role. Jak targając opinią publiczną, prowadzą nas wszystkich w miejsca, z których brak jest rozsądnego, bezkrwawego wyjścia. Przygrywką do tego niech pozostaną manifestacje warszawskie z dnia 11 listopada 2010.


Oddajmy głos samej Mai Kleczewskiej, która na konferencji prasowej przed spektaklem mówiła: „Wydaje się dzisiaj pewnym anachronizmem mówienie o tym, że faszyzm jest niedobry, bo to jest taka teza, której nie trzeba potwierdzać, ani robić czegoś innego, spektakularnego. To, co było dla nas zajmujące, to jest pewnego rodzaju uderzające podobieństwo między tym, co determinuje wybory, zachowania i uczucia bohaterów Viscontiego, które są bardzo silnie dzisiaj, w dzisiejszym świecie w ludziach, w ludzi wpisane. To znaczy, że jest jakaś silna paralela właśnie na poziomie osobowości, motywacji i hierarchii wartości. I to nas interesowało. Wtedy, w latach trzydziestych to doprowadziło do faszyzmu. Dzisiaj? Znak zapytania. No, a co się stanie dzisiaj? Nie wiemy, co się stanie dzisiaj. [Dziennikarka: To jest jakaś część natury człowieka, tak?] Tak, ale też pewnego rodzaju szczególnych okoliczności. To znaczy, nie bez powodu teatr teraz, być może nie bez powodu, na przykład sięga po Horvátha który też się zajmuje latami trzydziestymi. Nie bez powodu pewne teksty wracają do teatru. Oczywiście, teatr nie potrafi zdiagnozować rzeczywistości, bo ona jest nieuchwytna. My nie nadążamy za nią. To jest tylko jakieś przeczucie. To znaczy, jakaś destylacja szczegółów z tej rzeczywistości, które w pewnych konfiguracjach mogą na przykład być groźne. U Viscontiego było inaczej, bo ten film powstał ex post. To znaczy, on rzeczywiście w latach trzydziestych był w Niemczech, rzeczywiście zafascynował się..., był jakiś porządek, struktura, hierarchia, szansa na przezwyciężenie kryzysu ekonomicznego. Lecz to była jakaś..., widział w tym jakieś rozwiązanie. Zrobił ten film wiele lat później pytając samego siebie, jak do tego doszło. To znaczy, jak on mógł dać się uwieść. Ale mi się wydaje, ze my jesteśmy w sytuacji przed. Czyli jakby dużo..., w całkiem innej niż Visconti..., znaczy się, my powinniśmy być wyjątkowo uważni i skupieni na tym, żeby dostrzec, co rzeczywiście dzieje się w ludziach tu i teraz. Żeby to zauważyć, i żeby móc to też w sobie rozpoznać. I żeby siebie zapytać, czy ja tych pewnych cech tych ludzi nie niosę. Świadomie lub nie, w sobie”.

Tak mówi całej Polsce Maja Kleczewska. Tutaj,  w Opolu, na scenie naszego teatru dramatycznego. W miejscu, gdzie pewien znany muzyk z tej właśnie ziemi, podpisuje się pod demonstracjami organizacji, które w mojej opinii czerpią w linii prostej, świadomie, bądź też nie, z przyjęcia u rodziny Essenbeck, będącej studium wszelkiego zniszczenia. „Ale dlatego właśnie ja rozróżniam tą postawę od uczucia, bo uczucie, niestety, zaczyna olbrzymieć i wyradzać się. To się robi uczucie, które zaczyna być fałszywe. Tak jak bywa miłość do dziecka fałszywa i miłość mądra. Otóż, miłość mądra do dziecka myśli o tym, żeby to dziecko wychować na przyzwoitego człowieka. Miłość głupia, ślepa, gotowa w ogóle nie ingerować, tylko szukać dla tego dziecka przyjemności. Oczywiście tak nie jest, jeśli chodzi o patriotyzm. Ale patriotyzm zaślepiony, widzi wszystko to, co jest w tym kraju, w tym narodzie, za cudowne, za piękne, za wspaniałe. Jest z tego dumne, a jednocześnie nie dopuszcza momentu krytyki. Po prostu zachłystuje się tą swoją miłością, i chiałoby, i chiałoby się wtedy, i to jest rzecz chyba naturalna, zamknąć ten kraj w ścisłych granicach. Jak to mówią pozytywiści - w opłotkach, zaściankowości, prawda? Bo wszystko to, co obce, jest wrogie”. Niech te słowa prof. Barbary Skargi wypowiedziane w rozmowie z prof. Leszkiem Kołakowskim wystarczą za komentarz.

Geniusz Kleczewskiej nie pozwala zapomnieć o „jądrze ciemności” opisanym przez Josepha Conrada, który będąc w Kongu Belgijskim w roku 1890, oznaczył pod tym pojęciem duszę człowieka żyjącego we współczesnej cywilizacji, a oznaczającej moralne zło, któremu może ulec każdy człowiek. To Conrad zestawił z sobą takie pojęcia jak ciemność oraz jasność, ubóstwo i bogactwo, prawdę i fałsz, elegancję oraz nędzę. Istne lectiones tenebrarum, w których Dariusz Czaja maluje portret diabła posługując się tekstami tak znamienitych jak: Imre Kertész, Primo Levi, Aharon Appelfeld, Winfried Georg Sebald, John Maxwell Coetzee, Jonathan Littel (Słynna powieść o tytule Łaskawe), Jerzy Nowosielski, Francis Bacon, Werner Herzog, Philip Larkin, Emil Cioran. To wykaz tych, którzy czuli namacalne uobecnianie się zła, a których myśli odnalazłem w Zmierzchu bogów w reżyserii Mai Kleczewskiej.

Zespół aktorski Kochanowskiego zaprezentował przepiękne, o ile tak to można ująć, studium zniszczenia oraz zła. Nie bez dreszczy przechodzących po plecach piszę o tym spektaklu, gdyż wolałbym, by taka inscenizacja nie musiała powstać. Ileż kosztów własnych, złamania barier osobistych było potrzeba u aktorów, by wcielić się w to jądro ciemności. W tą swoistą lekcję zła ku przestrodze, diagnozie, wieszczeniu naszego jutra? Wszak nie ma pewności, w jakiej rzeczywistości obudzimy się o poranku. Tego, jak niczego innego, jestem pewien. Wszak nasz naród ma to do siebie, że nigdy nie potrafił się uczyć na cudzych, a tym bardziej na własnych błędach. To jest ta jebana, nadal trwająca, mickiewiczowska rzeczywistość. Istne Dziady, bo, jak pisał Jean - Paul Roux: „Nie ulega wątpliwości, że powrót zmarłych, którzy łakną krwi i przychodzą po nią na ziemię, był i pozostaje ideą uniwersalną”. My posiadamy naszych, współczesnych, ledwie wczoraj zmarłych. Jacek Cieślak z Rzeczpospolitej tak pisze o opolskim spektaklu: „Wyobrażam sobie reżyserkę, jak krzyczy: 'Jeśli nawet ludzkości udało się wyzwolić z kanibalizmu, jego wirus wciąż pustoszy nasze umysły i mutuje - niewrażliwy na szczepionki religii oraz systemów etycznych!'. Takim krzykiem jest jej spektakl. Pokazała mentalny kanibalizm w rodzinie i biznesie. A także najbardziej krwiożerczych ludożerców - polityków”. W pełni podzielam jego zdanie. Wszak tabuny wampirycznej mgły, w chwili, gdy całość rodziny Essenbecków zanurza się pod powierzchnią sceny, ustępując miejsca niewinnym dziewczynkom igrającym z olbrzymimi balonami, przechodząc do złowieszczej gry kończącej się pedofilskim gwałtem Martina (rewelacyjny Maciej Namysło), a dalej do kazirodczego stosunku płciowego ze swoją matką (w tej roli zimna, posągowa Judyta Paradzińska), wskazuje na brak jakichkolwiek granic. Lecz czy to jest nas w stanie jeszcze poruszyć?

Niezaprzeczalnym pozostaje piękno eklektycznej scenografii oraz muzyki (Katarzyna Borkowska, Michał Gorczyca). Te aspekty spektaklu uwodzą swoim zabójczym pięknem pokazując te oblicza zła, które są nas w stanie porwać. Często nieświadomie. Gdyż jak w życiu, obrazy na scenie są celowo spowolnione, dialogi częstokroć diabolicznie zmultiplikowane, co wskazuje na swoisty rodzaj opętania (koncertowo zagrana rola Marii w wykonaniu Aleksandy Cwen jednoznacznie przywołuje sceny z filmu Egzorcysta - dosłownie mrozi krew w żyłach). Krwista czerwień dywanu, przestrzeń zamknięta w sino granatowej barwie ścian wykonanych z desek, chiałoby się rzec - trumiennych. Nad całością niepodzielnie panuje olbrzymi żyrandol obrazujący trwałość i niezmienność tego świata - postaci przemijają, on jedyny trwa jako niemy obserwator zniszczenia.

Sugestywny, opętańczy taniec Martina von Essenbecka w chwili zaślubin matki, które są zarazem jej pogrzebem za życia, przywołuje na myśl bractwo mewlewitów o charakterze mistycznym. Ten derwiszowski taniec potwora, jakim stał się Martin, szczególnie dobitnie wybrzmiewa wobec ósmej sury Koranu, będącej podstawą sufizmu i ascetyzmu: „Wy pożądacie dóbr tego świata, podczas gdy Allach chce wam dać dobra drugiego świata”. Rytuałem tanecznym derwiszów było cytowanie wszelkich imion Allacha na wzór litanii. Jakiegoż bożka wychwala Martin wraz ze swoimi poplecznikami, gdy w tle moich myśli pobrzmiewają słowa Józefa Maksymiliana Ossolińskiego odnalezione w Biografii symbolicznej Marii Janion: „Gdzieś głodniejszy wyssał ze wszystkich, pod jednym dachem żywych, krew, zostawiwszy tylko jedno pisklę w kolebce na rozmnożek […] Po rozstajnych drogach, po gościeńcach, po ścieżkach, przy borach, na górach, w wąwozach tłukło się licho kupami. Spotkałli podróżny podróżnego, naprzód się go o to pytał, jeżeli gdzie nie widział się z upiorem. Wszyscy co do jednego Bogu dziękowali, że ich złe przecie minęło, upewniając, że stronami było tego jak mrowia”. Oczywiście, teatr nie potrafi zdiagnozować rzeczywistości, bo ona jest nieuchwytna. My nie nadążamy za nią. To jest tylko jakieś przeczucie. To znaczy, jakaś destylacja szczegółów z tej rzeczywistości, które w pewnych konfiguracjach mogą na przykład być groźne - mówi Kleczewska o swojej inscenizacji. Powtórzmy to jeszcze raz, dobitnie, diabolicznie.

(mr)
14.11.2010


Zmierzch bogów
reż. Maja Kleczwska
Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu
Premiera: 6 listopada 2010r.

 


Enrico Medioli, Luchino Visconti, Nicola Badalucco

ZMIERZCH BOGÓW

Premiera: 6 listopada 2010

(La caduta degli dei)

Adaptacja i reżyseria
MAJA KLECZEWSKA

Scenografia i światła
KATARZYNA BORKOWSKA

Muzyka
MICHAŁ GORCZYCA

Asystent reżysera/inspicjent
Justyna Bartman

 

Obsada:
Zofia Bielewicz, Aleksandra Cwen, Arleta Los-Pławszewska, Judyta Paradzińska, Ewa Wyszomirska, Adam Ciołek, Michał Czernecki - gościnnie, Andrzej Czernik, Przemysław Czernik (adept), Bartosz Dziedzic, Jarosław Dziedzic, Andrzej Jakubczyk, Leszek Malec, Grzegorz Minkiewicz, Maciej Namysło, Michał Świtała, Łukasz Schmidt, Krzysztof Wrona


Fotosy ze spektaklu: