[…] Podawano o tym mieście sprzeczne
informacje – relacje różniły się między sobą i wchodziły sobie w drogę,
zbyt były przy tym nieprawdopodobne. Mówiono, że okolice
miasta, w którym przedtem tyle lat mieszkali, tworzyły coś
w rodzaju zaczarowanego terytorium niezgody, a po nim
należało poruszać się według specjalnego systemu topograficznych
punktów i objaśnień, które posiadały co prawda swojskie nazwy,
ale za każdym razem znaczyły coś innego – zależało to od tego,
kto właściwie rysował mapę. Mieszkańcy gubili się
w sprzecznych opisach, sytuując je zawsze trochę inaczej,
kreśląc w swoich opowieściach jakieś fantastyczne szkice i plany,
które nigdy nie były ze sobą zgodne. Sztandary powiewające
nad ratuszem tak często zmieniały kolory, że niektórzy zapomnieli już,
które są rzekomo dla nich najlepsze, i pomieszali je trochę w swoich
historiach rodzinnych. Wydawałoby się więc, że kolejna zmiana
koloru nic tak naprawdę nie zmienia. Ale po tej wojnie,
w której to, co zmieszane, usiłowano odczyścić, odciąć i rozdzielić,
przede wszystkim przelewając ludzką krew i oddzielając
swoją od obcej, stało się jasne, że tracą coś ostatecznie, na całe życie.
Bo nic tam nie było obce, a wszystkie owoce miały wyłącznie
mieszanych rodziców.

Opowiadano o tamtej latającej krainie niestworzone historie:
żyło tam co najmniej siedem ludów i każda kura gdakała
po polsku, w jidysz, po ukraińsku, po ormiańsku, niemiecku,
po rosyjsku, po hebrajsku i wreszcie po kurzemu, a także
w dialektach i gwarach, z których najważniejszy był bałak,
łączący w sobie leksykalną pasję i gramatyczną popędliwość
z intonacyjnym tajojkiem i intencjonalną podpindolką,
oddający specyfikę charakteru tamtejszej populacji i jej
komunikacyjny entuzjazm. Ziemia była niezwykle żyzna,
w glebie dominowały czarnoziemy, ich próchnicza tkanka sięgała
ponad metr w głąb, co dawało błoto o konsystencji masła,
rosły w niej buraki tak ogromne, że jednym można było
przez dwa tygodnie żywić całą kompanię wojska albo dzieci
sąsiadów, a do starcia takiego buraka na ćwikłę należało
zaprosić cztery mocarne kucharki lub dwanaście zwykłych
i brak jedzenia nie powinien grozić nikomu i nigdy,
a jednak fale głodu przechodziły tamtędy co parę lat, regularnie,
aczkolwiek z powodu najpierw połowieckich, tatarskich najazdów,
kozackich czy moskiewskich, a potem już wszelkich innych
najazdów i przejść wojsk, komisarzy albo szarańczy,
a niedaleko stamtąd, za wschodnią granicą, w Związku Sowieckim
gospodarka komunistyczna dokonała niemożliwego:
wyprodukowała na tych żyznych ziemiach głód,
głód ludojad, rosnący na tamtejszych polach, w sadach
i w ogrodach, pilnując wojskiem i jawną oraz tajną policją,
żeby mógł wzrastać za ich domami i pożerać rośliny,
zwierzęta, dorosłych, dzieci i kolory w ich zeszytach,
ich głos, ich śmiech, ich płacz, ich ciało i kości.

Ijasz, Tomasz Różycki
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

ijasz tomasz rozycki