Share


Powiedzieliśmy, że Tomasz Mann był patriotą niemieckiego państwa. Przeciwnie niż jego brat Henryk, zawsze dystansował się od formuł internacjonalnej lewicy. Obcy był mu duch rewolucyjnej krytyki w imię wartości ponadpaństwowych. Podążał śladami Lutra i Goethego, co oznaczało dlań programową lojalność wobec prawa i ironicznego dystansowania się od naporu historycznych zdarzeń. Ten „człowiek apolityczny” wyraźnie bał się wessania przez żywioł polityki z jego jednowymiarowością i nieuchronnym fanatyzmem. Także przez język polityki, w którym argumenty zastępowano wyzwiskami. Dlaczego tedy sięgał po wyzwiska?



Był pisarzem, który znał dwuznaczność ludzkiego losu. Wiedział, że każda racja ma swoją kontrrację, że każda konkluzja jest zubożeniem, że przyrodzoną i wspaniałą cechą człowieczej egzystencji jest otwartość, wieloznaczność i wielowartościowość. Wiedział, że tylko język ironii i życzliwy osąd wszystkich formułowanych racji pozwala na harmonijne uczestnictwo w kulturze. Wiedział o tym najlepiej ze wszystkich niemieckich pisarzy. Dlaczego tedy sięgał po wyzwiska?
Kochał swój naród i swoje państwo. Umiał życzliwym okiem spojrzeć na szlachtę, mieszczaństwo i buntowników, na cesarzy i na Bismarcka, na generałów i na socjaldemokratów. W każdej z tych postaw duchowych umiał zobaczyć rzeczywiste wartości. Tylko z nazistami było inaczej. Tu rezygnował z dyskursywnego języka, z życzliwego oglądu, z dialogu w imię rozumienia. Tu sięgał po wyzwiska. Dlaczego?
Próbujemy zrozumieć, dlaczego polemikę z nazistami uznał za niemożliwą.
Do przyjaciela pisał: „Tak zwany narodowy socjalizm nie mieści się w żadnych europejskich normach obyczajowych, jest zaprzeczeniem nie tylko »liberalizmu« i »zachodniej demokracji«, ale w ogóle wszelkiej cywilizacji...”.
Tak kwitował dewastację naturalnego środowiska pluralizmu. Znaczyło to, że człowiek w Niemczech poddany ciśnieniu terroru i totalitarnej propagandy utracił umiejętność odróżnienia dobra od zła, prawdy od fałszu; utracił moc elementarnego rozpoznawania konturów rzeczywistości i rządzących nią związków przyczynowych. Taki człowiek nie może być partnerem dialogu, bowiem dialog jest ze swej natury przywilejem ludzi wolnych. Niemiec powtarzający za Goebbelsem formuły o wszechwładzy Żydów jest równie podatny na argumenty jak fanatyczny wyznawca przekonania, że dwa plus dwa równa się pięć. Samoodurzenie i samozaślepienie powodują - taka była intuicja Manna - bezskuteczność rozumowych perswazji. Tu potrzebny jest ostry, przenikliwy krzyk, tu potrzebne są słowa brutalne, które zakłócić mogą ład wewnętrzny samozaślepionego umysłu.
Szło przecież o sprawy najważniejsze - o duszę narodu niemieckiego. Tomasz Mann miał jasną świadomość stawki w tej walce. Oceniał nazizm jako barbarzyństwo i angażował swój autorytet w obronie ładu demokratycznego i słabnącego z dnia na dzień kruchego humanizmu. W cytowanym już eseju Goethe i Tołstoj pisał: „Dziś zostało postawione pytanie, czy śródziemnomorska tradycja klasyczno-humanistyczna jest sprawą ludzkości, a zatem wieczną jak człowiek, czy też była to tylko forma duchowa i składnik jednej epoki, epoki mieszczańsko-liberałnej, i może z nią umrzeć. Wydaje się, że Europa odpowiedziała już na to pytanie: tendencje antyliberalne są bardziej niż oczywiste, aż jaskrawe. Politycznie wyraża je pełen wzgardy odwrót od demokracji i parlamentaryzmu oraz realizowana z ponurym zmarszczeniem brwi ewolucja ku dyktaturze i terrorowi”.
Tak pisał w epoce republiki weimarskiej. Wśród wrzasków hitlerowskich Parteitagów humanizm przegrywał ostatecznie. Wraz z nim przegrywał niemiecki naród i on - niemiecki pisarz. Widział to jasno - barbarzyństwo miało zatriumfować na długie lata. Co gorsza, triumf ten nie był li tylko zwycięstwem przemocy - był też zaprowadzeniem nowych zasad. Nazizm uznany został przez Niemców, przez europejskie demokracje. Hitlerowska Rzesza stawała się pełnoprawnym członkiem Europy.
A on był bezsilny. On, laureat Nagrody Nobla, rozmówca premierów i prezydentów, ozdoba najbardziej ekskluzywnych europejskich elit - czuł się kompletnie bezradny. I właśnie ta bezradność tytana niemieckiej literatury nadała jego dziełu - Listom - tak niekonwencjonalny rozmach etyczny. Dlatego sięgał po wyzwiska: z bezsilności i bólu jasnowidzenia.
Adam Michnik w eseju „Don Kichot i wyzwiska”
[Więzienie karne, Barczewo, styczeń 1986]
Znalezione w: Polskie pytania, Adam Michnik; Wyd. Agora, Warszawa, 2009

Na zdjęciu atak polskich nacjonalistów na manifestanta KOD podczas społecznych obchodów 41. rocznicy wydarzeń Czerwca ’76.
Radom, 24.06.2017