Pisanie o sobie nie jest rzeczą łatwą. A przecież musi być to tekst o mnie, bo o Nim napisano już tony papieru. Nie prowadziłem badań źródłowych, niewiele więc mógłbym dodać do benedyktyńskiej pracy Poboga-Malinowskiego. Nie piszę też biograficznego eseju - zrobią to pewnie inni, lepiej przygotowani. Cóż to zatem ma być? Ma to być tekst o Nim w mojej duchowej biografii; o tym, dlaczego jest to postać tak ważna - dla mnie. Nie potrafię uogólnić doświadczeń mojej generacji. Nie wiem, jak u innych tradycja rodzinna zderzyła się z przekazem szkolnym, jak u nich opowieści rodziny i przyjaciół korespondowały z propagandą. Dlatego piszę w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Ma to być świadectwo pojedynczego, może nietypowego człowieka.

***

Zasadniczą cechą ustroju, w którym żyję, jest dążenie do zawładnięcia umysłem ludzkim. Zaczyna się to w szkole poprzez budowanie takiego świata duchowego, gdzie wszystko jest jasne, jednoznaczne i „dookreślone”. „Dookreślone” przez konieczności władzy nie polega li tylko na modelowaniu wizji teraźniejszości. Modelowana jest i przeszłość. Nic dziwnego zresztą: kto rządzi wyobrażeniami o przeszłości, ten manipuluje myśleniem o teraźniejszości i przyszłości. Dzieje się tak zwłaszcza w kraju, gdzie tak często historia jest maską dla sporów o współczesność. Odkłamanie przeszłości bywa nader często odnalezieniem własnej tożsamości. Klucz do przeszłości otwiera drzwi niejednego z dzisiejszych sezamów. Tak było i ze mną.
Nie była to droga łatwa. Urodzony już po wojnie, traktowałem otaczającą mnie rzeczywistość jako coś zupełnie naturalnego, jako świat oparty na prawdzie i sprawiedliwości. Najpewniej byłem nietypowy. Inni mieli inne doświadczenia. Ogromna część polskiej inteligencji została w 1945 roku zepchnięta w piekło ubeckich kazamatów, zmuszona do emigracji zewnętrznej i wewnętrznej. Resztę zmuszono do kolaboracji z wrogiem, którego nienawidzili i którym pogardzali. Nieliczni tylko mogli mniemać, że otworzyła się szansa przestawienia Polski na nowy tor cywilizacyjny: na tor postępu społecznego, demokracji i humanizmu. Takimi ludźmi byli komuniści. Moi rodzice byli przedwojennymi komunistami. Dla jasności: polskimi komunistami pochodzenia żydowskiego.

***

Nie upewniano mnie nigdy w domu, że żyję w najlepszym ze światów, ale i nie wspominano przy mnie, jak to dobrze było przed wojną. Bo nie wszystkim przed wojną było dobrze. W tej niepodległej Polsce byli ludzie biedni, poniżeni, skrzywdzeni i prześladowani. Komunistami stawali się nie dla pieniędzy i posad rządowych, ale dla godnego życia. Dlatego może nigdy nie przeciwstawiałem złej Polsce powojennej dobrej Polski przedwojennej. I dziś zresztą tego nie robię.
Na moją ówczesną wizję przedwojennej Polski kładł się ogromnym cieniem ten, który nią rządził: Józef Piłsudski, dyktator odpowiedzialny za Brześć i Berezę, twórca faszystowskiej konstytucji, wróg postępu.

***

Początek krytyki rzeczywistości polskiej był dla mnie wynikiem konfrontacji idei głoszonych oficjalnie z praktyką codzienności. Łacno doszedłem do przekonania, że rewolucja została zdradzona, idee socjalizmu zaniechane, że demokracja polityczna i społeczna istnieje tylko na papierze. Rzadko jednak sięgałem do przeszłości międzywojennej; najwyżej po to, by piękną postać Wery Kostrzewy przeciwstawić ponurym, cynicznym i dyktatorskim władcom mojego kraju.
Tak zwaną „kwestię narodową” uważałem za załatwioną, nie rozumiałem emocji, które wzbudziła książka Załuskiego. Autora Siedmiu grzechów... uważałem za nacjonalistę (w czym się nie myliłem), a emocje skłonny byłem uznać za rudymenty świadomości właściwej narodom podbitym. Polskę Anno Domini 1963 uważałem za kraj suwerenny od czasów polskiego Października (w czym myliłem się głęboko i fundamentalnie).

***

Prawdziwym wstrząsem był dla mnie 1968 rok. Nie napisano dotąd monografii o wypadkach marcowych. Przyszłemu monografiście polecam zastanowienie się nad takim oto problemem: jakie tradycyjne kultury polityczne odżyły w tym czasie? Pouczającą mogłaby być choćby analiza prasy, która pod pewnymi względami miała więcej swobód niż kiedykolwiek indziej. Ostatecznie nawet zaraz po przełomie październikowym w 1956 roku cenzura konfiskowałaby artykuły na przykład jawnie antysemickie. Momenty kryzysu systemu ujawniają fragmentarycznie rzeczywisty obraz świadomości społecznej. Kryzys 1956 roku ujawnił zarysy polskiej myśli demokratycznej. Kryzys 1968 roku ujawnił fragmentaryczny zarys tego, co w polskiej myśli wsteczne, tępe, szowinistyczne, nasycone ksenofobią. Była to - wedle celnego określenia Władysława Bieńkowskiego - „rewolucja obskurantyzmu”.
Można, naturalnie, powtarzać nadal, że to nie naród, że to tylko straszni komuniści, te rządzące potwory, podzielili się na głosy i - jak w epoce stalinowskich procesów - donośnym rykiem żądali: „krwi!”. Taki pogląd jest - moim zdaniem - braniem złudzeń i życzeń za rzeczywistość. Zasadnicza różnica pomiędzy rokiem np. 1952 a 1968 polega na tym właśnie, że w 1968 roku antyinteligencki i antysemicki pogrom dokonywał się przy - mniej lub bardziej czynnej - akceptacji niemałej części społeczeństwa. Komunizm wytworzył w Polsce swoją specyficzną podkulturę, której rdzeniem był tradycyjny nacjonalizm. Nic mógł ten czynnik zostać wyzyskany do końca ze względu na obecność Wielkiego Brata. Ale przecież wystarczyły te liczne aluzje w prasie i stugębna plota, by w ubeckim opryszku niemała część opinii ujrzała bohatera narodowego, patriotę i niepodległościowca. Jacy Polacy mogli tak uważać? Czy była w Polsce tradycja uzasadniające takie przeświadczenie? Czy rycerze Ciemnogrodu kreujący się na jedynych godnych imienia Polaka mieli się do czego odwołać? Czy byli już przedtem w Polsce ludzie, dla których udział w pogromie Żydów był legitymacją do narodowej dumy?

***

Jeśli ktokolwiek sądził, że październik 1956 roku uczynił Polskę krajem suwerennym, jeśli lekkomyślne wnioski wyciągał z przypadku albańskiego lub rumuńskiego (jak na przykład niżej podpisany), tego lekcja czechosłowacka wyleczyła ze szkodliwych złudzeń. Wtedy odkryte zostały wszystkie karty politycznego pokera. Podczas tej lekcji okazało się, że suwerenną Polską rządzi Wielki Brat; że polscy bohaterowie nagonki antysemickiej kroczą na czele wojsk niosących „bratnią pomoc chłopom i robotnikom Czechosłowacji jęczącym w okowach zachodnioniemieckiego rewizjonizmu”.
Niestety, ta ironia jest tu zupełnie nie na miejscu. Uśmiechnąć się może tylko ten, kto nie rozmawiał z warszawiakami - różnej kondycji społecznej - bezpośrednio po interwencji. Kiedy relacjonowałem te rozmowy kolegom, którzy sierpień 1968 roku spędzili w więzieniu, nie chcieli mi wierzyć. A przecież nie fantazjowałem! Spora część warszawskiej ulicy zaaprobowała duchowo udział wojsk polskich w niszczeniu wolnościowej zarazy u południowych sąsiadów; tej zarazy, która mogła się wszak i na Polskę rozszerzyć. I znów postawiłem sobie pytanie: któż to w naszej historii gotów był sprzymierzyć się z rosyjskim zaborcą, by wytępić rewolucyjną zarazę? Któż to patriotyzmem nazywał współdziałanie z żandarmem Europy?

***

Słabością ludzkiego umysłu jest szukanie analogii. W spotkaniu z totalitarną rzeczywistością jesteśmy bezradni, bezsilni, szukamy jakichś sytuacji, które wskazać by mogły, jak inni w innym czasie zachowywali się, stając wobec dylematów podobnych do naszych. I wtedy właśnie - w 68 roku - przeczytałem relację o spotkaniu Dmowski - Witte w 1905 roku, i wtedy wyłoniły się z cienia twarze aktorów tamtych wydarzeń: ludzi, którym dane było w jednym życiu doznać najczarniejszych beznadziei i ujrzeć biało-czerwony sztandar na Zamku Królewskim w Warszawie. Niepodległość stworzyła nową perspektywę do myślenia o orientacjach polityki w ciągu ubiegłych lat dwudziestu. Jaśniej było widać, które działania tę niepodległość przybliżały, a które oddalały; jaśniejsza stała się także istota sporu o kształt niepodległości.
Co mnie uderzyło w rozmowie Dmowskiego z Wittem? Oto polski polityk komunikuje rosyjskiemu premierowi, że ruchy rewolucyjne w Polsce są dziełem przybyłych z Rosji Żydów i że jedynym remedium na ten stan rzeczy jest przekazanie władzy w Warszawie Polakom, którzy sami ukrócą działania socjalistycznych bojówek.
Na czele tych bojówek stał, lżony i poniewierany przez endeckich żurnalistów, Józef Piłsudski, najwyraźniej powolne narzędzie w rękach rosyjsko-żydowskich agitatorów, bez których - jak dowodziły endeckie gazety - Polakom nigdy by nie przyszło do głowy walczyć o sprawę niepodległości i społecznej reformy.

***

Piłsudski wyłonił się z nocy, która zapadła w Królestwie Polskim po klęsce powstania styczniowego. Najpierw ważna wydała mi się analiza tej „nocy”, przyjrzenie się z bliska, jak ludzie wtedy myśleli i postępowali.
Milczenie, wewnętrzna emigracja - takie było najczęściej rozwiązanie, Zrozumiały i zasadny bezpośrednio po klęsce, w czas jakiś później wybór len nabrał charakteru dwuznacznego. Obrona języka ojczystego, obyczaju i tradycji w zaciszu domowego ogniska, obrona substancji narodowej w czterech ścianach własnego domu i podczas przygodnych kontaktów z sąsiadami czy kuzynami wytwarzała osobliwy rodzaj patriotyzmu i szczególny typ patrioty.
Patriota taki manifestował swą polskość spożywaniem tradycyjnego barszczu i śpiewaniem okolicznościowych kolęd wtedy, kiedy inni już spiskowali. On nie spiskował. Dla niego spiski były dziełem Moskali i nieodpowiedzialnych demagogów, którzy narażali naród na kolejne hekatomby represji.
Obrona „substancji narodowej” poprzez redukcję jej do sfery języka i obyczaju prowadziła do zapoznania istoty konfliktu Polaków z carską Rosją. Istotą działania rosyjskiej szkoły była nie tylko rusyfikacja językowa, ale także - może głównie - „rusyfikacja” duchowa, zdeprawowanie umysłu, przyuczenie do życia w kłamstwie i niewoli. Obrońcy „substancji narodowej” bronili polskiej formy, gubiąc jej istotną zawartość. Dziś powiedzielibyśmy, że byli narodowi w formie i rosyjscy w treści.
„Rosyjscy” - jakże niezręcznie dziś używać tego sformułowania. Dziś, kiedy antyrosyjskość bywa maską dla postaw zachowawczych i dla zwyczajnego konformizmu. W tamtych czasach antyrosyjskość pozwalała endekom wzywać polską młodzież studencką do bojkotu demonstracji wolnościowych akademików-Rosjan. Dzisiaj antyrosyjskość pozwala łaskawym okiem spoglądać na obrzucanie wyzwiskami („reakcyjny słowianofil”) Sołżenicyna przez polskich pismaków. Wszak to Rosjanin!
Słyszałem, jak któryś z aktualnych obrońców „substancji narodowej” powiedział: „Bójmy się Sołżenicyna!”. Ktoś mu odrzekł: „Ja się boję Breżniewa, choć on może i nie jest słowianofilem”. Ten drugi miał rację. Polski szowinizm nasycony ze swej natury antyrosyjskością (to tylko jedna z postaci ksenofobii) prowadzić może (choć nie musi) do postawy wiernopoddańczej. Klinicznym, chemicznie czystym wyrazem tej postawy są Moczar i Piasecki.
Czy Piłsudski był antyrosyjski?

***

Tak, Piłsudski był antyrosyjski. Ale może warto sobie uświadomić, że jego bunt nie był buntem tylko przeciw Rosji. Był także buntem przeciw znacznej części społeczności polskiej. Przeciw konformizmowi, gnuśności umysłowej i moralnej, wstecznictwu własnych rodaków. Piłsudski rozumiał doskonale, że aby odzyskać niepodległość, nie wystarczy pokonać Rosji; że trzeba, aby Polacy chcieli tej niepodległości. Działalność kierowanej przezeń Polskiej Partii Socjalistycznej była wychowywaniem Po laków ku niepodległości. Jak wychowywano Polaków? Gazetą. Wolnym niepodległym, niecenzurowanym słowem drukowanym. Społeczeństwo żyjące w niewoli musi wyprodukować z siebie literaturę nielegalną, bo musi znać prawdę o sobie samym, widzieć swój obraz niezafałszowany ' słyszeć swój głos autentyczny. Istnienie nielegalnej literatury jest niezbędnym etapem w walce z duchowym zniewoleniem.
Piłsudski - redaktor nielegalnego Robotnika - świetnie zdawał sobie sprawę z takiego stanu rzeczy. W pięknej gawędzie o „bibule” - uogólnił tam doświadczenia ówczesnego „samizdatu” - kładł nacisk na potrzebę walki o ludzkie umysły, o niezafałszowane uczucia, o prawdę. Była w tej , opowieści zawarta nie tylko fabularna relacja o przygodach kolporterów wolnego słowa, ale i instruktaż: co robić i jak to robić? Jak drukować broszury w kraju, jak przemycać książki z emigracji. Nigdy nie przyjął Piłsudski tej absurdalnej perspektywy, w której ludzie z emigracji sami postawili się poza polską społecznością. Sam był czas jakiś emigrantem, wiedział, że dla społeczeństwa podbitego emigracja jest skarbem bezcennym, jest okiem i uchem na świat, jest ustami, które mówią bez knebla i które oddychają świeżym powietrzem, wprowadzając je do organizmu.
A my? Pamiętamy proces „taterników”. Oskarżono ich o szmugiel literatury (między innymi Witolda Gombrowicza, Kazimierza Wierzyńskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego). Dostali wyroki. Nie wyroki jednak - chociaż drakońskie - mną wstrząsnęły, ale reakcja niektórych mądrali z warszawskich kawiarni. „Oto skutki dziecinady konspiracyjnej” - powiadali intelektualiści, którzy drukowali wprawdzie w szmacie Wilhelmiego, ale współpracę z emigracyjnym miesięcznikiem zawsze potępią. Dlaczego? Ano dlatego, że zbyt prawicowy (lub zbyt lewicowy), że nadto radykalny (lub za mało radykalny), a w gruncie rzeczy dlatego, że strach i wewnętrzne zniewolenie nakazuje im włożyć knebel do własnych ust i wyrzec się elementarnego zawodowego obowiązku: obowiązku mówienia prawdy.

***

Myślałem o Piłsudskim, czytając artykuł Leszka Kołakowskiego „Sprawa polska”. Któż celniej niż on - ten panicz z Zułowa - rozumiał, że naród, który o swą wolność nie umie i nie chce walczyć, na tę wolność nie zasługuje; że się oducza od życia w wolności.
Naród żyjący w niewoli nie może składać się wyłącznie z bohaterskich konspiratorów. Musi mieć swoich „organiczników”, budowniczych fabryk i mostów, nauczycieli w szkołach, lekarzy, nawet ugodowych wobec zaborcy administratorów. Ale biada takiemu narodowi, który swych spiskowców uważa za niedowarzonych młodzików czy wynarodowionych demagogów, który w tych najlepszych widzi obcą inspirację czy obcą kiesę, który rząd dusz oddaje tym rozumnym konformistom, dbałym o sprawę polską tożsamą ze sprawą własną - bowiem taki naród niszczeć musi.
To, co realne, rzadko bywa tożsame z tym, co dobre: myślenie „realistyczne” w polityce często rozmija się z materialną rzeczywistością.

***

Nie wiem, czy potrafię zrozumieć dylematy tamtych ludzi, ale złość Piłsudskiego z powodu nazywania każdej podłości działaniem realistycznym jest mi jakoś bliska. Któż w końcu okazał się realistą? Czyż optujący za współpracą z carską Rosją Roman Dmowski? Ten najlogiczniejszy z polskich myślicieli politycznych, zręczny gracz, chłodny realista nie dostrzegł przecież i nie zrozumiał dynamiki procesów społecznych w rosyjskim imperium. Akceptując - „realistycznie” - obecność (na czas nieokreślony) rosyjskich pułkowników w Warszawie, skoncentrował się na wychowywaniu społeczeństwa polskiego w duchu swej ideologii „nowoczesnego Polaka”. „Nowoczesny Polak” miał słuchać rosyjskiego generał-gubernatora, rozbijać żydowskie sklepy i czekać na zmianę koniunktury międzynarodowej. Wtedy zjednoczone zostaną, być może, pod berłem rosyjskiego cara wszystkie ziemie polskie, to znaczy, oprócz Warszawy także Poznań i Kraków znajdą się w zasięgu kozackiej nahąjki. Z rozmaitymi „socjałami” - dostrzegał tu Dmowski na ogól żydowską rękę - winien „nowoczesny Polak” podjąć pryncypialną polemikę. I podjął tę polemikę w 1905 roku - za pomocą bojówek endeckich uzbrojonych w kastety i rewolwery, które pomagały rosyjskim żołdakom wyplenić rewolucyjną zarazę.
Piłsudski nie był taki nowoczesny. Skierowywanie namiętności narodowych w koryto prorosyjskiego w skutkach antysemityzmu potępiał, widząc w tym - słusznie - naśladowanie rosyjskiej „czarnej sotni”. Zastępowanie walki z caratem rozbijaniem żydowskich sklepów uważał za podłość i głupotę; współpracę ze stójkowymi w łamaniu robotniczych strajków nazywał po imieniu - zdradą.
Realizm, realizm... Czy bez tych romantyków socjalizmu podnoszących rękę na kolosa (dopiero później okazało się, że miał on gliniane nogi) byłaby Polska? Czy Polacy „wybiliby się na niepodległość”, gdyby zabrakło tych, którzy o potrzebie niepodległości wciąż powtarzali? Czy szubienica, na której zginął Montwiłł-Mirecki, towarzysz Piłsudskiego z socjalistycznej bojówki, nie stała się wezwaniem dla następnych? Czy może istnieć naród bez imponderabiliów?
Naród bez imponderabiliów, naród wyrzekający się obrony tego, co nie uchwytne czasem i niemożliwe do nazwania, wyrzeka się własnej kultury stacza się do poziomu plemienia. Realizm i ugoda bywają cnotami u polityków, ale są to cnoty, którym trzeba patrzeć na palce. Są to bowiem cnoty wallenrodyzmu - udawać kogoś innego, niż się jest, zamaskować prawdziwą twarz i rzeczywiste dążenia. Jakże często - widzimy to dziś zwłaszcza - maska na twarz nałożona staje się prawdziwym obliczem; jakże często instrument do realizacji wartości staje się wartością samą w sobie i dla siebie. Owocem takiego realizmu są Bolesławowie Piaseccy pokrywający własną nikczemność płaszczem patriotycznej tradycji. „Wallenrodyzm staje się znikczemnieniem” - zakonkludował w 1904 roku Stanisław Witkiewicz. Świadom tego był i Piłsudski, rehabilitując tradycję oporu i wzywając do oporu. Tłumaczył Grabcowi-Dąbrowskiemu: „Każde pokolenie krwią swoją musi przypomnieć, że Polska żyje i z niewolą się nie pogodzi”.
Dla naszych uszu brzmi to jak przesłanie zza grobu. Karmieni papką „reaalizmu” widzieliśmy, jak „wallenrodzi” po 56 roku się przepoławiają. Wchodząc do aparatu władzy, szybko zapominali o racjach, które nakazywały im to „włączenie się w rzeczywistość”, i rychło zaczynali uważać swój udział we władzy za wartość samoistną i naczelną.

***

Piłsudski tłumaczył, co jest ich wspólnym obowiązkiem wobec narodu. Ale przecież nie były to jedyne motywy jego postępowania. W liście do Feliksa Perla, pisanym tuż przed akcją bezdańską, pisał: „Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża - słyszysz! - ubliża mi jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą. Niech inni się bawią w hodowanie kwiatów czy socjalizmu, czy polskości, czy czego innego w wychodkowej (nawet nie klozetowej) atmosferze - ja nie mogę! To nie sentymentalizm, nie mazgajstwo, nie maszynka ewolucji społecznej, czy tam co, to zwyczajne społeczeństwo. Chcę zwyciężyć, a bez walki, i to walki na ostre, jestem nie zapaśnikiem nawet, ale wprost bydlęciem okładanym kijem czy nahajką”.
Ten list przedrukowała paryska Kultura w 1968 roku. Była to data nieprzypadkowa. Nigdy – tak jak wtedy właśnie - nie oddychało moje pokolenie w atmosferze gnojówki, która lala się nieustannie, codziennie szerokim strumieniem przez szpalty gazet. Głos Piłsudskiego sprzed sześćdziesięciu lat był dla mnie zbawienny: ktoś wreszcie przydał właściwą proporcję sferze spraw niepojętych dla mnie, niewytłumaczalnych w tradycyjnych kategoriach: ależ tak, wychodek jest wychodkiem i nie wymaga żadnych subtelnych rozważań.
I - co również ważne - jest to perspektywa już nie tylko narodowa, ale czysto ludzka. To już nie żadne racje patriotyczno-polityczne, tylko moje, moje własne dobro nakazuje mi walkę, która ocala przed pogrążeniem się w tej anonimowej, bezkształtnej masie zdeprawowanych, zniewolonych, posłusznych...

***

W popularności „Wesela” Wyspiańskiego, w aktualności tej sztuki jest coś głęboko niepokojącego. Nie jest to przecież aktualność polegająca na tanich aluzjach („Chińczycy trzymają się mocno”), tylko aktualność problematyki, jest to zapis „niemożności” polskiej inteligencji, głębokiego rozdarcia pomiędzy inteligencją i tak zwanym „ludem”.
Film Andrzeja Wajdy - oglądany wkrótce po Grudniu i z żywą pamięcią Marca - ponownie przywołał ten centralny problemat polskiej historii i polskiej rzeczywistości. Owo rozszczepienie usiłował Piłsudski przezwyciężyć przez czyn. Oceniał polską inteligencję bardzo surowo: „histeryczne panny, nie znoszące drapania po szkle, ale znoszące pranie ich po pysku”. Pisał o „zdziecinniałym z tchórzostwa społeczeństwie”, o „społeczeństwie, które walczyć o siebie nie umie, które cofa się przed batem spadającym na twarz”. Jakie postępowanie doradzał inteligentowi? Inteligent miał wyjść z kawiarni, pisać nielegalne broszury, redagować nielegalną gazetę, prowadzić nielegalne wykłady na nielegalnym uniwersytecie. W ten sposób miał przełamać swoją samoizolację, miał stać się konstruktorem ruchu robotniczego i mózgiem tego ruchu. Miał być wychowawcą społeczeństwa.
Do czego chciał wychowywać społeczeństwo polskie Piłsudski? Jak chciał to robić? Miało to być „wychowanie do niepodległości”. Spodleni i zdeprawowani - mniemał Piłsudski - nie będą chcieli i nie potrafią Polacy walczyć o niepodległość. Stąd potrzeba edukacji narodu; upowszechnienia programu przeobrażeń społecznych, programu walki z Rosją wspólnie z narodami przez Rosjan podbitymi, programu przyszłej Polski.
Wychowywał Piłsudski gazetą, książką i - nade wszystko - czynem. Nie wolno - powtarzał - akceptować tego oswojenia z niewolą; nie wolno milczeć, kiedy gwałcone są imponderabilia. Rezygnacja z imponderabiliów to rezygnacja z odrębności kulturowej, to zgoda na kulturowe wyniszczenie.
Nikogo nie piętnował Piłsudski z taką pasją, jak witających cara Mikołaja II w Warszawie polityków ugodowych. W rozkolportowanej wtedy odezwie Centralnego Komitetu Robotniczego PPS towarzysz „Wiktor” (pseudonim Piłsudskiego) pisał:

„Po raz pierwszy Warszawa ma spotkać cara, nie jako okuta w łańcuchach i wstrząsająca nimi groźnie buntownica, lecz jako uległa niewolnica, pokornie leżąca u stóp swego pana.
Tak przynajmniej zapowiadają ci, którzy wyzbywszy się ostatków godności ludzkiej w wyobraźni już zmieniają swą pokorę na ruble, ordery i posady. Gwałtem chcą zmusić wszystkich, by okrzykami hucznymi zagłuszyli jęki wydobywające się z ziemi przesiąkniętej krwią bohaterów, a świątecznym strojem i wesołym wyglądem rozchmurzyli czoło kata [...]. Lecz hańba ta nas nie dotknie - zostanie ona w całości udziałem tych, którzy zawsze szukali u władzy oparcia dla swych celów samolubnych. Nie chcą oni Polski wolnej, bo ciemna ich robota wymaga mroku, jaki właśnie stwarza niewola. Krwią naszą i potem zdobyte bogactwa dziś bałwanowi ucisku obracają na kadzidło, a za ten tryumf, zgotowany carowi, zapewniają sobie nowe zyski i nagrody, dalsze panowanie nad nami przy pomocy policji, żandarmów i wojska. Raz jeszcze kosztem ludu pracującego klasy posiadające zawierają sojusz z najeźdźcą. [...] Musimy pozostać niemymi świadkami szopek powitalnych i służalstwa tych, co cisnąć się będą dla okazania carowi swej wiernopoddańczości. Patrząc na tę wystawę podłości o różnych barwach i odcieniach, możemy tylko z dumą wskazać na nasz sztandar czerwony, gdzie ugodowe błoto nie sięga”.

Wypowiedziana pełnym głosem prawda o „ugodowym błocie” pełniła funkcje oczyszczające. Podbity, zniewolony naród odzyskiwał swój nieskłamany głos, odzyskiwał godność.

***

Piłsudski był spadkobiercą tradycji romantycznej. Rósł w kręgu poezji wieszczów, kochał utwory Mickiewicza i Słowackiego. Już z tych choćby powodów nader interesujący był jego stosunek do inicjatywy wybudowania pomnika Mickiewicza w Warszawie. Inicjatorem tej akcji była grupa polityków ugodowych.
Towarzysz „Wiktor” jasno precyzował swój punkt widzenia:

„Stała się rzecz dziwna. Oto w kraju, gdzie rozpanoszyła się najohydniejsza niewola i ucisk, wznosi się pomnik człowieka, co słowem, pieśnią i czynem rwał okowy ciążące ojczyźnie; w mieście, gdzie dzieci karzą za polską mowę, czci się urzędownie największego poetę polskiego! Czyżby opadły więzy nas krępujące? Nie! Dziwne to zjawisko zawdzięczamy politycznemu kuglarstwu naszych handlarzy patriotyzmu, dla rządu jest ono [...] uroczystością pokojową, bo godzi patriotyzm polski z niewolą moskiewską”.

Przytoczony fragment nielegalnej ulotki zasługuje na baczną uwagę: oto Piłsudski dostrzegł, w jaki sposób potężny cień wieszcza może maskować brudne poczynania ugodowców. Warto mieć tę prawdę w pamięci dzisiaj: biało-amarantowy sztandar, orzeł z koroną, Zamek Królewski w Warszawie - wszystko to może być narzędziem sowietyzacji i duchowego wynarodowienia; może być legitymacją dla rezygnacji z walki o wolność, może być kneblem dla inaczej myślących.
Socjalistów często oskarżano o narodową obcość; o to, że są „rosyjskim nasieniem”, „żydowskim narzędziem”, „sługami Hakaty” i tym podobne. Piłsudski z pogardą odrzucał te oskarżenia. Uważał polemikę z tymi - endeckimi z ducha - koncepcjami za bezprzedmiotową i uwłaczającą jego godności. I o tym także pamiętać dziś należy - kiedy lżą, poniewierają i oskarżają o zdradę narodu - patrzcie uważnie na ręce tych patriotów knuta!

***

Piłsudski nie był nacjonalistą. Nie uważał za właściwe ani zdrowe organizowanie świadomości narodowej wokół nienawiści do innych narodów.
Ukształtował go specyficzny klimat Wileńszczyzny, wspólnej ojczyzny ludzi różnych narodów, kultur i religii; wielojęzycznej mieszanki, ziemi, na której Litwin współżył z Białorusinem, Żyd z Tatarem, a Polak z Karaimem. Przyzwyczajenie do odmiennego obyczaju, wstręt do ksenofobii były u ludzi tych stron (także z Kresów) częstsze niż w Polsce centralnej. Polska jawiła się Piłsudskiemu jako ojczyzna wielu narodów; wspólnota wielu kultur; chciał, by była państwem, z którym solidarni będą nie tylko Polacy, ale i Litwini, Ukraińcy, Żydzi. (Pięknie pisał o tym na łamach Znaku w niezauważonym przez krajową opinię eseju „Tutejsi” Antoni Gołubiew). Idei rosyjskiego imperium przeciwstawiał „socjalista z Zułowa” ideę Rzeczypospolitej wielu narodów. Rosję, która była „więzieniem narodów” i „żandarmem Europy” (określenia Lenina), chciał rozsadzić irredentystycznymi ruchami rewolucyjnymi narodów podbitych. Alternatywnym rozwiązaniem problemów politycznych tej części Europy miała być federacja polsko-litewsko-ukraińska.
W takim państwie - jeśli miało być atrakcyjne również dla nie-Polaków - nie mogło być miejsca dla dyskryminacji narodowościowej i religijnej, getta ławkowego, pogromów antyżydowskich i pacyfikacji antyukraińskich.
Myśli o federacji musiał Piłsudski później zaniechać, w czym niemały udział miała szowinistyczna propaganda endecka. Z okresem II Rzeczypospolitej nie kojarzą nam się dzisiaj bynajmniej wspomnienia sielanki w stosunkach polsko-ukraińskich czy polsko-żydowskich. Po II wojnie światowej Polska stała się państwem jednolitym narodowościowo, ludzie mówiący innymi językami stanowią dziś mikroskopijną mniejszość. Cóż więc zostało ze starych marzeń towarzysza „Wiktora”?
Nie wszystko chyba zaginęło. Ważne są nie tylko propozycje rozwiązań realnych problemów społecznych; ważny jest także sam styl myślenia o społeczeństwie. Endecki styl myślenia, zaadaptowany przez rządzących Polską, komunistów, nakazywał chlubić się jednolitością narodową. Ktoś bliski mi powiedział, że było to zastąpienie barwnej, różnokolorowej, wielokwietnej łąki jednolitą kupą piasku, gdzie każde ziarnko do drugiego było podobne. Cnotą takich ziarenek jest kultywowanie uniformizmu, niechęć do tego wszystkiego. Co różne, odrębne, podatność na endecki styl myślenia. To nieprawda, że endecki antysemityzm był li tylko instrumentalną odpowiedzią na nierozwiązalną inaczej kwestię żydowską. Antysemityzm był sposobem rozumienia świata właściwym ziarenkom, był takim sposobem, który pozwalał na rozpętanie masowej awantury antyżydowskiej w kraju praktycznie pozbawionym Żydów.
Otóż styl myślenia Piłsudskiego był doskonale szczelny, nieprzemakalny dla zarazków szowinistycznej demagogii. Dziś - gdy awersją do wszystkich sąsiadów (Ukraińców, Czechów, Rosjan, Niemców) każda, najgłupsza i najbardziej wsteczna władza żonglować może dowolnie i krótką kampanią prasową rozbudzać namiętności, ogłupiać ksenofobią, deprawować nienawiścią do odmieńców - dziś właśnie warto przypomnieć utopię tego szlachcica z Wileńszczyzny, którego spotkały za takie marzenia potwarze i kalumnie „rdzennych”, lechickich wrogów.

***

Mówienie o problemie antysemityzmu należy w Polsce do przedsięwzięć najtrudniejszych i najbardziej ryzykownych. Składa się na to skomplikowany ciąg przyczynowo-skutkowy, który - wraz z eksplozją 68 roku - został poddany ciekawej analizie w pracy Władysława Bieńkowskiego „Hamulce i motory socjalizmu”. Analiza Bieńkowskiego była tym ciekawsza, że potępiając jednoznacznie praktyki rasistowskie, potrafił autor dostrzec całą złożoność problemu. Nie jest to w Polsce częste: w wyniku ostrej polaryzacji opinii publicznej u schyłku II Rzeczypospolitej na tle stosunku do „getta ławkowego” doszło do sytuacji, w której każdy krytyk społeczności żydowskiej lub jej przedstawicieli czy nawet Polaków pochodzenia żydowskiego narażał się na zarzut antysemityzmu. Zjawisko to wystąpiło z jeszcze większym nasileniem po 1968 roku. Zmarły na obczyźnie poeta Arnold Słucki tłumaczył swą decyzję opuszczenia kraju tym, że nie może żyć w społeczności składającej się z filosemitów i antysemitów.
Piłsudski nie był filosemitą. W swoich artykułach wielokrotnie krytykował filorosyjską politykę „Bundu” - partii żydowskich socjalistów. Działając wśród proletariatu żydowskiego, „Bund” popularyzował rosyjską literaturę i - tym samym - rosyjską kulturę. Nie byłoby to niczym nagannym, ale zbiegało się skądinąd z rusyfikatorską polityką zaborcy i w tych warunkach powodowało ciążenie znacznych grup ludności w stronę Rosji. Piłsudski krytycznie oceniał obojętny lub niechętny stosunek „Bundu” do polskich aspiracji niepodległościowych. Nie miało to jednak nic wspólnego z antysemityzmem, albowiem nigdy krytyka ta nie prowadziła do rozpalania narodowej nienawiści. Nigdy też nie uważał Piłsudski Żydów za intruzów na ziemi, którą zamieszkiwali od setek lat; nigdy - wreszcie - nie stosował paragrafów aryjskich w doborze przyjaciół i współpracowników.
W sytuacji, gdy deklamacja zastępuje refleksję, gdy tak łatwo narazić się na zarzut antysemityzmu (nie ominęło to nawet Antoniego Słonimskiego), warto pamiętać, że zdrowy rozsądek nie jest tożsamy z filosemityzmem, a najpiękniejsze deklaracje przeciw antysemityzmowi nie mogą zastąpić trzeźwej analizy korzeni tego groźnego schorzenia. Korzenie te nie tkwią wyłącznie w winach społeczności polskiej. Analiza negatywnych zjawisk, które zachodziły w łonie społeczności żydowskiej, jest równie niezbędna i żadną miarą nie może być poczytana za rasizm, tak jak nie byli rasistami piszący na ten temat Prus, Żeromski, Dąbrowska czy Słonimski.
Nie może też służyć do oskarżenia wszystkich Polaków o antysemityzm, oskarżenia równie absurdalnego, co wygodnego dla komunistycznej elity władzy, którą w taki sposób utożsamia się z narodem.

***

Ksawery Pruszyński - wychowanek Kresów - pisał przed trzydziestoma laty:

„Wyrastaliśmy w przekonaniu, że jesteśmy pogrobowcami wielkiej ojczyzny [...] która trwa, choć podbita, pomiędzy dwoma morzami. [...] Gdyby nam powiedziano, że Gdańsk nie jest polski, zdziwilibyśmy się niezmiernie. Gdyby nam powiedziano, że Kijów nie jest polski, zdumienie nasze byłoby jeszcze większe. Ale gdyby nam powiedziano, że nasza ojczyzna jest jednolita narodowo, obsiada dorzecze Wisły od Karpat do morza, że nie ma w niej miejsca ani dla ruskich chłopów, ani dla cerkwi, ani dla starej Szomsteinowej, to byśmy się zapewne zdziwili najwięcej, my, którzyśmy wyrośli jeszcze, ostatni zapewne Polacy, w świecie idei powstania styczniowego, Polski - Litwy - Rusi, którym opowiadano, że przedstawiciele trzech wyznań kroczyli naprzedpowstańczym pogrzebie pięciu poległych... [...] Po latach nie umiałbym powiedzieć, co przetrwało we mnie z owego dzieciństwa. [...] Otóż najpierw, prawdopodobnie, pewien duch dziejów Polski. Pojmowanie Rzeczypospolitej jako wielonarodowego imperium. Nie odraża od innych ludów, ale przeciwnie, pociąga. Nietraktowanie mniejszości narodowych jako malum necessarium, ale jako cennych, poszerzających moją ojczyznę, bogacących wspólny dom składników. [...] Kreślę jeszcze to wspomnienie dlatego, że zapewne takich dzieciństw jak moje w Polsce nie będzie nigdy. Światy nowe, klasy idące, będą zawsze miały setki sposobności do opisania swoich kolebek! Mój - nie. A jednak sądzę, że w miarę wyżywania się nacjonalistycznych szałów ludzkości, w miarę zastanawiania się Polaków nad wystawianiem narodowi swojemu takiego gmachu by go nie zmiatały co drugie burze dziejowe, myśl polska, myśl młodych Polaków podążać będzie, rad szukając, ku owej dalekiej i niedalekiej przyszłości. Będzie starała się odkryć z gruzów i wykopalisk historii, jak wzniesiono tak wielki gmach, który dał tyle wieków spokoju i tylu pokoleniom zapewnił wolność? Będzie próbowała rozpoznać, jakim to sposobem potrafiła łączyć tak silnie różne cegły, kamienie, bele dębowe owa budowa? [...] Prędzej czy później pójdzie myśl polska, uważna i skupiona, ku tamtym szlakom i czasom. Wyjdzie na wielkie drogi czarnego szlaku, gdzie dziś wieje zadymka historii. Będzie iść w tej zadymce po wertepach oświeconych słabym kagankiem, potykać się, grzęznąć - i szukać. [...] Aż dojdzie”.

Dziś kroczymy we mgle. Nie wiemy, co przyniesie przyszłość, jak długotrwały będzie aktualny układ sil politycznych, jak długo jeszcze stan posiadania ZSRR będzie nienaruszony. Jedno wszelako wydaje się bezsporne: będziemy musieli żyć, sąsiadując z innymi narodami. I od nas samych zależy, czy potrafimy znaleźć jakąś rozumną formułę koegzystencji, czy też pogrążymy się w odmętach plemiennej nienawiści. Jeśli zaś spróbujemy odnaleźć tę formułę tolerancji i zgody, to patronować naszym poszukiwaniom będzie zza grobu redaktor Robotnika, wódz socjalistycznej bojówki, partyzant z twarzą nietzscheańską, on - Józef Piłsudski.

***

Polska skazana była - przez geografię i historię - na sąsiedztwo z Rosją. Jaki miał do Rosji stosunek Piłsudski? Uważał Rosję za najniebezpieczniejszego z zaborców. Bał się Rosji i jej nienawidził. Nienawidził systemu państwowego imperium. Pisał:

„Niewola moskiewska tym się różni od wszelkiej innej, że oprócz krzywdy i ucisku naród ujarzmiony znosić musi stale upokorzenia. Rząd carski za przykładem wszystkich despotów Wschodu lubuje się w zewnętrznych przejawach uległości i pokory, w obrażaniu godności ludzkiej niewolnika. Nie dosyć mu uderzyć nahajką, chce on jeszcze, by uderzony pocałował narzędzie tortury; mało mu powalić przeciwnika, trzeba jeszcze wymierzyć zwyciężonemu policzek. (...) Bezczelne naigrywanie się z uczuć ludzkich wchodzi w system rządzenia, bo tylko ludzie pozbawieni godności przez ciągłe jej deptanie mogą znosić tak ohydną niewolę, jak carska”.

O istocie państwa rosyjskiego pisał:

„Cechą każdego rządu absolutnego jest usunięcie wszelkiej kontroli społeczeństwa nad czynnością prawodawczą. Stąd, jako naturalny skutek, wynika i osłonięcie grubą powłoką tajemnicy wszystkich kroków przygotowawczych połączonych z prawodawstwem. Wiadomości o stanie tej lub owej części państwa, sprawozdania z czynności urzędników, projekty reform i wnioski prawne, obrady ciał prawodawczych - wszystko to najczęściej skrzętnie jest ukryte dla oka ludzi, do kasty urzędniczej nie należących”.

Strukturę społeczną i prawną Rosji uważał za znakomicie przystosowaną do tej niewolniczej organizacji państwa. Nie widział szans na ewolucję w stronę form demokratycznych. Krytycznie odnosił się także do wewnątrzrosyjskiej opozycji. Rosyjskim liberałom nie ufał. Pogardzał ich kunktatorstwem i ugodowością, przestrzegał przed ich podatnością na wielkorosyjski nacjonalizm.
Pisząc o rosyjskim obozie rewolucyjnym, zwracał uwagę na jego słabość, na właściwą ruchom doktrynerskim głuchotę i niechęć wobec ruchów wyzwoleńczych narodów podbitych, a także na paradoksalne przejmowanie wizerunków narodów podbitych uformowanych przez słowianofilską prawicę. (W ten sposób zawędrował na łamy rosyjskiej prasy rewolucyjnej pogląd, że powstanie styczniowe było dziełem reakcyjnej szlachty i księży katolickich).
Piłsudski jednoznacznie sprecyzował swój punkt widzenia w artykule „Z powodu jubileuszu Puszkina”, gdzie pisał:

„Obcą jest nam wszelka nienawiść plemienna i narodowościowa. Bojownicy wolności wszystkich krajów i narodów są naszymi braćmi. Umiemy hołd oddać wszelkiej myśli, w jakimkolwiek języku się zrodziła, umiemy uczcić wszelkiego poetę i myśliciela, jakikolwiek naród go wydał. Ale w przypadku obecnym mamy do czynienia wcale nie z poetą, który wcielał ducha wolności w słowo i przez to stał się drogim dla wszystkich uciskanych i wyzyskiwanych. Przeciwnie, jak to powiedzieliśmy, Puszkin z walką przeciwko niewoli nic wspólnego nie miał, a nawet niekiedy tę samą niewolę pochwalał. Rzeczą jest więc naturalną, że żaden świadomy robotnik polski w obchodzie puszkinowskim udziału wziąć nie może”.

Z dzisiejszej perspektywy ten sąd o Puszkinie może wydawać się przesadnie jednostronny i wąskopolityczny. Wszelako wówczas nie chodziło o sprawę literacką, o hołd dla geniuszu poezji. Była to impreza czysto polityczna - szło o hołd dla zaborcy, o umocnienie jego panowania, o jeszcze jedno pognębienie kultury polskiej.
Piłsudski był zdania, że tylko Rosja słaba, Rosja nieimperialna, może być państwem demokratycznym. Wychodząc z tych przesłanek, nie poparł sił kontrrewolucji rosyjskiej, albowiem nie wierzył w siłę bolszewików i trwałość ich władzy. Nie dopuszczając do bolszewizacji Polski, nie zapobiegał bolszewizacji Rosji (co bardzo miał mu za złe Marian Zdziechowski, który - jeden z pierwszych - pojął istotę systemu bolszewickiego).

***

Piłsudski nie dopuścił do bolszewizacji Polski. Symbolem tego był „cud nad Wisłą”. Jakże wiele wody musiało w Wiśle upłynąć, zanim zrozumiałem istotę tego wydarzenia. Ileż to lat powtarzałem sobie sam taki mniej więcej wywód: rosyjska rewolucja zaczęła gnić po śmierci Lenina. Stalinizm osądzać należy najsurowiej, ale nie z pozycji antykomunistycznych. Wojna polsko-sowiecka była wojną międzynarodowej Rewolucji z burżuazyjną Polską. Rozważając ten konflikt, nie mam powodu sądzić, iż to, co plemienne, ważniejsze jest od tego, co społeczne: polscy robotnicy walczyli o socjalizm, w czym im Armia Czerwona pomagała; ze strony polskiej nie była to wojna o wolność narodową, lecz o kapitalistyczny kształt państwowości.
W ostateczności gotów byłem uznać analogię z sytuacją hiszpańskiego chłopa, który bronił swej feudalnej ojczyzny przed niosącą reformy na bagnetach armią napoleońską. Obecnie cały ten problem jawi mi się odmiennie: zwycięstwu nad bolszewikami w 1920 roku zawdzięczamy dwadzieścia lat niepodległej myśli polskiej, którą do dziś żywią się kolejne generacje. Tak, dzisiejszy opór przeciw sowietyzacji jest możliwy w niemałym stopniu dzięki tej szansie czerpania z dorobku kulturowego II Rzeczypospolitej, która istniała dzięki militarnemu zwycięstwu Piłsudskiego nad Budionnym. Kto wie, czy gdyby w bitwie pod Radzyminem zwyciężyła Armia Czerwona, gdyby Polską zaczął rządzić Rewolucyjny Komitet Tymczasowy - czy dziś nie zamieszkiwałbym na Kołymie lub w Birobidżanie, czy mówiłbym po polsku, czy kolejne pokolenia polskiej inteligencji nie karmiłyby białych niedźwiedzi syberyjskich, czy kultura polska mogłaby uniknąć hekatomby, która spotkała kulturę rosyjską w stalinowskim imperium.
Właśnie z dzisiejszej perspektywy dwudziestolecie międzywojenne - nie myślę zresztą tego czasu idealizować - było w historii ostatnich dwustu lat okresem pieriedyszki, swobodnego oddechu, który wyzyskano na zbudowanie nowych zrębów kultury narodowej.
Nie wolno o tym zapominać nawet wtedy, gdy nam dowodzą, że dla wielu zwycięstwo nad bolszewikami oznaczało zaniechanie reformy rolnej i innych reform społecznych. A już szczególnie nie powinni o tym zapominać reprezentanci myśli lewicowej, ci wszyscy, którzy (między innymi autor tych rozważań) przyznają się do tradycji lewicy ruchu robotniczego - tradycji, która zrodziła również Tymczasowy Komitet, Dzierżyńskiego i Marchlewskiego.

***

Antysowiecka polityka Piłsudskiego była w pewnej mierze kontynuacją jego starej linii politycznej. Jak i uprzednio, nie ufał żadnej Rosji: carskiej, liberalnej i inwolucyjnej. Czy dziś, w naszej odmienionej sytuacji, należy rozumować analogicznie? Z pewnością warto uświadomić sobie determinanty i tradycje rosyjskiej myśli politycznej; tak myśl oficjalną, jak i opozycyjną należy krytycznie rozszyfrować. Ale zgubne jest przeciwstawienie mieliznom, fałszom i mitom rosyjskiej myśli - polskiego szowinizmu. Mogą mnie razić pewne sformułowania czy wątki w twórczości Sołżenicyna, ale załatwienie tego świętego XX wieku mianem „Moskal” jest groźnym świadectwem duchowego zniewolenia. Dzisiaj patrzymy na Rosję nie tylko z nienawiścią, ale i z nadzieją; nie tylko z gniewem, ale i z podziwem. Dla „sprawy polskiej” działania Sołżenicyna, Sacharowa, Amalrika mają znaczenie trudne do przecenienia.
Alternatywa, wobec której stal Piłsudski, brzmiała: stawka na rosyjską opozycję versus rachuba na irredentę narodów ujarzmionych. Był to centralny dylemat polskiej myśli niepodległościowej. Takiej alternatywy nie ma współczesny polski inteligent. Stoi natomiast wobec dylematu: wsłuchiwać się w odgłosy paryskiej kawiarni i amerykańskich happeningów lub przeżuwać pseudopatriotyczną papkę a la Zbigniew Załuski, czy też bacznie pochylić się nad rosyjską kulturą podziemną, nad literaturą czeską i słowacką, nad kinematografią węgierską, nad produkcją umysłową Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Idzie tu nie o konkretne działanie polityczne, choć i na to zapewne przyjdzie czas. Już dziś natomiast ważne jest nastawienie myślowe, priorytety intelektualne, typ edukacji narodowej. Ważne jest wykształcenie wśród polskiej inteligencji gotowości do współżycia z sąsiadującymi narodami i umiejętności odczytywania kultury tych narodów.

***

Z powyższych uwag wynika, że najbardziej podoba mi się „wczesny”, niepodległościowo-socjalistyczny Piłsudski. Logiczną konsekwencją tego „wczesnego” okresu był czyn legionowy, który przyniósł Polsce niepodległość. Wywalczyli tę niepodległość ludzie wychowani w PPS, Związku Walki Czynnej i Legionach, zwolennicy idei republikańskich i demokratycznych, których uwieńczeniem była konstytucja marcowa. Było to, oczywiście, możliwe dzięki sytuacji międzynarodowej: wojnie światowej i rewolucji rosyjskiej. Ale bez tego subiektywnego elementu, który wnieśli Polacy w układ sił międzynarodowych, nie byłoby powodów dla zaprzątania możnych tego świata „sprawą polską”. Niepodobna - po latach - nie widzieć w tym wielkiego wkładu legionistów i ich Komendanta w kulturę polską, w Polskę.
Ale nie można też nie dostrzegać, że już wtedy rozpoczęły się negatywne procesy związane z „opuszczeniem czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość”. Z początku było to przerzucenie ciężaru działań na militaria. W okresie Związku Walki Czynnej Piłsudski pisał już niemal wyłącznie o problematyce wojskowej. Z czasem próbuje przeobrazić PPS w niepodległościową organizację paramilitarną. Wprowadza politykę tajnych konwentykli, która później doprowadzi do uformowania legionowej sitwy i niebezpiecznej kombatanckiej mitologii. (Moczar miał wzory, kiedy budował w ZBOWiD-zie własną ekipę polityczną). Przeciw tym poczynaniom wystąpiła grupa działaczy socjalistycznych z Feliksem Perlem, dawnym współredaktorem Robotnika. Tak zaczął się konflikt Piłsudskiego z niepodległościowym polskim socjalizmem.
Konflikt ten trwał do Jego śmierci, przechodząc różne fazy i rozmaite nasilenia. Sympatia moja w tym sporze była i jest po stronie antagonistów Marszałka.

***

Nie napisałem - i nie zamierzałem tego zrobić - laurki dla Józefa Piłsudskiego. Dla mojej - tylekroć okłamywanej - generacji najważniejsza jest prawda. Starałem się napisać prawdę o doświadczeniach z początku naszego wieku, bo uważam je za najważniejsze. Z tych doświadczeń wyrosła Niepodległość. Wszelako pisząc o swoim, bardzo osobistym, widzeniu postaci Piłsudskiego i jego roli, nie chciałbym zapominać o stronach mrocznych. I tak: przewrót majowy był złamaniem zasady konstytucyjnej. Konflikty z Sejmem przygotowały hańbę Brześcia. Brześć, ten rzadko przedtem w naszych dziejach spotykany sposób walki z opozycją, był fragmentem niszczenia kultury politycznej narodu. Z ducha Brześcia wyrosła Bereza, Ozon i groźny obyczaj elity władzy, która poczęła traktować państwo i naród jak swój prywatny folwark.
Brześć, Bereza i Ozon są dzisiaj wzorami dla wrogów demokracji w Polsce, a nie dla walczących o wolność. Mitologizując te poczynania, sakralizując wszystkie okresy i wszystkie aspekty działalności Marszałka, nie oddaje się „sprawie polskiej” dobrej przysługi. Zakłamania służą zawsze wrogom wolności.

***

Piłsudski zmarł w 1935 roku. W ostatnich latach odsunęło się od niego wielu dawnych towarzyszy; otaczał go wciąż zwiększający się „rój pochlebców i cwaniaków”. A przecież przywódcy PPS, kto wie, czy nie również niedawni więźniowie brzescy, żegnali „Ziuka”, idąc w pogrzebowym kondukcie. Dlaczego wzięli udział w tym pożegnaniu? Żegnali zapewne swoją młodość, kawał własnego życia. Ale chyba nie tylko... Żegnali człowieka, który dal Polsce i Polakom poczucie godności - tak niezbędne dla zdrowia narodu jak tlen dla zdrowia ludzkiego organizmu.
Dlatego właśnie Piłsudski do dziś pojawia się jako problem osobiście odczuwany przez polskich inteligentów pamiętających tamten czas. Odnaleźć go można w powieściach Newerlego i Brandysa, eseistyce Kisielewskiego i Mieroszewskiego, w „Dziennikach” Lechonia czy „Alfabecie wspomnień” Słonimskiego.
Oby częściej trafiał do umysłów i wielogodzinnych nocnych sporów moich rówieśników. Oby, tak jak on, potrafili żyć w godności.

Warszawa 1973

Adam Michnik

Esej nadesłany pod pseudonimem Bartłomiej na konkurs ogłoszony przez Instytut im. Józefa Piłsudskiego w Londynie pt. „Józef Piłsudski w oczach młodych pokoleń Polaków i Polek” w roku 1973 i nagrodzony pierwszą nagrodą.

Znalezione w: Adam Michnik, Szanse polskiej demokracji, Wyd. Agora, Warszawa, 2009
Pierwodruk: „Kultura” 5/332, Paryż 1975