Jak u Sartre'a - całe życie trzeba wybierać, chociaż nie wiadomo, co okaże się słuszne.
Kolejne zwroty w biografii Starzyńskiego chaotycznie zaprowadziły go ku męczeńskiej śmierci w grudniu 1939 roku. Ta śmierć zapewniła mu poczesne miejsce w pamięci zbiorowej, poezji patriotycznej i na raczej nieudanych pomnikach. Wystarczyłoby jednak, by spośród otwierających się codziennie możliwości Starzyński raz czy drugi wybrał - albo żeby wybrano za niego - inną, a zostałby zapomniany albo zapamiętany zupełnie inaczej. Prawdopodobnie przeszedłby do historii jako jeden z wielu polityków sanacyjnych - mężczyzn pełniących mniej lub bardziej sumiennie, ale raczej lojalnie, wysokie funkcje w ministerstwach, zarządach przedsiębiorstw państwowych, ligach i komitetach propagandy tego czy poparcia owego, którymi autorytarny reżim coraz szczelniej obudowywał się po przewrocie majowym.
(...)
Ale Stefan Starzyński zginął z rąk niemieckich w Warszawie w grudniu 1939 roku. Każde ze zdarzeń, które prowadziły go od narodzin do tej śmierci, było tak samo decydujące jak inne, więc za moment zwrotny można uznać dowolne z nich. Przyjmijmy jednak, że był to 2 marca 1934 roku - dzień, w którym sanacyjny rząd postanowił przejąć kontrolę polityczną nad Warszawą. Demokratycznie wybrana Rada Miejska została rozwiązana i zastąpiona zarządem komisarycznym. Podobną operację przeprowadzono wcześniej między innymi w bastionie lewicy, czyli w Łodzi, oraz w Lublinie, gdzie dwa największe, zwaśnione kluby radnych - BBWR i endecja - nie mogły wybrać prezydenta. W1934 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wprowadziło zarząd komisaryczny między innymi w Poznaniu, Wilnie, Kielcach i Suwałkach.
W każdym z tych miast powołanie tymczasowych władz było jak mały, zgodny z literą prawa zamach stanu i miało ten sam ideologiczny podtekst, co wcześniejszy przewrót majowy. To znaczy przekonanie o tym, że społeczeństwo do demokracji nie dorosło, że niepodległość wywalczona rękami piłsudczyków reszcie narodu trafiła się trochę mimochodem, że społeczeństwo - otumanione przez partie polityczne - ten drogocenny dar marnuje. Piłsudczycy nie mogli zaakceptować tego, że wolność przypadła w udziale również tym, którzy w latach walki o niepodległość nie byli gotowi do poświęceń, bo od wielkiej polskiej niewiadomej bardziej cenili sobie bezpieczeństwo i przewidywalność, jakie dawało życie pod ustabilizowanymi rządami zaborców, a i teraz ponad interes narodowy - przynajmniej w piłsudczykowskim rozumieniu tego pojęcia - przedkładali własny. Trzeba zatem oddać władzę tym, którzy wolność wywalczyli, przynajmniej do czasu, aż społeczeństwo do tej zdobyczy dojrzeje.
(...)
W1930 roku, gdy dobiegła końca trzyletnia kadencja Rady Miejskiej, rząd odmówił rozpisania wyborów. Tłumaczono, że najpierw należy od nowa stworzyć ustrój stolicy, a skoro prezydent kraju w uzasadnionych przypadkach ma prawo przedłużyć kadencję, to Rada wybrana w 1927 roku będzie pracować do odwołania. Rada usiłowała rozwiązać się sama, ale bez skutku. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych rzeczywiście trwały prace nad nowym ustrojem dostosowanym do wielkości i specyfiki stolicy. Zamierzano utworzyć województwo obejmujące nie tylko Warszawę, lecz także cały „region miejski”, czyli szybko rozrastające się satelickie miasteczka. Wiele wskazuje jednak na to, że jednocześnie rząd dążył do pogłębienia kryzysu w ratuszu, by móc go zażegnać, wprowadzając zarząd komisaryczny.
Na początku 1934 roku pretekstu do rozwiązania Rady Miejskiej dostarczyły kłopoty z przyjęciem budżetu na rok 1934/1935. Gdy Rada uchwaliła i - czego wówczas wymagało prawo - przedstawiła do zatwierdzenia preliminarz budżetowy, minister spraw wewnętrznych uznał, że wyliczenia są oparte na nierealistycznych przesłankach. Rada wstawiła między innymi po stronie dochodów kwotę pożyczki inwestycyjnej Skarbu Państwa w wysokości ponad dwóch milionów złotych, której rząd jeszcze nie przyznał. Minister wezwał radnych do wprowadzenia poprawek w preliminarzu, a w jego nowej wersji dopatrzył się kolejnych wątpliwych pozycji, po których usunięciu pojawiała się w budżecie wielomilionowa dziura.
Choć sytuacja finansowa miasta była rzeczywiście zła, zdaniem Adama Szczypiorskiego, autora podstawowej pracy o warszawskim samorządzie w II Rzeczypospolitej, „powody rozwiązania władz miejskich albo nie były zgodne z rzeczywistością”, albo zostały uprzednio uzgodnione między zainteresowanymi. Miałaby o tym świadczyć decyzja prezydenta Słomińskiego, który w trakcie przepychanek budżetowych między radnymi a ministerstwem podał się do dymisji. W efekcie Zarząd Miejski został - jak później nazwał to Starzyński -„zdekompletowany”, a rząd miał powód do wprowadzenia zarządu komisarycznego. Szczypiorski oceniał, że było to ze strony Słomińskiego posunięcie taktyczne, dokonane „za zgodą rządu i pod wpływem jego sugestii”. Słomińskiego rzeczywiście ta decyzja kosztowała niewiele oprócz utraty prestiżu, ponieważ już w 1927 roku, obejmując urząd prezydenta, zagwarantował sobie, że w razie dymisji zostanie przywrócony na zajmowane wcześniej lub równorzędne stanowisko. Kiedy więc ustąpił, wiceprezydent Tadeusz Szpotański, który zgodnie z prawem przejął obowiązki Słomińskiego, powołał go natychmiast na wakujące stanowisko dyrektora dobrze prosperującego miejskiego przedsiębiorstwa tramwajowego.
Szpotańskiemu przypadło również zadanie wprowadzenia do ratusza 3 marca nowego prezydenta, mianowanego przez rząd. Nie był to jeszcze Stefan Starzyński. Na razie pojawiał się w tle jako szef lokalnej organizacji Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem i nie mógł się spodziewać, że obca mu dotychczas tematyka samorządowa stanie się dla niego chlebem powszednim. Warszawa trafiła na krótko w szorstkie ręce Mariana Zyndrama Kościałkowskiego, wojewody białostockiego, wcześniej warszawskiego radnego. Według premiera Janusza Jędrzejewicza był to
wesoły, uczynny, o żywym, temperamencie i dużej fantazji człowiek, w gruncie rzeczy dobry i koleżeński, miły kompan o nieskomplikowanej, ziemiańskiej duszy, skądinąd ze słabym bagażem intelektualnym i o zupełnie niepogłębionym światopoglądzie, ale z ogromną ambicją osobistą, żądzą władzy, chęcią rozkazywania i prowodyrstwa [...] działacz raczej typu sejmikowego, poszukujący i zawsze umiejący znaleźć oddanych sobie szaraczków, gotowych do wykonywania jego rozkazów, pełen inicjatywy i życia, odważny i zuchwały, pewny siebie zawsze niczym niezamąconą zarozumiałością, myślący mało, ale działający szybko i sprawnie.
Aby Kościałkowski objął fotel prezydenta Warszawy, wystarczył bezkrwawy biurokratyczny przewrót. Ale aby Starzyński wyszedł z drugiego szeregu i zajął najważniejsze miejsce, potrzeba było znacznie więcej. Jego losy potoczyłyby się inaczej, gdyby minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki prowadził mniej uregulowany tryb życia, wywiad działał nieco sprawniej, a państwo nie musiało wciąż zaciskać pasa. Minister zwykł jednak jadać obiad codziennie w tym samym miejscu i mniej więcej o tej samej porze, raport wywiadu wskazujący na zagrożenie jego życia zbyt późno trafił na odpowiednie biurko, a drastyczne cięcia wprowadzone w resorcie przez samego Pierackiego doprowadziły zarówno do pozbawienia go ochrony osobistej, jak i do likwidacji wielu posterunków policji, w tym na warszawskiej ulicy Foksal. Nieopodal, pod numerem 3, mieścił się klub Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. 15 czerwca 1934 roku Pieracki przyjechał tam, by jak zwykle zjeść obiad w odpowiednim towarzystwie. Dzień był ciepły, więc wielu gości, w tym świeżo mianowany premier Leon Kozłowski, gawędziło na tarasie z drugiej strony budynku. Ale na Pierackiego czekał tego dnia ktoś spoza towarzystwa - trzydziestojednoletni działacz Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Hryhorij Maciejko. Stał w sieni, a jego twarz zasłaniało rondo beżowego kapelusza. Widząc zbliżającego się ministra, spod zielonkawego płaszcza wyciągnął rewolwer, wystrzelił i rzucił się do ucieczki. Była 15.40, niecałe dwie godziny później Pieracki nie żył.
Mord polityczny dokonany w biały dzień wywołał w społeczeństwie zrozumiały wstrząs. Tym bardziej ministerstwo nie mogło długo pozostać bez obsady. W stołecznych gabinetach, kawiarniach i redakcjach ruszyła giełda nazwisk. 28 czerwca, gdy premier Kozłowski udawał się do prezydenta Mościckiego z propozycją zmian w rządzie, w dobrze poinformowanym, sympatyzującym z obozem sanacyjnym „Kurierze Warszawskim” typowano na to stanowisko wojewodę lwowskiego, niedawnego prezydenta Krakowa Władysława Belina-Prażmowskiego, ministra rolnictwa Bronisława Nakoniecznikowa-Klukowskiego lub „niektórych wysokich wojskowych służby czynnej”. Endecki „Kurier Poznański” drukował rewelacje o walce „wewnętrznych prądów w obozie rządowym” i oprócz Nakoniecznikowa-Klukowskiego wymieniał wpływowego ideologa piłsudczyków Bogusława Miedzińskiego, przedstawianego jako zwolennik ostrych represji, lub ministra opieki społecznej Jerzego Paciorkowskiego.
Dramatyczne wydarzenia początkowo nie miały żadnego wpływu na los Starzyńskiego, a wiadomość o zamachu na Pierackiego dotarła do niego z dala od Warszawy, na sześciotygodniowym urlopie. Również dla mieszkańców stolicy zbrodnia znaczyła początkowo jedynie pożegnanie z sięgającą XVIII wieku nazwą ulicy Foksal. Następnego dnia po zamachu Kościałkowski uroczyście nadał jej imię zamordowanego ministra. Ale 28 czerwca o trzeciej po południu, gdy prezydent podpisał dekret o powołaniu następcy Pierackiego, okazało się, że w Warszawie zmieni się znacznie więcej. Ku zaskoczeniu obserwatorów życia politycznego tekę otrzymał właśnie Kościałkowski. Podobno wysunął go sam marszałek Piłsudski, któremu podobało się to, jak kandydat „czyści Warszawę”. Nominacja ta być może była korzystna dla rządu, ale sprawiała kłopot w stolicy, której jeszcze trzy miesiące wcześniej obiecywano stabilizację dzięki zarządowi komisarycznemu. Pompatycznie ujął to później sam Starzyński:
Powołanie więc prezydenta stolicy na stokroć odpowiedzialniejsze stanowisko ministra spraw wewnętrznych - wywołać musiało w Warszawie uczucie podwójne: i radości, i smutku. Każdy warszawianin dumnym być musiał, że najwyższe czynniki państwowe powierzyły rządy nawą wewnętrzną Państwa temu, który zapoczątkował dzieło realnego przekształcenia Warszawy w rzeczywistą stolicę Państwa - ale z drugiej strony każdego mieszkańca musiała przejąć smutkiem troska o dalszy los stolicy.
30 czerwca Kościałkowski przekazał obowiązki wiceprezydentowi Józefowi Ołpińskiemu, ale było jasne, że to tylko chwilowe zastępstwo. Ledwie ucichły spekulacje na temat rekonstrukcji rządu, zaczęło się typowanie kandydatów na tymczasowego prezydenta Warszawy. Publikowane przez prasę pogłoski miały świadczyć o tym, że „były tarcia i rozgrywki w grupie rządzącej”. Ale czy dworskie rozgrywki nie są normą, gdy wakuje tak ważne stanowisko?
Nowego gospodarza stolicy wybrało pięciu najbardziej wpływowych polityków sanacyjnych podczas nieformalnego spotkania zaaranżowanego 2 lipca 1934 roku przez marszałka sejmu Kazimierza Świtalskiego. Rząd, a szczególnie odpowiedzialny za ustrój Warszawy resort spraw wewnętrznych, zaprzątały wtedy zupełnie inne tematy: powódź pustosząca Małopolskę i Lubelszczyznę oraz niesławny „obóz izolacyjny” w Berezie Kartuskiej, który premier polecił zorganizować już dwa dni po zamachu na Pierackiego dla wszelkich domniemanych i faktycznych „wichrzycieli”. Kwestia obsady stanowiska tymczasowego prezydenta Warszawy była więc jednym z wielu wątków rozmowy, wcale nie najważniejszym. Świtalski, wówczas u szczytu kariery politycznej, zaprosił premiera Kozłowskiego, ministra spraw zagranicznych pułkownika Józefa Becka, prezesa BBWR pułkownika Walerego Sławka oraz byłego premiera, posła BBWR, pułkownika Aleksandra Prystora. Świtalskiemu, niegdyś gorliwemu wykonawcy poleceń, schorowany marszałek pozostawiał coraz więcej swobody i wymieniał go - obok Sławka - jako przyszłego kandydata na prezydenta Rzeczypospolitej. Teraz jednak potrzebny był prezydent Warszawy. Jak zanotował gospodarz spotkania, chodziło jedynie o kogoś, kto przez pięć tygodni zajmie się bieżącym zarządzaniem stolicą i zorganizuje wybory do Rady Miejskiej, które w myśl obowiązującej ustawy należałoby rozpisać najpóźniej pól roku po rozwiązaniu poprzedniej, a więc we wrześniu. Zebrani uzgodnili, że Warszawą przez jakiś czas zaopiekuje się Starzyński.
Stefan Starzyński był wówczas wiceprezesem Banku Gospodarstwa Krajowego, urlopowanym wiceministrem skarbu, szefem BBWR w warszawskim Śródmieściu. Cieszył się reputacją energicznego menedżera, który z powodzeniem przeprowadził już niejedną trudną misję. „Starzyńskiego, jak się postawi na szynach, to będzie jechał naprzód. W pewnym momencie trzeba go przestawić na inne szyny i znowu będzie jechał, jechał” - miał powiedzieć Świtalski. Julian Kulski - jeden z nielicznych serdecznych przyjaciół, dodawał po latach, że aby „jechać”, Starzyński „musiał być jednak przekonany, że cel i zadanie jest godne jego wysiłku. Gdy tak było, pracował jak nikt inny”.
W prasie pojawiały się wprawdzie jeszcze inne nazwiska - Aleksandra Prystora czy byłego komisarycznego prezydenta Lwowa Jana Strzeleckiego, ale już 11 lipca rządowa bulwarówka „Dzień Dobry!” wydrukowała na pierwszej stronie portret Starzyńskiego opatrzony informacją, że „nie ulega już prawie żadnej wątpliwości”, iż to on obejmie władzę w warszawskim ratuszu. Nie wiadomo, czy sam zainteresowany wówczas już zgodził się na objęcie stanowiska, czy publikacja była sposobem nacisku, by przestał hamletyzować.
Wreszcie w poniedziałek, 30 lipca 1934 roku, późnym popołudniem publiczna tajemnica została oficjalnie potwierdzona. Na posiedzeniu rządu na wniosek ministra Kościałkowskiego tymczasowym prezydentem Warszawy mianowano Stefana Starzyńskiego. Jednocześnie rząd podjął starania, by kadencję tę uczynić jak najmniej tymczasową. Choć z ustawy samorządowej wynikało, że wybory należy rozpisać najpóźniej do września, to inny przepis uprawniał prezydenta Rzeczypospolitej do nadawania w drodze dekretów największym sześciu miastom specjalnych statutów. Już 12 lipca Rada Ministrów, wiedząc zapewne, kto został namaszczony na następcę Kościałkowskiego, przyjęła projekt rozporządzenia o tymczasowych organach ustrojowych m.st. Warszawy, przedłużający ich mandat aż do 31 marca 1936 roku. I choć rozporządzenie zostało w końcu wydane dopiero pod koniec września, Starzyński, obejmując urząd tymczasowego prezydenta, wiedział, że będzie go piastował dłużej niż pięć tygodni. Dlatego zwrócił się z prośbą do prezydenta Mościckiego o zwolnienie ze stanowiska w Banku Gospodarstwa Krajowego i 29 sierpnia otrzymał dymisję.
W dniu inauguracji prezydentury przez Starzyńskiego na łamach „Robotnika” ukazał się złośliwy komentarz, w którym stwierdzano, że „przez szereg miesięcy p. Kościałkowski poznawał gospodarkę Warszawy, a gdy już poznał, odwołano go, a mianowano na jego miejsce p. Starzyńskiego. Teraz [on; wszystkie wtrącenia w cytatach pochodzą od autora] również poświęci kilka miesięcy na badanie tajemnic gospodarki stołecznej”. Wprowadzając swojego następcę do ratusza i wiedząc już o zamiarze przedłużenia jego kadencji, Kościałkowski mógł z pełną odpowiedzialnością zadeklarować, że porządki w Warszawie, a także przebudowa jej ustroju, zajmą jeszcze przynajmniej kilkanaście miesięcy. Dopiero w 1936 roku miała się zacząć „era rozkwitu, budowanego w drodze dobrze zrozumianego samorządu przez samo społeczeństwo”. Demokracja miała więc powrócić, gdy mieszkańcy stolicy trochę zmądrzeją.
Grzegorz Piątek, Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego
Wydawnictwo W.A.B, Warszawa, 2016

