Tandem Rowicki & Ratajczak wystawili w Teatrze Kochanowskiego spektakl „Bez znieczulenia” inspirowany scenariuszem filmowym Agnieszki Holland i Andrzeja Wajdy. Twórcy, w nieco ponad godzinę, przeprowadzają widzów w dobrym, reporterskim stylu, przez meandry życia publicznego ostatnich miesięcy, opartych na kanwie osobistych doświadczeń popularnego dziennikarza wracającego z zagranicznej podróży. Widownia, w znaczącej większości przytłoczona i wbita w fotel, zaś ja nie potrafiłem opanować śmiechu. Był nerwowy i z Wodociągową w tle.
Spektakl bazuje na filmie Wajdy, będącym jednym z pierwszych w nurcie „kina moralnego niepokoju”. Określenie to, zaproponowane przez Janusza Kijowskiego (obecnie dyrektor Teatru Jaracza w Olsztynie; nomen omen, wuj Mateusza Kijowskiego), dotyczyło niemożności swobody twórczej oraz dyskusji nad problemami społeczno-politycznymi epoki gierkowskiej. Filmy z tego nurtu kreśliły pejzaż gierkowskiej prowincji, na której lokalni bohaterowie przynależą do środowisk lub instytucji państwowych nacechowanych korupcją i nepotyzmem, bądź są idealistami próbującymi przeciwstawić się miejscowej oligarchii. Często, wobec presji otoczenia, wpasowują się w zastany system, porzucając własne wartości na rzecz zdemoralizowanych struktur władzy oraz osobistego konformizmu i uległości.
Historia zaprezentowana na scenie przez Piotra Ratajczaka do tekstu Piotra Rowickiego, jest opowieścią kolizyjną pomiędzy doświadczonym, cenionym dziennikarzem Pawłem (w tej roli gościnnie wystąpił Paweł Pabisiak), spod znaku tzw. „kawiarnianego liberalizmu” - żeby zastosować najmniej obelżywe sformułowanie z padających na scenie, a Jackiem - nowym, młodym wilczkiem dziennikarstwa w barwach „dobrej zmiany” (w interpretacji Jędrzeja Wieleckiego). Paweł, po dłuższym pobycie w zaognionej konfliktem zbrojnym Syrii, spotyka się z Jackiem podczas telewizyjnej debaty poświęconej temu tematowi. Rzecz jasna, dyskusja obu interlokutorów przebiega burzliwie, z pasją, co obaj aktorzy odgrywają w takim stylu, jakby byli codziennymi gośćmi programów publicystycznych. To bardzo dynamiczna scena, w której z jednej strony przychodzi mi na myśl wiersz „10 sierot z Syrii” Dariusza Ćwiklaka oraz „Kolęda dla tęczowego Boga” w wykonaniu Magdy Umer i Grzegorza Turnau, a z drugiej słowa Jarosława Kaczyńskiego: „To są kwestie związane z różnego rodzaju niebezpieczeństwami w tej sferze. Są już przecież objawy pojawienia się chorób bardzo niebezpiecznych i dawno niewidzianych w Europie: cholera na wyspach greckich, dyzenteria w Wiedniu, różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne. To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować... Ale sprawdzić trzeba”.
Kolejne starcie obu panów odbywa się w trakcie debaty prestiżowego jury nad przyznaniem nagrody literackiej wyznaczającej trendy w kraju. W dalszej konsekwencji, konflikt ideologiczny narastający pomiędzy oboma dziennikarzami, z pola zawodowego przenosi się na obszar życia prywatnego, gdy Ewa (świetna kreacja Arlety Los-Pławszewskiej), żona Pawła, odchodzi od niego zakochując się w Jacku. W tle czai się skandal seksualny z udziałem Pawła, wykreowany w ramach „potrzeby chwili” do wyświetlanych w tle scenicznym absurdalnych zdjęć, naginających sytuację do rzeczywistości niebyłej. Wszak kłamstwo po wielokroć powtarzane, otrzymuje znamiona prawdy, lepiąc się do człowieka niczym błoto.
Paweł, nie do końca rozumiejąc zachodzące w kraju zmiany oraz przyczyny nagonki na swoją osobę, twardo obstaje przy swoich poglądach, tracąc pracę. Lekceważy sygnały płynące raz po raz od swojego szefa (doprawdy, genialna kreacja Michała Świtały), który w zawoalowany sposób sugeruje wpisanie się w klimat, w sytuację miejsca i czasu, w grę niedopowiedzeń, w mglistą konieczność chwili, w obłość.

Uboga scenografia podkreśla konieczność skupienia się widowni na aspektach natury ludzkiej, na jej moralnych rozterkach, co udaje się bezbłędnie osiągnąć formalnym minimalizmem. Sceniczne postaci, chociaż kreślone przez reżysera grubą kreską, pozostają żywe, pełne, barwne, soczyste. Gdy państwo zaczyna przypominać struktury mafijnego totalizmu, „Bez znieczulenia” w reż. Piotra Ratajczaka staje się wręcz lekturą obowiązkową, przede wszystkim dla opolskiej młodzieży; choćby ze względu na fakt bazowania opolskiej sztuki na twórczości Andrzeja Wajdy, który w ostatnich miesiącach swego życia na łamach Tygodnika Powszechnego o obecnej władzy mówił: „Obiecują zbawienie, kiedy państwo będzie rządzić wszystkim. Myśmy przecież to już przerabiali. Czym była Polska Ludowa, jak nie tym? Rządzili każdą fabryką, każdą szkołą i każdym artystą z osobna. A po co myśmy się chcieli z tego wydostać? Po to, żeby znowu wejść w tę samą wodę?”
Co znamienne, w listopadzie 2016 roku, dziedzictwo mistrza polskiej kinematografii uczcił stosowną uchwałą Sejm RP. Pośród arcydzieł filmowych Wajdy wymienionych w uchwale, zabrakło filmu „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, zaś poseł Kaczyński opuścił salę plenarną na czas podejmowania przez sejm uchwały.
Spektakl finiszuje mocno dojmującym monologiem skierowanym wprost do widowni. Grający rolę adwokata i redaktora (imponująco i energetycznie w wykonaniu Łukasza Schmidta) pastwi się nad publiką, wytykając jej milczenie i poklask, znieczulicę, ową pogodę i klimat na niezdecydowanie. Wszak każdy na widowni może zostać sytuacyjnym redaktorem Jackiem lub Pawłem. To, co teraz jeszcze nie dotyka osobiście, stoi już za drzwiami i czeka. W tym sensie opolskie „Bez znieczulenia” staje się swoistego rodzaju konfesjonałem postaw obywatelskich, nie pozostając w oderwaniu od lokalnej rzeczywistości, gdy przykładowo:
- Rada Miasta Opola nie uznaje za stosowne wesprzeć obrony praworządności w Trybunale Konstytucyjnym. Bez znieczulenia;
- Posłowi rządzącej partii jest w niesmak, że uczniowie szkół średnich spotykają się z legendą opozycji z czasów PRL-u. Bez znieczulenia;
- Miasto z 800-letnią historią bez słuchania głosu opinii publicznej w sposób nieporadny i urągający pojęciu samorządności poszerza swoje granice. Bez znieczulenia;
- Prezydent Miasta cieszy się na portalu społecznościowym z definitywnego zamknięcia sprawy „Dużego Opola” przez niepozostający w prawie skład sędziowski Trybunału Konstytucyjnego. Bez znieczulenia;
- Rada Miasta Opola zezwala na skwer Bartoszewskiego dopiero pod silnym naciskiem opozycji i społeczeństwa, ale poza ścisłym centrum miasta. Bez znieczulenia;
- Pochodzący z Opola wiceminister sprawiedliwości swoją publiczną działalnością nadaje nowy sens słowom prawo i sprawiedliwość. Bez znieczulenia.
Opolanie wkraczają w rok świętowania 800-lecia istnienia swojego miasta z wysokim budżetem, jak nigdy dotąd, dzięki przejęciu podatków z podopolskiej elektrowni. Miasto nie pozostaje w oderwaniu od rzeczywistości ogólnokrajowej, a wskazane sytuacje wpisują się w większy całokształt podróży, której na imię Polska. Czy bogato zastawiony stół nie jest ceną, jaką trzeba będzie zapłacić za zejście z drogi demokratycznego państwa prawa? Czy zgodzimy się na to, bez znieczulenia właśnie? Na totalizm, przed którym ostrzegał także Wajda? Tutaj pogoda i klimat są niezdecydowane, a to, co powstaje, jeszcze do końca nienazwane, dotknie wszystkich po równo - zarówno scenicznych Pawłów jak i Jacków. To tylko kwestia czasu.
Mateusz Rossa
13.02.2017
Bez znieczulenia
reż. Piotr Ratajczak
Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu
Premiera: 16.12.2016

