„Stara Arystotelesowska definicja sztuki mówi o trzech sposobach naśladowania rzeczywistości. Po pierwsze, można naśladować rzeczywistość taką, jaka ona jest. To zalążek wszelkich realizmów. Po drugie, można naśladować rzeczywistość lepszą, niż jest, co było ważnym zadaniem sztuki europejskiej od czasów renesansu. Trzeci sposób naśladowania to pokazywanie rzeczywistości gorszej, niż jest. Tutaj mieszczą się wszelkie deformacje, zniekształcenia. Klasyczna definicja nie przewiduje sytuacji czwartej – życia w rzeczywistości upiększonej, którą sztuka musi obedrzeć ze szminki” – twierdzi Maria Poprzęcka. W inscenizacji Kwartetu Ronalda Harwooda, która miała miejsce na deskach Teatru Kochanowskiego, Marcin Sosnowski obdziera ze szminki podstarzałe gwiazdy opery, które w scenografii wyjętej żywcem ze stylu Biedermeier czekają na nieuchronny koniec.

„Przemijamy. Niepasteryzowani. / Niewymiecione przykrótkimi rzęsami sny. / Ciężki w poduszce kształt / Wolno nabierający wdech”. Mniej więcej w takim stanie ducha nawiązuje się sceniczna opowieść o domu spokojnej starości, w którym przyblakłe już gwiazdy opery żyjąc wspomnieniami oraz niemocą bieżącej kruchości, postanawiają jeszcze raz urzeczywistnić czar dawnych dni. Niełatwe to wyzwanie wobec gorzko – słodkich wspomnień i barier, zdawałoby się, nie do pokonania. Sytuacji nie ułatwia chmurna postać Reginalda Pageta grana przez Jacka Dzisiewicza. Tylko stałe ataki kłującego bólu w klatce piersiowej zdają się panować nad jego nieokiełznanym charakterem, zaś w zupełną rozpacz i niemoc popada na wieść o przyjęciu do domu starców jego byłej żony.
Jean Horton kreowana przez Zofię Bielewicz skrywa za nimbem sławy niemoc wydania z siebie głosu od z górą trzydziestu lat. Nim przyzna się do tego faktu szczerze i otwarcie przed przyjaciółmi, a także przed byłym mężem (Reginald Paget w wykonaniu Jacka Dzisiewicza), jako jedyna realnie podejdzie do absurdalnego z jej punktu widzenia pomysłu ponownego wykonania „Bella figlia dell’amore” z III aktu opery „Rigoletto” Giuseppe Verdiego. Zofia Bielewicz wyśmienicie prowadzi swoją postać od rozkapryszonej gwiazdy, która domaga się stałej uwagi, poprzez rozpaloną kotkę wspominającą swoich rozlicznych mężów, którzy nie byli w stanie jej zaspokoić, aż po zubożałą staruszkę, byłą gwiazdę, która w obliczu ruiny finansowej musi zamieszkać w domu spokojnej starości.
Grzegorz Sroczyński w rozmowie przeprowadzonej z historykiem sztuki – panią Marią Poprzęcką (Wysokie Obcasy, Nr 43/2012) mówi: „Mam znajomych, którzy boją się chodzić do teatru, od kiedy poszli na coś awangardowego, gdzie obrzucono ich brązową mazią, a potem wywleczono na scenę i kazano udawać kojoty”. Owe awangardowe kojoty wypada odesłać na nauki do pani Zofii Bielewicz. Pełnokrwista Jean Horton w jej wykonaniu olśniewa prawdą.
Cecily Robson w wykonaniu Ewy Wyszomirskiej przywodzi na myśl oazę spokoju. Gasi emocjonalne pożary co i rusz wznawiane przez Jean Horton i Reginalda Pageta, oganiając się jednocześnie od nieustannych amorów kierowanych w jej stronę przez przezabawnego Wilfreda Bonda (Waldemar Kotas). To właśnie postacie Ewy Wyszomirskiej i Waldemara Kotasa spinają sceniczną przestrzeń w spójną całość. Dzięki ich kreacjom słodko – gorzki smak całości jest wyważony i wysublimowany.
Kwartet w reżyserii Marcina Sosnowskiego jest dojmującą opowieścią o człowieku i jego przemijaniu. Co najważniejsze, nie jest to opowieść smutna, a budująca i pełna ufności w wiarę oraz dobro tkwiące w każdym człowieku. Zawsze jest cel, do którego można zmierzać. Bez względu na wszystko. Scena finałowa, rozśpiewanych bezgłośnie starców, chwyta za gardło. Jest nadzieją; dobrą matką jutra mówiącą nam, że warto jest się obudzić kolejnego dnia i wędrować dalej.
Pomyli się ten, kto w cieniu dziesiątek lat zarówno scenicznych, jak i pozascenicznych, będzie się doszukiwał smaku goryczy zostawionego na chusteczce, która chwilę wcześniej rozmazała wszystkie pomady teatralnego, tudzież operowego makijażu. Ja wciąż myślę o wieczności – wykrzyknie Ewa Wyszomirska, gdy sceniczny, aktorski kwartet wraz z reżyserem utonie w naręczach żółtych, niosących nadzieję kwiatów, a dyrektor teatru na klęczkach wykona swoistego rodzaju homagium.
„Stare ciało jest prawdziwe, a przez to piękne. Tyle, że żyjemy pod straszliwą presją nieistniejących, nierzeczywistych ciał. Nikt nie wygląda jak z Photoshopa. To truizm, ale nie dość go powtarzać – wypieramy chorobę, starość, śmierć, które nie mieszczą się w ideale billboardu, reklamy i kultury masowej. Sztuka nam te przykre rzeczy brutalnie przypomina” – to ponownie Maria Poprzęcka. Jakież to prawdziwe, kwartetowe!
(mr)
28.10.2012
Kwartet Ronalda Harwooda
reż. Marcin Sosnowski
Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu
Premiera: 27.10.2012
Ronald Harwood
KWARTET
Premiera: 27.10.2012 na Małej Scenie
Reżyseria:
MARCIN SOSNOWSKI
Przygotowanie muzyczne:
ANNA ROŻEK
Jeśli dobrze czytam w myślach tego starego dziwaka, wznosi toast za świat widzialny, i do diabła z tym, że wkrótce z niego zniknie.
John Updike „Pełna szklanka”
Cztery osobowości, wielkie gwiazdy opery po latach w domu spokojnej starości. Dawna sława, sukces, uwielbienie widzów – wszystko jest już za nimi. Z okazji urodzin Verdiego dyrekcja domu proponuje całej czwórce występ w ich popisowym kwartecie z Rigoletta. Odżywają dawne wspomnienia, konflikty, namiętności. Nie wolno poddać się biernemu oczekiwaniu na śmierć. Ronald Harwood traktuje swoich bohaterów z nutą ironii, ale i tkliwości. Irytują go i wzruszają. Tyleż samo w nas ułudy, megalomanii, próżności, co samotności, potrzeby akceptacji i potrzeby bycia docenionym – zdaje się mówić. Kwartet to tekst przeznaczony dla czterech wielkich osobowości aktorskich. Reżyser Marcin Sosnowski bez trudu znalazł ich w Opolu…
Spektakl przygotowany z okazji jubileuszy pracy scenicznej:
60-lecia Zofii Bielewicz, 45-lecia Ewy Wyszomirskiej,
40-lecia Jacka Dzisiewicza, 40-lecia Waldemara Kotasa.
Obsada: Zofia Bielewicz, Ewa Wyszomirska, Jacek Dzisiewicz, Waldemar Kotas
Fotosy ze spektaklu:














Źródło: Teatr Kochanowskiego
