Do dziś nie rozumiemy, jak wielki i cywilizowany naród - lub przynajmniej znaczna jego część - mógł ulec w XX wieku fascynacji pewnym śmiesznym i zakompleksionym drobnomieszczuchem, uwierzyć w jego pseudonaukowe teorie i w jego imieniu niszczyć narody, zdobywać kontynenty i dopuszczać się niewiarygodnych okrucieństw. Nauka pozytywistyczna, z marksistowską włącznie, podsuwa rozmaite naukowe wyjaśnienia tego zagadkowego zjawiska. Wyjaśnienia te jednak jego niewytłumaczalność raczej uwypuklają, niż rozpraszają. Gdyż „obiektywny” chłodny rozum, który przemawia do nas z tych wyjaśnień, w istocie podkreśla tylko zadziwiającą dysproporcję między sobą samym – jako siłą w tej cywilizacji rzekomo decydującą - a owym szaleństwem mas, z żadnym rozumem nic niemającym wspólnego.
Tak, z tradycyjnym mitem pogrzebany został również jaki taki „ład” w mrocznej sferze naszego bytu. To zaś, czym nowożytny rozum usiłuje ten ład zastąpić, a ściślej mówiąc, to, w czym ta mroczna sfera (lub przynajmniej niektóre jej siły) znajduje swój „ład zastępczy” i „nowoczesny wyraz”, wciąż na nowo okazuje się błędne, fałszywe i zgubne, ponieważ zawsze w jakiś sposób pokątne, namiastkowe, bez korzeni, bez ontologii oraz bez moralności, a nawet wprost śmieszne, jak kult Istoty Najwyższej podczas rewolucji francuskiej, kolektywistyczny folklor systemów totalitarnych lub ich solennie realistyczna sztuka.
Odnoszę wrażenie, że grzebiąc mit, zrezygnowano z zagrody, w której przez tysiąclecia z powodzeniem trzymano tajemnicze zwierzęta ludzkiej nieświadomości, że zwierzęta te wypuszczono na wolność - w tragicznie mylnym przekonaniu, że są jedynie mamidłami - i oto teraz pustoszą one kraj. Pustoszą go i jednocześnie tworzą sobie „zagrody zastępcze” w miejscach, w których najmniej byśmy się tego spodziewali, na przykład w sekretariatach nowoczesnych partii politycznych. Te świątynie nowożytnego rozumu użyczają im nadto swego wyposażenia i autorytetu, dzięki czemu bezczelne pustoszenie dokonuje się pod osłoną najbardziej naukowego poglądu na świat. Ludzie zaczynają rozumieć ten koszmar zwykle dopiero w chwili, kiedy jest już za późno: mianowicie gdy widzą, że tysiące ich bliźnich zostały wymordowane z przyczyn absolutnie irracjonalnych. Irracjonalizm w kostiumie trzeźwego rozsądku i naukowych tez o nieuniknionym toku dziejów, wymagającym milionów ofiar w imię szczęśliwej przyszłości miliardów, wydaje się znacznie bardziej irracjonalny, a tym samym bardziej niebezpieczny od irracjonalizmu, który przez mit przyznaje się sam do siebie i w micie dostosowuje się do imperatywu „sił pozytywnych”, a w ofierze składa przeważnie tylko zwierzęta.
Krótko mówiąc, demony robią, co chcą, podczas gdy bogowie kryją się trwożnie w ostatnim przytulisku, które im pozostało, a które zwie się „ludzkim sumieniem”. Tak więc w końcu krwiożerczość przebrana za najbardziej naukowy światopogląd (nauczający zresztą, że sumienie należy podporządkować konieczności dziejowej) wrzuca do Wisły XX-wiecznego Jana Nepomucena. A jego naród swojego męczennika natychmiast w swojej duszy kanonizuje.
Václav Havel, Obywatel kultury
Wydawnictwo Agora; Warszawa, 2016
Na zdjęciach: Kraków, Wawel; 18.02.2017

