Nie trapi mnie to, że u nas nie szaleją terroryści, że ludzie nie mordują się na ulicach, że nie mamy wielkich afer korupcyjnych ani nawet potężnych demonstracji czy strajków.

Martwi mnie coś innego: że ten zdumiewający brak „wydarzeń”, o których mogłaby pisać światowa prasa, absolutnie nie jest przejawem jakiegoś pokoju społecznego, tylko zewnętrznym następstwem bardzo niebezpiecznego i głębokiego procesu - niszczenia narracji „jako takich”. Niemal codziennie w jakimś kontekście muszę sobie uświadamiać dwuznaczność społecznego spokoju, który jest u nas w istocie tylko widzialną oznaką niewidzialnej wojny systemu totalitarnego z życiem.

 

Nie jest więc prawdą, że nie prowadzi się tutaj wojen i że się nie zabija. Nasze wojny i zabijanie mają tylko inną postać: ze sfery widocznych zdarzeń życiowych i społecznych przesunęły się w szarą strefę niezauważalnej wewnętrznej destrukcji. Tak jakby wyjątkową, absolutną i niejako „klasyczną” śmierć wydarzenia (przy całej swej grozie wciąż jeszcze w tajemniczy sposób zdolną do nadania sensu ludzkiemu życiu) wypychała powolna, niewidoczna, niemal bezkrwawa i zawsze nie całkiem definitywna śmierć „niedziania się”, „niezdarzenia”, „nieżycia”, „bezczasu”. To jakiś dziwny rodzaj zbiorowego uśmiercania, paraliżowania czy unicestwiania społecznego i historycznego. To unicestwianie likwiduje śmierć jako śmierć, a tym samym życie jako życie. Ludzkie życie zmienia się w jednowymiarowe działanie śrubki wielkiej maszyny, a śmierć to wada takiej śrubki.

Wszystko wskazuje na to, że taki stan jest charakterystyczną cechą dojrzałego i ustabilizowanego systemu totalitarnego czy wręcz bierze się z jego istoty.

Václav Havel, Obywatel kultury
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016